Camino Primitivo

Po prostu brak słów...Za nami zdecydowanie najpiękniejsze camino ze wszystkich! Marsz 16 dni przez cudowne góry. W nogach jakieś 350-400 km. Jak zwykle trudno to dokładnie policzyć- trzeba by nosić ze sobą GPS, a tego nie posiadaliśmy, więc opieramy się o wyliczenia podawane w przewodnikach.

Primitivo, czyli Droga Pierwotna. Ta, na temat której dostępne są najwcześniejsze doniesienia. Wiele można naczytać się na temat jej trudności, uciążliwości, wymagań. Owszem, łatwo nie było. Ale widoki rekompensowały wysiłek. Kolejny raz camino to ludzie, z którymi przychodziło dzielić trud i radość. Dzięki naszym coraz większym zdolnościom rozumienia mowy wszelakiej- tych ludzi było wielu. Drużyna mistrzów. VIVA PUERTO RICO!!! VIVA BRASILIA!!! VIVA ESPANIA!!!Co najciekawsze pochodzących z tak różnych krańców świata jak Puerto Rico, Brazylia, Kolumbia, Japonia, Polska, Hiszpania, Peru czy Meksyk. Narodowościowy MIX!

Chociaż rozpoczęliśmy camino w czerwcu, to pogoda zdecydowanie nie była letnia. Trudno nawet nazwać ją wiosenną. Wszystko wokół wskazywało raczej na listopadową polską szarówkę. Temperatura nie kwapiła się do przekroczenia magicznej granicy 15 stopni Celciusza, a deszcz wymiennie z mgłą królowały w powietrzu. Kiedy tylko pojawiały się przebłyski słońca, w ruch szły aparaty fotograficze, co w rezultacie doprowadziło do obecnej sytuacji- na większości zdjęć widać piękną pogodę :) Ale to tylko taka hiszpańska fata- mograna. Po prostu w deszczu trudno robić zdjęcia...

Po deszczu...Absolutnie nie dążę do tego, by skarżyć się na pogodę. Była idealna do wędrowania. Nie groziły nam upały. Nie było szans na poparzenia słoneczne. Nie oblewały nas gorące poty. Nie trzeba było robić gługogodzinnych sjest, aby uchronić się przed gorącem. Można było iść w zasadzie całymi dniami. Czasami tylko zbyt wiele błota przyczepiało się do butów, i nie sposób było podnieść nogi do góry. Kilka razy udało nam się ugrzęznąć w kałuży sprytnie zakamuflowanej wśród traw. Zdarzyło się, że przemokły buty, skarpetki... Nawet skóra na stopach też wyglądała na przemoczoną, chociaż nie jestem pewna czy to możliwe.

Ranek :)

Ale za to świetnie sprawdziły się grzejniki elektryczne w albergue! Nigdy chyba w historii nie były tak często używane w środku lata. Mieliśmy jednak wiele, wiele szczęścia, bo jak doczytaliśmy w jednej z ksiąg pamiątkowych- dwa tygdnie wcześniej padał tu śnieg. Zatem- nasza pogoda była idealna!

Tylko bowiem przy takiej pogodzie można zrobić takie zdjęcia, jak te w porannych mgłach. Co więcej, pochwalić się możemy znakomitym strategicznym przygotowaniem do panujących warunków. Zaopatrzeni w cały zestaw gadżetów przeciwdeszczowych mogliśmy spokojnie wędrować przez góry i doliny. I tak przez dwa tygdonie.

Parasolki pod Katedrą :)Jednak nawet i nas zaskoczyły ulewy w samym Santiago i wtedy zrobiliśmy coś, co uczyniło z nas obiekty wzbudzające zainteresowanie wszystkich. Nabyliśmy parasole. Ale nie takie zwykłe. Wybraliśmy takie, który z daleka rzucają się w oczy.

Jak się później okazało, już w drodze na Fistrrę, był to zakup nad zwyczaj przydatny. Sięgaliśmy po parasole po kilka razy w ciągu dnia. A zdarzało się, że nawet kilka razy w ciągu godziny. Bywał jednak taki deszcz, że nawet osłona parasolkowa nie dwała rady. Wówczas co przezorniejsi pielgrzymi oblegali przystanki autobusowe, pergole, tudzież inne miejsca z chociażby prowizorycznym zadaszeniem. Odważniejsi natomiast dążyli do najbliższego baru, by ogrzać się, osuszyć, wzmocnić przed dalszą drogą, ale nade wszystko- przeczekać. Bo przecież każdy deszcz musi się kiedyś wypadać! Jednak nie zdążył się wypadać kiedy myśmy przebywali w Hiszpanii. Sprytny zestaw przeciwdeszczowy !Chyba było go trochę więcej niż zazwyczaj :)

Jednak jak już człowiek tak porządnie zmoknie, wszystkie ubrania w plecaku śmierdzą wilgocią, a w schronisku poważnie się zastanawia czy warto mieć kolejny kontakt z wodą, tym razem pod prysznicem, to nieco inaczej można spojrzeć na świat. Tym bardziej, że niektóre rzeczy stają się jeszcze piękniejsze niż w słońcu. Na przykład zapachy!

