Camino del Norte

 

Camino del Norte, czyli pielgrzymka północnym wybrzeżem Hiszpanii. Dosłownie wybrzeżem- szlak często biegnie plażami, klifami, wymaga przeprawy promem lub łodzią. Idealna propozycja dla spragnionych niezwykłych widoków i wielu wyzwań. Poniższe opowieści są zbiorem wspomnień Pawła, z którym byliśmy na tej właśnie drodze. Zachęcam do lektury.

 

GWIAŹDZISTY NOCLEG

 

Cała nasza grupaTo był szósty dzień naszej pielgrzymki i jednocześnie nasza pierwsza przygoda. Moja i trzech dziewczyn: Iwony, Kasi i Eli. Poznaliśmy się przez Internet, a dokładniej ja dołączyłem do zawiązanej już grupy, która chciała przejść Camino del Norte – kilkusetkilometrowy szlak biegnący wzdłuż północnego wybrzeża Hiszpanii. Pierwszy raz spotkałem się z nimi na lotnisku we Wrocławiu godzinę przed odlotem. Pomimo pewnych obaw jak zniosę taką żeńską grupę po kilku dniach byliśmy już zakolegowani i z optymizmem pokonywaliśmy kolejne etapy zmierzając do celu, jakim było Santiago de Compostela.

Tak więc szóstego dnia, według przewodnika Kasi czekała nas najdłuższa jak do tej pory droga do przejścia, licząca około 30 km. Taki odcinek wciąż wydawał nam się odległością, która podda próbie granice naszej wytrzymałości. Postanowiliśmy ją zatem nieco skrócić. Zeszliśmy z głównego szlaku wchodząc w teren bardziej górzysty, z większą ilością krzaków i drzew. Wśród nich biegła wąska, ale zaznaczona w przewodniku, ścieżka – podobno trakt uczęszczany już w średniowieczu, dzięki któremu mieliśmy zaoszczędzić parę kilometrów. Iść ciągle iść...Zaczęliśmy iść pod górę. Po kilkunastu minutach ścieżynka jakby zaczęła zanikać w wysokiej, suchej trawie i krzakach z ostrymi gałązkami wczepiającymi się w plecaki. Jeszcze trochę i pojawiły się pierwsze myśli, czy dobrze zrobiliśmy wybierając taką a nie inną drogę, ale fakt że przecież idziemy skrótem nie pozwalał nam zawrócić. Jeszcze czterdzieści minut marszu i weszliśmy na szczyt góry. Miejsce do którego dotarliśmy warte było naszego wysiłku. Płaski wierzchołek porastała niska trawa. Cień dawały niewysokie drzewa. Nasza góra była najwyższym wzniesieniem w okolicy z którego roztaczał się wspaniały widok. Z jednej strony ocean, z drugiej łąki, las, a dalej na horyzoncie wysokie góry. Nawet to, że nie widzieliśmy żadnej ścieżki, którą moglibyśmy zejść i kontynuować marsz nie psuła nam humoru i apetytów.

Najważniejsze to trzymać się szlakuPo odpoczynku i sesji zdjęć jeszcze raz dokładnie obeszliśmy szczyt i w końcu znaleźliśmy niewielką ścieżynkę oblepioną z obu stron ostem i innymi kłującymi roślinami. Zaczęliśmy schodzić. Ścieżynka wiła się między krzakami, upał był coraz większy, chyba już wtedy straciliśmy nadzieję, że znajdujemy się na jakimkolwiek skrócie. Ale po jakimś czasie droga znów zrobiła się szeroka, ocean ponownie był blisko, tak jak w poprzednich dniach natknęliśmy się na niewielką plażę i nie mogliśmy się oprzeć, żeby na niej nie odpocząć. A potem była następna plaża, koło której też nie mogliśmy przejść obojętnie. Nic dziwnego, że do miasteczka w którym planowaliśmy nocleg dotarliśmy o wiele później niż planowaliśmy. Zdaje się, że zamiast paru kilometrów mniej zrobiliśmy parę więcej niż byśmy przeszli, gdybyśmy trzymali się głównego szlaku, pamiętając jednak na jaką fajną górę udało nam się wejść nie robiliśmy sobie żadnych wyrzutów z tego powodu.

