Barcelona

Made by GaudiSą takie miejsca na świecie, do których odbywa się „podróż marzeń”. Wiele osób za takie miejsce uważa Barcelonę. Stolica Katalonii to raj i dla miłośników piłki nożnej i dla wielbicieli sztuki. Co ciekawe, by zwiedzać najważniejsze zabytki nie trzeba nawet kupować biletu do muzeum, bo większość dzieł Gaudiego stanowi elementy zabudowy miasta.

Dom Gaudiego, Park Guell czy Sagrada Familia to najpiękniejsze miejsca do darmowego fotografowania. Gdy dodamy do tego jeszcze tańczące fontanny (co ciekawe W szale zakupówWrocławska fontanna ma tę samą wielkość co Barcelońska, ale gdyby je porównywać, to obawiam się, że polska przegra z kretesem...), Las Ramblas (czyli najsławniejszy chyba w całej Europie deptak), i złotą plażę, to rzeczywiście Barcelona jest WYMARZONA.

Ile razy by tam się człowiek nie znalazł, za każdym razem spotka inne miasto. Czasami zakurzone, spalone śródziemnomorskim słońcem. Innym razem tętniące życiem, roztańczone i zachęcające do zabawy. Tak czy inaczej z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że Barcelonę zobaczyć warto!

W parku GuellNasze pierwsze spotkanie z miastem było dość "oryginalne". Wybierając się do Barcelony mieliśmy zapewniony nocleg. Swoje mieszkanie zechcieli nam udostępnić poznani na Camino del Norte Katalończycy- German i Silvia. Zjawisko wydawałoby się bardzo normalne, ale...

Po pierwsze znaliśmy się z nimi od niedawna. Po drugie spędziliśmy razem zaledwie dwa tygodnie. I to już mogłoby być wystarczającym powodem, by obcych osób nie zapraszać do domu. Camino jednak łączy ludzi w sposób niezwykły. Najistotniejsze jest to, że German i Silvia, w czasie gdy my mieliśmy przebywać w ich mieszkaniu, akurat pojechali na wakacje do BellaNowego Jorku! Jednak najciekawsze było dopiero przed nami.

German w mailu podał nam sposób dostania się do mieszkania. Mianowicie jego kolega miał nam przekazać klucze. Dostaliśmy dokładne namiary na miejsce pracy kolegi Germana, i wiedzieliśmy że ma na imię Feran. I to w zasadzie wszystko. Bez obaw lecieliśmy sobie zatem do Barcelony. Kiedy już byliśmy w drodze z lotniska na dworzec centralny zadzwonił German. Sprawy troszkę się skomplikowały, bo Feran zachorował na jakąś poważne zatrucie wątroby i leżał w szpitalu- „chyba” nie na oddziale zakaźnym... Słowo „chyba” brzmiało nieco podejrzanie.

Linie metra w Barcelonie

Bez lęku wyruszyliśmy na poszukiwania szpitala. Co nie jest zbyt prostym zadaniem, w obcym mieście, bez znajomości tutejszego języka, co więcej bez znajomości metra, które w Barcelonie ma 9 linii! Polscy inżynierowie przezornie wybudowali nam w Warszawie jedną linię, żeby nikt nie zabłądził. A tu taki niefart- 9 linii. I weź się tu człowieku nie zgub...

JaszczurPo wizycie w informacji turystycznej wiedzieliśmy jednak już wszystko, co było potrzebne, żeby dotrzeć do szpitala. Metro- autobus- kilka ulic na nogach i dotarliśmy. A nad wejściem napis, który zrozumieliśmy nawet po hiszpańsku (katalońsku w zasadzie) „Hospital de cosmetica i estetica”. Hmmm chyba nie ma tu oddziału chorób zakaźnych. Nie rozmyślając zbyt długo weszliśmy do środka i w recepcji... trochę się zawahaliśmy. Przecież nawet nie wiedzieliśmy jak Feran ma na nazwisko. Nasze miny musiały wzbudzić litość pielęgniarek, gdyż bez problemu dogadały się z nami, i zaprowadziły do pokoju pacjenta. A pokój był naprawdę imponujący. Pojedyncza sala, w środku łóżko, skórzana sofa, plazmowy telewizor na ścianie. W takich warunkach można chorować. Feran miał kolor żółto- fioletowy, ale mimo choroby od razu nas rozpoznał.

