Andaluzja

 

Andaluzja, jak wszyscy wiemy, to najbardziej kojarząca się z Hiszpanią część Hiszpanii. Jeśli myślimy o złotych plażach, flamenco, kastanietach, gazpacho, orientalnych wpływach Afryki- myślimy właśnie o Andaluzji.

Dla wprawionych i mniej obytych turystów to znakomite miejsce do rozpoczęcia przygody z Półwyspem Iberyjskim. Mieszkańcy są przyzwyczajeni do zwiedzających, co więcej są do nich przyjaźnie nastawieni- co nie jest to normą w pozostałych regionach Hiszpanii. Turystyka jest jedynym z najbardziej dochodowych interesów dla Andaluzyjczyków, więc nie ma się co dziwić, że tolerują przybyszów z innych krajów. Dość dobrze rzecz ma się również z językami, sporo osób zna angielski i niemiecki, bywa także, że można się dogadać po francusku i rosyjsku.

 

Czy warto tu przyjechać?- zdecydowanie TAK

Malaga- statek w środku miasta, nic nadzwyczajnego.Jako region Andaluzja jest niezwykle urozmaicona i może dostarczyć wielu wrażeń bardzo wymagającym podróżnikom. Wartym zachwytu jest połączenie gór i morza. Prawie dosłowne można je zaobserwować na południowym wybrzeżu.

Andaluzja umożliwia także odbycie lekcji historii i tolerancji kulturowo- religijnej. Do dziś zachowały się tu zabytki z różnych okresów historycznych, w różnych stylach architektonicznych, z wpływami różnych kultur. Często zaskoczyć nas może eklektyzm tych wszystkich elementów. Najlepszym przykładem jest świątynia Mezquita w Cordobie, gdzie meczet został przekształcony w katedrę.

Dla mnie Andaluzja to naprawdę niezwykle urocze miejsce, pełne życzliwych osób i chcących dobrze się bawić turystów. Na wizytę wybraliśmy "posezon", czyli wrzesień. Plaże i ulice miast pełne były ludzi chcących odpocząć w nieco bardziej kameralnym otoczeniu. Pierwszym miastem, do którego się udaliśmy, była Malaga.

Zwiedzanie zabytków zazwyczaj kończy się takimi zdjęciami :)Ponieważ temperatura powietrza wynosiła około 35 stopni, dłuższe zwiedzanie nie wchodziło w grę i rozpoczęliśmy mój ulubiony sposób poznawania miasta, czyli siedzenie w barach. Na początek wydaliśmy majątek w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Malagi, czyli popełniliśmy jeden  z podstawowych błędów turystów- usiedliśmy w barze blisko zabytków. Tapasy kosztowały nas tyle, co porządny obiad. Ale za to mieliśmy widok na Alcazabę. Po dwugodzinnym siedzeniu można było ruszyć w kierunku kolejnych atrakcji, czyli rozpoczęliśmy poszukiwania muzeum Picassa. To jedno z tych miejsc, które człowiek odwiedza, aby później móc snobistycznie pochwalić się, że tam był. Muzeum nie zawiera zbyt wielu znaczących dzieł artysty, a raczej pokazuje jak wyglądało jego życie, co go inspirowało.  Pamiątka z Andaluzji.Jest tam też sporo zdjęć Pabla Picassa, jego rodziny, znajomych i przyjaciół. Oczywiście udając znawców sztuki, długo kontemplowaliśmy poszczególne ekspozycje, szczególnie dlatego, że wewnątrz było przyjemnie chłodno.

Malaga jest niesamowita. Ulice starego miasta wyłożono kamieniem i marmurem, obecnie tak wydeptanym przez przechodniów, że lśnią się niczym lodowa tafla. Najpiękniejsze wrażenie uliczki sprawiają w nocy, kiedy lśnią ciepłym światłem latarni. Najważniejszym zabytkiem jest górująca ponad miastem forteca La Alcazaba. U wejścia do twierdzy pozostały ruiny amfiteatru, a dalej czekał nas spacer po murach obronnych z  widokiem na port i całe miasto. Ruiny są na tyle malownicze, że często odbywają się w nich sesje fotograficzne. Trafiliśmy na kilka młodych małżeństw, którzy właśnie w La Alcazabie wykonywali zdjęcia poślubne. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności oglądania tych sesji, co zapewne niezbyt przypadło do gustu nowożeńcom, ale wtedy wystarczyło magiczne zdanie "No entiendo. No hablo Espaniol" i wszystko nam było wolno. Chociaż tak naprawdę trochę "hablamos Espaniol", ale kto by to sprawdzał...

