Camino frances

czyli 780 kilometrów do grobu św. Jakuba

Camino francuskie to najbardziej znana z dróg do grobu Świętego Jakuba w Santiago de Compostella. Jak wskazują przewodniki, do przejścia jest około 800 kilometrów. Nikt nigdy nie liczy ile ich jest dokładnie. Szczególnie, gdy na przykład zgubi się drogę- wtedy kilometrów przybywa. Jednak camino to nie matematyka, i nie o ilość kilometrów chodzi.

Malowane owceDo wyjazdu warto się racjonalnie przygotować. Najlepiej zacząć dwa- trzy miesiące wcześniej od ćwiczeń fizycznych. Może bieganie, albo jazda na rowerze. Kto nas choć trochę zna, ten wie, że obyliśmy się bez tego rodzaju "męczarni". Kompletnie nie zaprawieni w boju ruszyliśmy na szlak. Czy to mądre z naszej strony? Pewnie nie... Tym bardziej, że plecaki ważyły po 15 kilogramów każdy. I to też nie było mądre. Ale zgodnie z polskim przysłowiem "Mądry Polak po szkodzie"- następnym razem już wiedzieliśmy jak się przygotować.

 Początek drogi w Saint Jean Pied de Port

Polecieliśmy do Francji, do Bayone. Tam poczekaliśmy na pociąg, wyciągnęliśmy przywiezione z Polski kabanosy i zabraliśmy się do jedzenia. Pod dworcem spotkaliśmy naszego rodaka… ach cóż to było za spotkanie. Nazywał się Rysiek, i w Bayone pełnił rolę kloszarda, które to zajęcie wychodziło mu nadspodziewanie dobrze. Częstował nas dosyć podejrzanej jakości alkoholem i proponował opiekę tutejszej bandy. Próbował też sprzedać nam ubrania dla niemowląt, które zapewne wyniósł z jakiegoś sklepu niezauważony przez ochronę. Nie skorzystaliśmy... bo właśnie nadjechał nasz pociąg i niedługo potem znaleźliśmy się w malowniczej górskiej miejscowości u podnóża Pirenejów, Saint Jean Pied de Port. Zresztą ubranka dla niemowląt były chyba ostatnią rzeczą jakiej byśmy potrzebowali...

W Saint Jean udaliśmy się do biura kupić Credenciale, czyli paszporty pielgrzyma, do których przybija się pieczątki w miejscach kolejnych noclegów. Wszystko było dla nas nowe i nieznane. W biurze dostaliśmy zakwaterowanie. Ulokowani w prywatnym hostalu mogliśmy udać się na Gotowi do akcji, wzrokiem odprowadza nas właścicielka hostalu, i kot :)małe zwiedzanie. To czego szukaliśmy, to otwarty kościół. Jedno z najtrudniejszych zadań dla pielgrzyma na trasie, jeśli nie zna się hiszpańskich zwyczajów. Kościoły są otwarte, ale w określonych godzinach- rano, do sjesty i po południu, po sjeście. Tym razem się nie udało- kościół owszem był, ale zamknięty. Po zwiedzaniu miasta wróciliśmy do hostalu i zapytaliśmy o pomieszczenie, gdzie można by było odprawić Mszę świętą. Właściciel z radością zaoferował nam swój garaż, tłumacząc, że miesiąc wcześniej też tu odbywała się Msza sprawowana przez księdza- pielgrzyma. Nasza pierwsza liturgia odbyła się zatem w garażu, na plastikowym ogrodowym stole.

Pierwszy dzień właściwego camino to przeprawa przez Pireneje, by z ziemi francuskiej przejść do Hiszpanii. Ranna mgłaNa szlaku mijaliśmy owce, krowy, konie- jednym słowem prawie polskie klimaty.

Podejście było naprawdę ciężkie. Oddech stał się szybki, nogi zaplątywały się w krzaki, potykaliśmy się o kamienie. Ile zostało do końca drogi- nie wiadomo. Cztery dni wcześniej wróciliśmy z pielgrzymki do Częstochowy, więc byliśmy w dość dobrej kondycji fizycznej. Z psychiką też chyba wszystko w miarę dobrze, choć większość moich znajomych do dziś twierdzi, że nie do końca. Leon tłumaczy mi, że to nie jest normalne- iść 30 dni trasę, którą można przejechać w 10 godzin.  Tłumaczy mi też, że nie robią na nim wrażenia te wielkie liczby- 780 km, 530 km, ale te małe- 30 kilometrów dziennie, 7 kilometrów do najbliższego noclegu… Te małe przerażają go znacznie bardziej.