Dzika plaża pośród drzew :)Do centrum doszliśmy dopiero po 18. I tu czekała nas przykra niespodzianka. Nie mieliśmy pojęcia, że trwa właśnie jakieś hiszpańskie święto. Miasteczko okazało się bardzo turystycznym miejscem i zostało najechane przez wszelkiej maści turystów, krajowych i zagranicznych. Efektem tego były zajęte wszystkie miejsca noclegowe nie tylko w schroniskach, ale też w pensjonatach i hotelach. Szukaliśmy i szukaliśmy jakiegoś kąta do spania. Znaleźliśmy co prawda pojedyncze pokoje, z tym, że znajdowały się one w hotelach - nie na naszą kieszeń. Przyznaję, nie miałem pojęcia co robić, za to Iwona z Kasią bez większego wahania oznajmiły: Trudno, w takim razie będziemy spać na dworze. Oniemiałem, ale rzeczywiście nie mieliśmy innego wyjścia. Upadły pomysły, aby spędzić noc na jakimś przystanku autobusowym, czy przydrożnych krzakach. Baliśmy się, że zwinie nas policja. Samotny posiłek gdzieś w północnej Hiszpanii...Gdzie jak gdzie, ale nocleg w komisariacie nam się nie uśmiechał. W końcu zdecydowaliśmy się znaleźć jakieś miejsce poza terenem zabudowanym. Najpierw jednak najedliśmy się w pobliskiej restauracji. W ostatnim, rozpaczliwym zrywie zapytaliśmy jeszcze kelnera, czy nie zna jakiegoś punktu, gdzie mogliby nas przenocować, oczywiście nie znał takiego. Trudno. Posiedzieliśmy jeszcze trochę przy stoliku, ale w końcu nie można było dłużej zwlekać. Dodając sobie odwagi, słowami, że szybko coś znajdziemy, ruszyliśmy. Kiedy wychodziliśmy z miasteczka zachodziło już słońce. Rzeczywiście dość szybko natknęliśmy się na pierwsze miejsce, gdzie jak nam się na pierwszy rzut oka wydawało, można było przetrzymać noc. Po drodze spotykaliśmy różne zwierzęta...Był to stary kościół z drewnianym gankiem, ale niedaleko musiał być jakiś zbiornik wodny, bo zaraz obsiadły nas komary. Potem przez jakiś czas szliśmy przez jakąś wioskę, mijaliśmy stare szopy, ale też nie mieliśmy odwagi się w nich rozłożyć z obawy, że ktoś nas stamtąd przepędzi. Podążaliśmy z coraz większym trudem dalej. Jeszcze raz przypominam, że wciąż byliśmy początkującymi piechurami, mieliśmy tego dnia w nogach ponad 40 km, kiedy dodać do tego kilkunastokilogramowy bagaż na plecach, całodniowy upał i obciążenie psychiczne związane z tym że wciąż nie wiedzieliśmy jak skończą się nasze poszukiwania noclegu, można zrozumieć, że goniliśmy ostatkiem sił. Było chyba przed północą, kiedy Iwona stanęła i powiedziała, że ona po prostu dalej nie idzie i chce doczekać rana tu gdzie stoi. Staliśmy na bocznej, szutrowej drodze z wysokimi poboczami porośniętymi krzakami, niedaleko za nami szumiał las, przed nami szumiał ocean, a obok buczał jakiś generator zamknięty w murowanym budynku bez okien. Skąd jak skąd, ale z pobocza nikt nas nie przepędzi – pomyślałem. Mając to na uwadze, a ponadto licząc, że droga nie jest uczęszczana i w nocy nie przejedzie nam po nogach żaden pojazd zaczęliśmy przygotowywać sobie posłania.

Pasażer na gapęOwinięty we wszystkie ubrania, jakie ze sobą niosłem, leżąc w śpiworze na alumacie i tak czułem ostre kamienie pod sobą, byłem jednak zbyt zmęczony, żeby zwracać na to szczególną uwagę. Poza tym miałem nad sobą niebo z największą ilością gwiazd jaką kiedykolwiek widziałem. Dla takiej panoramy warto było cierpieć. Zapomniałem dodać, że po rozłożeniu śpiworów rozdzieliliśmy dyżury, które kolejno mieliśmy sprawować do rana. Nie miało to większego znaczenia, bo po pierwszej turze czuwania pospaliśmy się jak susły. Nie był to jednak koniec emocji.

W nagrodę czekał nas wschód słońca nad zatokąByło jeszcze ciemno, kiedy obudziły mnie jakieś stukoty. Z trudem otwierałem oczy. To, co zobaczyłem sprawiło, że wytrzeszczyłem je szeroko. Kilkanaście metrów przede mną biegały jakieś zwierzęta: duże, masywne i z kopytami. Po chwili obudziły się dziewczyny, a zwierzęta zniknęły w lesie, aby po chwili znów przebiec blisko nas, tym razem z młodymi. Znieruchomieliśmy, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. Nie wiem, czy stworzenia w końcu nas dostrzegły, ale po jeszcze jednym sprincie w pobliżu naszych śpiworów na dobre zniknęły w lesie.