Z Malagi pojechaliśmy autobusem do Cordoby, którą to podróż oczywiście solidnie odchorowałam. Kierowcy hiszpańscy doprowadzają mój żołądek do rozstroju nerwowego i jak dotąd nie udało mi się tego przezwyciężyć. Z przystanku autobusowego w jakieś 10 minut dotarliśmy spacerem do części prawie zabytkowej i w niej właśnie znaleźliśmy hotel. Oczywiście najpierw wyszukaliśmy go w przewodniku i w zasadzie w pełni zdaliśmy się na podane tam zalecenia. Nie byliśmy zawiedzeni, no może z wyjątkiem zacinającego się zamka w drzwiach pokoju, ale to tylko drobnostka. Tuż obok naszego hotelu był salon tatuażu, ale jakoś się nie mogłam zdecydować na taką "pamiątkę z wakacji".

Piękna MezquitaW samym centrum starego miasta jest Mezguita, czyli katedra przebudowana z meczetu. Budowla wygląda bardzo nietypowo, ale czy pięknie- na to już każdy musi odpowiedzieć indywidualnie. Wielu artystów i polityków uważało przekształcenie meczetu za świętokradztwo, za zniszczenie czegoś, co było charakterystyczne dla Andaluzji czyli współistnienia różnych religii, tolerancji i wzajemnego szacunku. Dziś Mezquita jest przede wszystkim atrakcją turystyczną, a nie świątynią, co jeszcze bardziej potwierdza powyższe opinie.

Stoliki w restauracji- bardzo niewygodne.

Miasto jest bardzo przyjazne. Pełne krętych uliczek, których systemu jeszcze nie udało nam się odkryć i wciąż gubiliśmy się w wąskich przejściach pełnych sklepów z pamiątkami i restauracji. Wielokuturowość Cordoby widać także w muzeach. Są one bardzo odmienne od polskich, w których obowiązuje żelazna dyscyplina. W Andaluzji każde muzeum na swój niepowtarzalny klimat, dużą swobodę w zwiedzaniu. Wszystkich eksponatów można dotknąć, poczytać zgromadzone tam książki, a nawet kupić niektóre wystawione rzeczy. Znaleźliśmy także wśród tych wszystkich "kramów" restaurację, gdzie wieczorem miał być pokaz flamenco. W cenę biletu wliczono dwudaniową kolację, wino i siedzenie na tradycyjnych krzesełkach- takich jak na fotografii obok. Są bardzo ładne, ale niewygodne. A kolacja i pokaz trwały ponad dwie godziny. Po wyjściu długo odczuwaliśmy ból kręgosłupa. Jednak przyznać trzeba, że występ był niezwykły.

Muzeum :)

Wieczorem można wybrać się na spacer, ponieważ całe miasto jest bajecznie oświetlone. Wrażenie robi oczywiście Mezquita, którą ozdabiają ciepłożółte światła. Ale inne warte zobaczenia miejsca, to na przykład most, z którego rozciąga się widok na miasto i który jest pełen grających świerszczy. Chcieliśmy znaleźć chociaż jednego, żeby zobaczyć, gdzie  w murach mostu się ukrywają, ale półgodzinne poszukiwania spełzły na niczym, bo kiedy tylko zbliżaliśmy się do głośno śpiewającego świerszcza, ten nagle cichł i nie rozpoczynał, dopóki nie oddaliliśmy się na bezpieczną odległość. Zmęczenie można odreagować w gorących łaźniach, których w Andaluzji jest sporo. Trzeba tylko pamiętać, że w gorących łaźniach jest tak samo gorąco jak na świeżym powietrzu, ale jeśli ktoś lubi tego typu przygody, to warto spróbować.

W Granadzie owoc granatuKolejne miasto do jakiego pojechaliśmy (autobusem oczywiście i oczywiście z tym samym skutkiem co zwykle), była Granada. W przewodniku ujmowana jest jako perła Andaluzji, najpiękniejsze miasto, a "kto nie widział Granady, ten jeszcze niczego nie widział". Przede wszystkim Granada jest dużo większa niż Cordoba i to jest, moim zdaniem, jej zasadniczym minusem. Wokół przetaczają się tłumy turystów, nawet w "pozesonie". Centrum miasta jest blisko ruchliwych ulic, przez co nie można do końca odkryć piękna tego miasta. Żeby trochę odetchnąć od tego zgiełku, zapuściliśmy się w ulice cyganerii, które trzeba odwiedzić, jak mówił nasz przewodnik. Tyle tylko, że w środku dnia nic tam się nie dzieje, ale rzeczywiście jest spokój, a wręcz pustka. Spotkaliśmy może osiem osób- równie jak my zagubionych i ciekawych świata.

Ścieżki w ogrodach pałacu.

Najważniejszym zabytkiem Granady jest oczywiście La Alambra i El Generalife, do których aby dotrzeć trzeba pojechać busem lub wdrapywać się około godziny ponad poziom miasta. Na górze, tuż obok przystanku autobusowego znajdują się kasy biletowe, restauracja, sklepy z pamiątkami. Ponieważ wyruszyliśmy z hotelu wcześnie rano (aby nie stać w długich kolejkach po bilet, bo wpuszczana jest ograniczona liczba zwiedzających każdego dnia), kupiliśmy kawę i cruasanty jako śniadanie. Kiedy tylko usiedliśmy z jedzeniem na ławce pojawiły się wokół nas koty, które czekały na swoją porcję i oczywiście nie odeszły, póki nie najadły się do syta.