Sagrada Familia, nadal w budowieI wtedy zaczęły się schody... Klucze oczywiście Feran miał dla nas przygotowane. Tylko nie znał adresu mieszkania Germana i Silvii. Umiał wytłumaczyć jak tam dotrzeć, ale adresu- nazwy ulicy, numeru mieszkania nie znał. Jednak i tu szczęście uśmiechnęło się do nas. Feran narysował nam topograficzną mapę terenu, cytuję „Tu jest morze- i Feran narysował dwie faliste linie; tu są tory- i narysował dwie proste linie poprzecinane małymi kreseczkami; a tu jest mieszkanie Germana- i narysował domek”:). Tyle tylko, że ten domek okazał się kilku bramową kilkupiętrową kamienicą. Która to klatka? Taka z drzewem przy chodniku. A który numer mieszkania? Hmmmm- na trzecim piętrze, to „chyba” 5. I znów „chyba” zabrzmiało nieco podejrzanie.

  Kiedy już dojechaliśmy na miejsce, z żołądkiem w gardle próbowaliśmy się dostać do mieszkania nie będąc wcale przekonanymi, czy dobrze trafiliśmy. A gdyby się okazało, że próbujemy wejść do mieszkania kogoś zupełnie innego...

Na szczęście dobrze trafiliśmy. Kiedy tylko otworzyły się drzwi, drogę oświetlił nam stojący w korytarzu krasnal z latarką. Poza tym, to nie było mieszkanie, tylko apartament. Trzy sypialnie, stół bilardowy, dwa balkony. I najlepsze w tym wszystkim- 100 m do plaży!

Czekało nas również wiele niespodzianek. Na przykład P. w windzie znalazł psa. U nas był pies, który jeździł koleją, a w Barcelonie... Tresowany czworonóg sam się wyprowadzał na spacer!

Tańczące fontannyNa szczęście mieszkanie naszych przyjaciół udało nam się pozostawić w stanie prawie nienaruszonym. Prawie- bo nie wiedzieć czemu już pierwszego dnia pękła jedna z żarówek nad stołem bilardowym. Na tym jednak zniszczenia się zakończyły.

Barcelona witała nas żarem bijącym z nieba. A temperatura tego żaru to jakieś 40 stopni w cieniu. W tych warunkach najbardziej optymalnym jest dostosowanie się do trybu życia tubylców. To znaczy w dzień odpoczywaj, a w nocy zwiedzaj.

Księżniczka w bajce :)

Wyjście w środku dnia, aby oglądać zabytki nie było najrozsądniejszym posunięciem, o czym przekonaliśmy się dość szybko. Nawet robienie zakupów w takim skwarze nie przynosi upragnionej radości. Wobec powyższego zaczęliśmy odpoczywać- plaża okazała się najlepszym pomysłem.

Pamiętając, że to jedna z najdłuższych miejskich plaż na świecie, a jednocześnie plaża sztucznie usypana przez człowieka, staraliśmy się zobaczyć ją w pełnej okazałości. Niestety na ten sam pomysł wpadły pozostałe cztery tysiące odpoczywających w tym czasie turystów i mieszkańców miasta.

Przedostawanie się z mieszkania do centrum Barcelony wymagało zapoznania się z rozkładem jazdy metra i miejskich autobusów. Nauczyliśmy się, iż można kupić jeden bilet wielorazowy na przejazd dla kilku osób.

W fontannowym wirzeCena jest o wiele niższa niż pojedynczych biletów. Trzeba też było nie tylko się dowiedzieć, ale i zapamiętać, że w dni powszednie metro kończy pracę o północy. Dowiedzieliśmy się, ale nie zapamiętaliśmy tej niezwykle istotnej informacji. Na miejscu przesiadki z metra do autobusu T4 czekaliśmy zatem i czekaliśmy, aż zrozumieliśmy, że nic już nie przyjedzie. Cóż było robić, ruszyliśmy na przechadzkę. Kilka kilometrów dłużyło się niesamowicie, ale spacer okazał się niezwykle przyjemnym sposobem na dobry sen.

Znakomitym pomysłem na spędzenie czasu jest odwiedzenie wodnego świata z wielkim akwarium z rekinami. W środku można podziwiać setki gatunków ryb i innych morskich stworów. Oczywiście ukoronowaniem wyprawy powinna być kolacja złożona z owoców morza.

Słodkości :)Ważnym elementem zwiedzania jest także odwiedzenie centralnego targowiska tuż przy Las Ramblach. W zależności od pory dnia można nabyć tam przeróżnego rodzaju towary- najciekawsze dla turystów są stoiska rybne, oraz oczywiście te ze słodyczami. Dla każdego coś pysznego!

Szwendanie się jest najlepszym sposobem na poznawanie prawdziwego oblicza miasta. Każde miasto ma swoje specyficzne oblicze, jakie jest oblicze Barcelony? Musicie przekonać się sami :)

 

Drużyna Mistrzów :)

Iwona Grzeżułkowska © 2011