Do świtu nie zasnąłem, a kiedy wzeszło słońce, spakowaliśmy się i dosyć zmarznięci oraz zdrętwiali ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie pamiętam wiele z następnego dnia. W następnym miasteczku też nie było miejsc w schroniskach. Po nocy na kamieniach nie mieliśmy w sobie dość wewnętrznych sił, aby ponownie wylądować pod gołym niebem. ColombresOdżałowaliśmy w końcu kilkadziesiąt euro i zatrzymaliśmy się w prywatnym pensjonacie. Łóżko jeszcze nigdy nie wydawało mi się tak wygodne i miękkie jak wtedy.

Do dzisiaj nie udało nam się ustalić, co za zwierzęta widzieliśmy wtedy w nocy. Domysły mieliśmy różne, jedne bardziej szalone od drugich: sarny, tapiry, hipopotamy? Będąc już w Santiago, Kasia poszła do jednego z muzeów. Widziała tam wypchane okazy, które jak zapewniała, były identyczne z tymi, jakie spotkaliśmy kilka tygodni wcześniej. Był tylko jeden problem. Podpis głosił, że zwierzęta te wymarły jeszcze w XIX w.

Przejście przez autostradę. Niezbyt mądre z naszej stronyMógłbym jeszcze pisać: o darmowym schronisku, gdzie uczyliśmy się od młodej Niemki wymowy niemieckich toastów, a starszy Hiszpan próbował nas uczyć miejscowych przyśpiewek; o tysiącletnim klasztorze z częścią gospodarczą przerobioną na pomieszczenia noclegowe dla pielgrzymów, o niewielkich wioskach, zbyt małych żeby był w nich otwarty choć jeden sklep, ale wystarczająco dużych, żeby miały czynne jedną albo dwie knajpy, do których Kasia z Iwoną musiały wchodzić na kawę, o szlaku który biegł przez środek wiaduktu na autostradzie, o wielu innych zdarzeniach oraz osobach, które nam się przydarzyły. Nie ukrywam wiele z tych wydarzeń nie pamiętam już tak dokładnie jakbym chciał. Przypomina mi się w tym momencie inna historia, co ciekawe również pewną rolę odegrały w niej napotkane nocą zwierzęta.

 

WSPÓLNA MODLITWA

Gdzieś w trasieRaz zawędrowaliśmy do dużego schroniska na około setkę osób. Miasteczko i samo schronisko były fajne. Do wyboru mieliśmy kilka knajp, w których można było zagrać w piłkarzyki, pod nogami wałęsały się mniejsze i większe koty. Idealne miejsce do odpoczynku. Nas jednak od pewnego momentu zaprzątał jeden problem. Z nieocenionego przewodnika Kasi wynikało, że następnego dnia mieliśmy do wyboru: pokonać 40 km i trafić do dużego schroniska, albo przejść kilkanaście kilometrów i zatrzymać się w schronisku mniejszym, na około kilkanaście osób. Nie chcieliśmy robić tak długich odcinków. Ale żeby załapać się na miejsce w malutkim schronisku musieliśmy wyruszyć w środku nocy. Brać udziału w wyścigu po łóżko też nie chcieliśmy. Ostatecznie za namową Hermana i Silvi zdecydowaliśmy się na przejście krótszego odcinka. Tu powiedzieć trzeba, że Herman i jego dziewczyna Silvia od parunastu dni szli razem z nami. Na stałe mieszkali w Barcelonie. Zdarzyło się, że przez jakiś czas pokonywaliśmy te same odcinki, widzieliśmy się rano i wieczorem w kolejnych schroniskach i tak jakoś wyszło, że się zakolegowaliśmy.

Nocna wędrówkaWstaliśmy więc w środku nocy i spakowawszy się po ciemku oraz w miarę cicho, ruszyliśmy. Początkowo całkiem szybko po szerokiej, asfaltowej drodze. Warto zaznaczyć, że minęliśmy wtedy znak oznajmujący, że do Santiago zostało równo 100 km. Sytuacja pogorszyła się, kiedy wkroczyliśmy w las. Początkowo oświetlaliśmy sobie drogę latarkami, potem, kiedy baterie zaczęły się wyczerpywać, szliśmy z nosami przy drzewach i poboczu wypatrując znaków oznaczających szlak.