Camino primitivo to dla mnie przede wszystkim droga zapachów. Słodko- duszny zapach żółtych żarnowców działał niczym lek przeciwbólowy. Obłednie pachnące jasminowce wręcz zmuszały do zatrzymania się i ich podziwiania. Niestety nie tylko te piękne zapachy były intensywniejsze niż zazwyczaj. Otoczeni zapachem... Natura nie wybiera- ładnie, nieładne. Obornik rozrzucony po polach, czy właśnie przechodzące drogą stado krów też zostawiało mocne zapachy. Te jakoś nie składniały do refleksji. Co najwyżej do refluksu...

Jak widać na załączonych zdjęciach, camino primitivo to także droga kolorów. Obłędne połączenia soczystych barw przenosiły nas w inny świat. Deszcz jeszcze uwyraźniał i uwrażliwiał nas na kolory natury. Do tej pory trudno uwierzyć w to co widzieliśmy!

 Nauczyli mnie kreski i plamy
Ich kompozycją światu prawdy określić kształt
Obraz jak obraz, jego względność każdy zna
Myśl barwą wyrażona, wymiaru nabiera innego.

Lecz nie sposób barwami wyrazić milczenia

Szukałem już w wietrze
W miłości szukałem
Nadziei zostało bardzo niewiele
Gdzie znaleźć tę wiedzę
O prawdzie gdzie znaleźć
Niech to będzie prawda w milczeniu. 

Podążając za strzałkami- tylko tak nie zabłądzisz we mgleKiedy pada deszcz, to zazwyczaj pojawia się także mgła. Oprócz tego, że przesłania wszystko, to czasem stanowi atrakcję sama w sobie. Niektóre ze zdjęć we mgle wyglądają wyjątkowo ciekawie. Zresztą oceńcie sami. Niestety czasami ta malownicza mgła może narobić większego bałaganu, gdy na przykład ukryje przed pielgrzymami kolejne strzałki wyznaczające szlak. Zdarzyło się to chyba każdemu, ale na szczęście w rezultacie dotarliśmy do celu :)

Jednym z najciekawszych obrazków na szlaku było spotkanie dwóch dziwnych zwierząt. Wyglądali na przyjaciół- pies i świnia. Pies siedział i ze stoickim spokojem przyglądał się wędrującym ludziom z wielkimi plecakami. A świnka merdała ogonem :)A świnia patrzyła i merdała do wszystkich ogonem. W jakim układzie żyją między sobą- pewnie się nigdzy nie dowiemy. Najważniejsze że odnaleźli wspólny język.

Podobnie i my znaleźliśmy wspólny język z tymi wszystkimi osobami, z którymi przyszło nam dzielić schroniskowy byt. I z pędzącym na złamanie karku Hiszpanem, który po prostu nie potrafi chodzić wolno. I z dwumetrowym Niemcem Konstantinem, który z nieśmiałością zasiadł z nami do obiadu. I z arcygłośną rodzinką Portorykańczyków, których znali wszyscy i wszyscy pokochali, z wzajemnością oczywiście. Na szlaku rozlegało się głośne "Viva Polonia!", "Viva Espania!", "Viva Puerto Rico!". Bo nie ważne, gdzie się człowiek urodził- ważne co przeżywa w tym właśnie momencie.

Nie sposób powiedzieć gdzie jesteśmy...

Czy primitivo jest trudne? Pewnie to pytanie pojawia się najczęściej na różnego typu forach internetowych i jest jednym z najistotniejszych dla kogoś, kto chce się na nie wybrać. Odpowiedź nie jest prosta. Na pewno ta trasa daje w kość. Odległości między schroniskami są dość duże. Czasami brakuje miejsc do odpoczynku. Gdy dodamy do tego chłód i duże prawdopodobieństwo opadów, to rzeczywiście do najłatwiejszych nie należy. Jednak widoki rekompensują wszystko. I skoro tyle osób je przebywa, to znaczy że jest do przejścia.