Kiedy w końcu rozpoczęliśmy zwiedzanie, słońce jeszcze było na tyle nisko, że w ogrodach cienie drzew zasłaniały całe ścieżki. I było w miarę chłodno, co nie jest normą w Andaluzji. Ten chłód był niezwykle przyjemny.

Miejsce do zdjęcia.

Musieliśmy podążać zgodnie z mapą, którą dostaliśmy razem z biletami, bo w różnych miejscach Alambry sprawdzane są bilety i przybijane pieczątki, po to żeby nie wchodzić kilka razy do tego samego zabytku. Chodziliśmy więc podziwiając ogrody, kwitnące krzewy, kwiaty i zapodziane wśród nich ruiny. W większości zabytki Alambry czasy świetności mają już za sobą, a ich remont jeszcze się nie zakończył, jednak nawet to co pozostało robi wielkie wrażenie. Przede wszystkim zadziwiająca jest wielkość budowli i ogrodów. W kilku miejscach udało nam się "podpiąć" pod polskie wycieczki i podsłuchać co przewodnicy opowiadają o Granadzie.

Widok na Granadę.

Do miasta można dostać się taką samą drogą jak dojście na górę. Ponieważ wjeżdżaliśmy busem, to na powrót wybraliśmy spacer. Zejście było niezwykle przyjemne. Cała trasa wysadzona starymi drzewami. Mniej więcej w połowie zejścia natrafiliśmy na wystawę zdjęć najciekawszych lasów na świecie. Wśród nich były też polskie bory.

Spacer doprowadził nas do bram miasta, tuż za którymi zaczęły się oczywiście sklepiki z pamiątkami.

Wieczorem postanowiliśmy pójść na kolację do marokańskiej dzielnicy. W malowniczej scenerii lampionów i małych stolików każda potrawa smakowała lepiej niż była w rzeczywistości. Jednak nie było to doznanie warte powtórki. Na drugi wieczór poszliśmy do małej knajpki typu "fast-kebab", gdzie jedzenie było dużo lepsze niż w drogiej restauracji. Z właścicielem polubiliśmy się do tego stopnia, że wracaliśmy do knajpki jeszcze trzy razy w kolejnych dniach.

No i znalazłam kumpla:)

Zasadniczo zwiedzanie pozostałych zabytków miasta polegało na błąkaniu się po uliczkach, kramach, restauracjach. I oczywiście kupowaniu, całkiem niepotrzebnych rzeczy- apaszek, butów, torebek i tak dalej i tak dalej. Kupiliśmy także sporo przypraw, takich jak chili, suszone pomidory, smakowe herbaty.

Jakoś nie płakaliśmy w momencie rozstania z Granadą. Nawet cieszyliśmy się na spotkanie z wybrzeżem, bo pojechaliśmy (autobusem) do Nerja. Małe senne miasteczko, w posezonie pełne starszych Niemców, jak to w posezonie...

Szybko znaleźliśmy hostal w bardzo przystępnej cenie i wyruszyliśmy na plażę, po drodze zaopatrzywszy się w ręczniki kąpielowe. Plaża osłonięta była z każdej strony skałami, a z naszego miejsca widać było góry schodzące do samego morza. W centrum Nerja jest spory taras o magicznej nazwie "Balcon de Europa". Zrobiliśmy tam kilka zdjęć i poszliśmy odpocząć, oczywiście na plaży.

Widok z Balcon de EuropaPodobnie jak w Granadzie, tu także zrezygnowaliśmy z drogich restauracji, na rzecz... włoskiej knajpki z rewelacyjnymi makaronami. Jedzenie zdobyło sobie nie tylko nasze uznanie, bo w porze obiadu zawsze stała kolejka osób czekających na wolny stolik. Oczywiście raczyliśmy się codziennie sangrią i wszechobecnymi lodami o smakach i kolorach rodem z bajek dla dzieci.

W okolicach miasteczka jest niesamowita jaskinia Cueva de Nerja, którą oczywiście pojechaliśmy zobaczyć. Muszę przyznać, że była to bardzo mądra decyzja- jaskinia rzeczywiście jest wspaniała, tylko niestety niezbyt ładnie wyszły robione w niej zdjęcia,ale i tak coś niecoś można wybrać :)

 

Zasadniczo mogę stwierdzić, że wyjazd do Andaluzji jest jednym z najlepszych pomysłów, jeżeli chce się na chwilę oderwać od pracy i problemów domowych. Polecam gorąco! Poniżej kilka kolorowych obrazków z Andaluzji:)

Iwona Grzeżułkowska © 2011