W pewnym momencie przed nami usłyszeliśmy donośne szczekanie. E to nic, widać zbliżamy się do wioski i wyczuł nas uwiązany do łańcucha pies – przekonywaliśmy się zwalniając jednocześnie kroku. Szczekanie robiło się coraz głośniejsze. W końcu z mroku, niczym Pies Baskervillów, wyłoniła się bestia. Pewnie w środku dnia nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia. Ale było ciemno, przez co kilkanaście kroków przed sobą widziałem tylko błyskające ślepia i zęby, a że jednocześnie było cicho, ujadanie brzmiało jak serie z karabinu maszynowego. Tablica powitalnaCo gorsza z każdym najmniejszym kroczkiem pies-szatan zaczynał szczekać i jeżyć się coraz bardziej. Zbiliśmy się w przerażoną kupkę. Wycofać się i przejść inną drogą nie można, iść do przodu też niemożliwe. W tej trudnej chwili jedyną osobą, która zachowała zimną krew był Herman. Wziął jeden z kijków trekingowych i zaczął nim raz za razem mocno uderzać o ziemię. To rozwścieczyło psa jeszcze bardziej. Jednak Herman nie przestawał, co więcej powoli zaczął się przybliżać do zwierza, który o dziwo zrezygnował z ataku i czmychnął z powrotem w las. Jak Herman na to wpadł i co więcej, jak się na to odważył, nie mogę pojąć do tej pory, w każdym razie uratował nas wszystkich i za to należą mu się ogromne podziękowania.

Obiad w schroniskuDalsza część marszu upłynęła już spokojnie. Nadszedł świt, niedługo potem doszliśmy do schroniska. Okazało się, że nie byliśmy pierwsi. Przy budynku stało już kilka plecaków, ich właściciele siedzieli, bądź spali nieopodal (musieli wyjść jeszcze wcześniej od nas). Schronisko prowadziła para starszych ludzi. Szwajcarka oraz Irlandczyk (a może Norweg), którzy poznali się na szlaku do Santiago, spodobali się sobie i postanowili razem poprowadzić albergue. Szwajcarka cały czas uśmiechnięta, gadatliwa, jej mąż przeciwnie, skryty, poważny, w milczeniu rozdzielał miejsca noclegowe. A schronisko faktycznie było malutkie, przypominało raczej zwykłe mieszkanie. Zaledwie kilkanaście łóżek, chodniczki w przedpokoju, małe szafki z przyprawami.

Tego dnia odcinek który mieliśmy przejść, przeszliśmy. Mieliśmy również zapewniony nocleg. Innymi słowy plan wykonaliśmy, a było godzina… 10 rano. Wyczerpani nocnymi przeżyciami zasnęliśmy.

Piękny krzyżSchronisko stało na skraju wioski, spacerując po niej wieczorem trafiliśmy do miejscowego kościółka. Tam spotkaliśmy grupę Portugalczyków, którzy pojawili się, kiedy w albergue nie było już miejsc, a nie chcąc iść kolejnych 25 km uprosili pozwolenie na przenocowanie na poddaszu kościółka. Zaprosili nas, jak zresztą wszystkich, którzy przebywali w schronisku do nich wieczorem. Wahałem się, bo nie lubię wspólnych kościelnych śpiewów, ani głośnych modlitw. Ale namówiony przez dziewczyny poszedłem.

W kościele znalazła się chyba większość gości schroniska, łącznie z właścicielami. Najpierw faktycznie, gitara i portugalskie śpiewy, potem Portugalczycy zachęcali nas do tego, aby każdy pomodlił się w swoim narodowym języku. W ławach siedzieli pielgrzymi z Australii, Niemiec, Francji oczywiście Hiszpanii – i każdy po kolei odmówił Ojcze Nasz. Wrażenie było niesamowite, bo choć słowa były różne, wiedzieliśmy, że znaczą to samo. Kolejka do schroniskaNie chce, żeby to zabrzmiało patetycznie, ale w tamtym kościółku można było faktycznie poczuć, że wszyscy jesteśmy zjednoczeni w tej samej kulturze. Nawet mrukliwy Irlandczyk pod koniec uśmiechał się leciutko i nawet ateista Herman powiedział, że było to miłe doświadczenie.

Ostatnie sto kilometrów do Santiago to coraz większy tłok na szlaku. A już na ostatnim odcinku przed celem naszej wędrówki panował ruch jak na autostradzie. Sznur ludzi. Dla mnie, przyzwyczajonego do dość pustych ścieżek na Camino del Norte to był szok. Za to ludzie idący głównym Camino tzw. francuskim zdawali się być do tego przyzwyczajeni.