Początek trasy- OviedoNiektórzy sami sobie nadkładają kilometrów. Że można, wie każdy kto choć raz się zgubił. Jednak oprócz gubienia SIĘ, można jeszcze zgubić COŚ. Gdy to COŚ jest mało istotne dla dalszej drogi, możemy nawet nie zauważyć, że się zgubiło. Gorzej, gdy od tego CZEGOŚ może zależeć jakość kolejnych kilometrów. Na Primitivo rzeczy, których gubić nie należy to te związane z ochroną przeciwdeszczową. Pierwszy raz zauważyliśmy zgubiony pokrowiec na plecak. Dodajmy że całkiem dobry i nowy pokrowiec. Wisiał sobie na płocie i wyglądał, jakby się suszył. Nie chcąc wyjść na "przywłaszczaczy" zostawiliśmy go na swoim miejscu. I to był błąd bo za jakiś kilometr spotkaliśmy powracającą w poszukiwaniu pokrowca Hiszpankę. Wracała pod wysokie wzniesienie i z pewnością nadrobiła tego dnia ładnych kilka kilometrów. Cały czas jednak ze stoickim spokojniem i uśmiechem. Z tej historii wyciągnęliśmy szybkie wnioski- cokolwiek znalezionego na szlaku wygląda, jakby było pielgrzyma- weź ze sobą, bo jego właściciel może tego bardzo potrzebować!

Wygląda jak akwarela :)Długo nie trzeba było czekać na nasze zguby. Niestety J. wybrała niezbyt korzystny czas na rozstanie ze swoim przeciwdeszczonym etui ochronnym na plecak. Bo zadziało się to podczas jednej z największych ulew, jakie było nam dane przetrwać. Szczęśliwie zgubę odnalazła po kilkudziesięciu metrach i w spokojniu można było zasiąść do rozgrzewającej herbaty w przytulnym zawilgoconym od stada pielgrzymów barze. Na Primitivo wszystkie bary okazały się niezwykle gościnne i przyjemne. Nawet, gdy z kelnerem nie można było porozumieć się w żadnym języku, to z pomocą migowego dostaliśmy nawet zieloną herbatę :) Takie cuda tylko dzięki Jakubowi!

Świeżo poznana grupa ze Słowacji, z 20 kilogramowymi plecakami...

Nadmiar oczywiście też nie jest wskazany- dokładnie pamiętamy nasze pierwsze camino i ciężary pod którymi się uginaliśmy. Ale chyba każdy idąc na szlak musi to przeżyć na własnej skórze i poprawić się na kolejnej wyprawie. Obecne 6-7 kg to drobnostka. O czym przekonaliśmy się spotkawszy grupę Slowaków. Każdy z nich targał prawie po 20 kilogramów. W plecaku mieli wszystko i jeszcze węcej. Naturalnie po części zbędnych rzeczy. Jak to jednak z "pierwszorazowymi" caminowiczami bywa- trudno się rozstać z tymi szmelami, jakie nosisz na plecach. Bo szkoda, bo były drogie, bo może się przydadzą... Tak więc lepiej nie brać, niż później nosić! I wychodzą mi z tego jakieś życiowe mądrości :) Tak czy inaczej- Słowacy mieli przeciężkie plecaki- ale karty do gry się przydały. Szczególnie na Gozo, gdzie w schronisku barwna międzynarodowa grupa (Kolumbia, Słowacja, Polska, Hiszpania, Włochy) zagrała w osła. Reguł za bardzo nie pamiętam, ale ten kto przegrywał musiał na ręku zapisać kolejne litery słowa OSIOŁ. Umowa była też taka, że w czasie południowej mszy w katedrze następnego dnia głośno zaryczy jak osioł... Śniadanko :) w żółtych klapkach :)No tego nie będziemy komentować :)

Jednak w noszeniu dziwnych i być może wydawałoby się niepotrzebnych gadżetów królem okazał się Kolumbijczyk. Gitara, żółte odblaskowe klapki, i instrument do gry wyglądający jak połączenie kobzy i cymbałków to zdecydowanie najbardziej oryginalne połączenie :)

Co chwilę można też było obcować z różnego typu przyrodą, która czasami wręcz wdzierała się w życie pielgrzyma. Goniący nogę wędrowcy pies, maiuczący tuż nad głową kot, przebiegający obok ciebie koń (z pielgrzymem na grzbiebie oczywiście) czy wreszcie ryczący w półdrodze osił. Oto cośmy widzieli :) Tak napradwę jednak ważne jest to, jak do tyc wszystkich stworów Pana Boga się odnosisz. Jeśli z szacunkiem i dobrocią, to odpłacą ci tym samym- pies cię nie urgyzie, koń nie stratuje, a osioł zaryczy coś w sobie tylko znanym języku, a potem da się pogłaskać :)

Ośmiornicę podano :)Spotkania z naturą dotyczą zwierząt nie tylko żywych. Primitivo przecież łączy się z Camino Francuskim, i to nie w byle jakiej miejscowości, ale w Melide. Kto choć trochę zna Hiszpanię, ten wie, że miejscowość ta słynie z najlepszej na świecie Pulpy, czyli ośmiornicy. Nie mogliśmy przejść obojętnie wobec tego przysmaku i zawitaliśmy do najbardziej znanej restauracji serwującej ten przysmak.