 

SANTIAGO

 

Pielgrzymi w wersji przeciwdeszczowejDo Santiago wchodziliśmy w strugach deszczu. Ja z rozwalonym kolanem. Zabawne, przez ponad 500 km ani razu się nie przewróciłem, nie ugryzła mnie nawet najmniejsza pchełka czy pluskwa. Nie miałem nawet większych problemów z odciskami. A widziałem pogryzionych przez insekty pielgrzymów i żegnałem ludzi, którym krwawe odciski uniemożliwiły dalszą wędrówkę. Wiedziałem zatem jak duże mam szczęście i miałem nadzieję, że nie opuści mnie ono do samego końca podróży, pozwalając na dotarcie do Santiago bez uszczerbku na zdrowiu. Los sprzyjał mi praktycznie do samego końca, aż do czasu, kiedy na przedmieściach Santiago uznał widocznie, że spełnił moje prośby. Dwóch pielgrzymówPoślizgnąłem się na prostej asfaltowej drodze i rozbiłem kolano, które ostatecznie zagoiło się dopiero w Polsce.

Mniejsza o to, najważniejsze że w końcu DOTARLIŚMY do celu podróży. Wielka radość z tego co udało nam się dokonać. W mieście zostaliśmy trzy dni, wspominając nasze przygody, schroniska w których nocowaliśmy, dni w których gubiliśmy drogę. Wielkie zaskoczenie spotkało nas w samej katedrze w czasie mszy dla pielgrzymów, kiedy pod koniec nabożeństwa rozkołysano Botafumeiro – największą kadzielnicę na świecie mierzącą 160 cm i ważącą ok. 80 kg. W ogóle się tego nie spodziewaliśmy, ponieważ Botafumeiro używane jest w czasie uroczystych nabożeństw. Robienie kwiatków pod katedrą :)Okazało się, że w tym samym dniu do Santiago dotarła ważna pielgrzymka, która wpłacając duży datek dla kościoła, zapewniła sobie rozkołysanie trybularza i okadzenie całej katedry. Pozytywna niespodzianka na zakończenie pielgrzymki.

Super wyglądały spotkania z ludźmi, których widzieliśmy w czasie naszej podróży. Wszystkie drogi prowadzą na plac Obradoiro przed katedrą. Natknęliśmy się tam zatem na Australijki – dwie starsze panie, które swoim wolnym tempem przewędrowały cały szlak, dziewczynę z Niemiec – tę, która uczyła nas niemieckich toastów, dwójkę obwiesi z Walencji – Ekipa z del Nortenie znaliśmy ich imion, byli po prostu dwoma najbardziej wyluzowanymi kolesiami na świecie, Bronsona – informatyka z Kaliforni, który postanowił spróbować życia w Hiszpanii, dwie Polki – z których jedna podróżowała z kilkukilogramowym zapasem kakao w plecaku, chcąc zawsze je mieć pod ręką. Oczywiście był też tam Herman z Silvią, grupa Portugalczyków, inni Hiszpanie oraz Włosi. I my wszyscy, zachęcani przez szefa portugalskiej grupy zaczęliśmy na placu tańczyć, wręczać sobie zrobione własnoręcznie kwiatki z bibuły (przyniesionej przez portugalskiego szefa) i zapewniać się wzajemnie, że kiedyś na pewno się jeszcze zobaczymy.Na chwilę przed podziałem grupy Świat jest przecież taki mały. A po wszystkich pożegnaniach… zacząłem się nudzić. Pozbawiony rytmu marszu, który wyznaczał porządek dnia przez ostatnie tygodnie siedziałem a to w knajpie, a to na placu przed katedrą i zamiast kontemplować, napawać się całą podróżą i ogólnie oddawać się zasłużonemu odpoczynkowi myślałem: Może by się w końcu coś zaczęło dziać.

Po trzech dniach moje oczekiwania spełniły się. W naszej grupie nastąpił umówiony wcześniej podział. Ja zacząłem iść dalej na zachód w kierunku przylądka Fisterra, gdzie dla pielgrzymów w średniowieczu kończył się świat widzialny, dziewczyny pojechały odpocząć na plaży. Po trzech dniach mieliśmy się spotkać na końcu świata. Moja samotna wędrówka również nie obyła się bez przygód i ciekawych spotkań, ale to już temat na odrębne wspomnienie.

 

Paweł Wolańczyk

Iwona Grzeżułkowska © 2011