Po godzinnym zaleganiu w pulpelerii przenieśliśmy się 200 metrów dalelej do cukierni na kolejne kilkadziesąt minut, by potem zalec pod fontanną na zasłużoną sjestę. Rozleniwieni upalnym popołudniem i nie przyzwyczajeni do skawru, wyglądaliśmy chyba jak eskimosi wyrzuceni na hawajską plażę.

Melide w pełnej okazałościTrochę się w tym nie mogliśmy odnaleźć. Jako że jednak praktyka czyni mistrza, po pierwszym szoku, później lepiej znosiliśmy gorąco, a w zasadzie poczuliśmy się lepiej, bo gorąco się skończyło. I już później do samego końca świata (Fisterry) go nie było...

Od Melide szlak biegnie znaną nam już trasą Francuską i do Santiago weszliśmy wraz z rzeszą pielgrzymów tego najbardziej popularnego camino. Infrastruktura przygotowana dla wędrowców jest lepsza- to znaczy wygodniejsza. Jednak czy w ten sposób nie utracono czegoś, co stanowi istotę pielgrzymowania? Nie nam to jednak oceniać.

Różne takie atrakcje

Dla nas bowiem cała głębia tego, o co chodzi w camino została osiągnięta. Cisza, spokój, koncentracja na istocie rzeczy, spotkania z ludźmi którzy uczą zawsze czegoś nowego i pokonywanie samego siebie. Co ponadto- nie jest istotne. To co nas najbardziej urzeka w camino, to chyba to że nie można się przestać zadziwiać. Nowe rzeczy, nowi ludzie, nowe spojrzenia na świat. To wszystko nieustannie dziwi, tak jak w wierszu:

 Ją dziwi nawet płytki talerz

Zadziwia skrzynka pocztowa

Ona nie musi mieć już innych zalet

Niech tylko będzie wciąż zdziwiona

Ze zdziwienia aż podnosi brwi

Coraz piękniejsze w tym zdziwieniu

Kiedy chmury wynurzają się z doliny

 To jakby ktoś otwierał drzwi

I wejść już dalej nie mógł

Ona się tak pięknie dziwi

I ciągle wszystkim zaskoczona

W zdziwieniu swym aż traci siły

Lecz dalej jeszcze jest zdziwiona... 

 

Rzeczy, które wprawiają w zdumienie jest bez liku. Każdego oczywiście może zdziwić coś innego- gadający do siebie hospitalero z podejrzanie wyglądającego schroniska, przed którym ostrzgają miejscowi, albo też hasła promujące wolność i równość na wielkiej łące w środku lasu.

Nie taki osioł uparty...

Niejasne może być na przykład to, że trzy kilometry okazują się ośmioma. Albo, że krzyczący za nami pasterz chce wskazać właściową drogę, bo ominęliśmy znak, który deszcz zmył z asfaltu. Zarówno życzliwość jak i jej brak mogą być zdumiewające. I tu niestety camino kładzie na pielgrzymach swoje brzemię. Życzliwość staje się na nim bowiem normalnością. A potem wracamy do swojego życia, które zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej. Ci, którzy wracają na szlak są albo spragnieni tego bycia w ciągłej życzliwości, albo też są naiwniakami, którym ciężko pogodzić się z realiami współczesnego świata.

55 km do Santiago- San Miguel czuwa :P

Im więcej takich "naiwniaków" wokół nas, tym będzie piękniej :)

Z powracaniem na szlak nie jest różnie- w większości przypadków jest tak samo- wraca się. Szybciej lub później, ale zazwyczaj jakaś niewidzialna siłą ciągnie nas, by znów być w drodze. Tych uzależnionych od drogi znam bardzo wielu. Jedni wracają na szlak już po kilku miesiącach, inni dojrzewają do tego parę lat. Ale chyba nikt nie żałuje podjętej po rak kolejny decyzji, by znowu dostać w kość, by znowu iść, marznąć, moknąć, tonąć w upale. Są rzeczy na ziemi i niebie, których nie pojmujemy...

Do Santiago tym razem weszliśmy z nowymi mięśniami wyrobionymi na łydkach- znak ozpoznawczy Camino Primitivo. Ciągłe zmiany wysokości- wspinaczka i zejście zostawiły swoje ślady. Nawet na szczupłych nogach J. pojawiły się muskuły! I to nie byle jakie :) Gdyby tylko w domu chciało się kontynuować trening i rozbudowywać mięśnie, ach jakże by było cudownie...

9.00 rano- ciagle pada...

 

 

Z tyłu ktoś nas goni...

Ludzi wszędzie spotyka się takich samych- uczących cię czegoś nowego

Iwona Grzeżułkowska © 2011