 Dzikie koniki w Pirenejach.Pierwsze prawdziwe schronisko na trasie- Rocensevales. Wielka sala wypełniona piętrowymi łóżkami. Powitał nas zapach przepoconych butów stojących para przy parze przy samym wejściu do sypialni. Jest ich tak wiele, tak jak wielu jest tu ludzi pragnących zasłużonego wypoczynku. Chyba góry nas pokonały, bo dość późno dotarliśmy do miasteczka. Kolacji nie dostaliśmy, ale w plecakach nieśliśmy zapas gorących kubków, „na czarną godzinę”. Od właścicieli wyżebraliśmy odrobinę wrzątku, a przy tym dostaliśmy też „Magdalenki”. Od tego momentu zakochaliśmy się w „Magdalenkach”. Teraz, w Polsce, też można kupić je w każdym supermarkecie, ale tu nie smakują tak dobrze. Tak naprawdę wcale nie smakują, są wręcz niedobre. Jednak w Rocenselaves, po wielogodzinnej wędrówce były wyborne. Wszystko w życiu ma swoje miejsce i swój czas.

Gdzieś w Pirenejach.

Ze schroniska wyszliśmy rankiem, siąpił dziwnie zimny deszcz, ale my wychodziliśmy z piosenką na ustach- nie pamiętam, co tam podśpiewywaliśmy, ale zrobiło to pozytywne wrażenie na innych. Życzyli nam, abyśmy pod koniec naszego camino nadal mieli siłę śpiewać- oczywiście że mieliśmy. Śpiewaliśmy w każdym momencie, choć nie zawsze było to warte słuchania. Moje zdolności wokalne to w zasadzie brak zdolności, więc nadrabiałam dobrą miną. Ale śpiewałam, śpiewać każdy może, słuchać nie każdy musi.

Tak w ogóle na wiele rzeczy mieliśmy siłę. Na przykład robiliśmy pompki na moście w Donejakue Bidea. Z 13-kilogramowymi plecakami na plecach towarzyszyliśmy w ten sposób pewnemu zapalonemu biegaczowi, który akurat na tym moście odbywał swoje poranne ćwiczenia. Patrzył na nas dziwnie, ale w końcu zaczął się śmiać. Na innym moście, w innym mieście, ale też z plecakami na ramionach uczyliśmy się tańczyć walca angielskiego. Czy to jest normalne, pewnie nie...

Widoki...W miejscu drugiego noclegu okazało się, że nie ma sklepów i trzeba stołować się w restauracji. To  był nasz pierwszy kontakt z „menu del dia”. Specjalnie z myślą o pielgrzymach serwowane są kolacje złożone z dwóch dań i deseru. Co tam jedliśmy- niezbyt dobrze pamiętam. Ale na pewno było wino, a na deser malutka porcja lodów. Po kolacji bieg do schroniska, żeby zdążyć przed zamknięciem. Mieliśmy swój własny pokoik, dwa metalowe piętrowe łóżka i jedno pojedyncze. Z wyglądu przypominało to koszary wojskowe, ale dla pielgrzyma, były to prawdziwe luksusy. Dla tych, którzy śpią na górze schodzenie rano jest zazwyczaj wyjątkowo bolesne.

M. i jego "posiłek".

Z pakowaniem się mieliśmy pewne kłopoty, w zasadzie do samego końca pielgrzymki. Co dzień składaliśmy porozrzucane ubrania, jedzenie, upychaliśmy śpiwory do woreczków. Po pewnym czasie stało się to tak rutynowe, że można się pakować z zamkniętymi oczyma, lub po ciemku, gdy udawało się wstać nieco wcześniej. Na szczęście było tak wyjątkowo rzadko.

Za Pampeluną czekało nas schronisko w Zizur Menor. Dla nadchodzących wcześniej pielgrzymów jest pierwsze albergue prowadzone przez Kawalerów Maltańskich.  :) Oczywiście nie dotarliśmy wcześniej, więc musieliśmy iść do innego- prywatnego. Nie ma co narzekać- dobre warunki, kuchnia, niedaleko sklep spożywczy. W sklepie pani nie potrafiła zbyt dobrze liczyć i jak się okazało źle wydała nam resztę, ale w końcu doszliśmy do porozumienia. To naprawdę nieźle biorąc pod uwagę, że żadne z nas, nie zna hiszpańskiego.

 

Blaszani pielgrzymi, Alto del Pedron.

 

Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc na camino fransuckim to figury blaszanych pielgrzymów na wzgórzu Alto del Pedron. Dotarliśmy tam w strugach deszczu. Metalowi pielgrzymi wydali się wyjątkowo zmęczeni i zagubieni. Nie mieliśmy możliwości zatrzymać się tu na dłużej, bo deszcz nie przestał padać ani na chwilę. Inni pielgrzymi zrobili nam szybko kilka zdjęć, żeby aparat nie zamókł.   Doszliśmy do małego kościółka (jak nam się wydawało w Eunate. Miejsce to opisuje praktycznie każdy przewodnik, trzeba tylko zejść nieco ze szlaku).

My jednak doszliśmy gdzieś indziej (do dziś nie wiem dokąd), ale udało nam się trafić na otwarty kościół. To dobry znak. W środku zdjęliśmy plecaki i ociekające wodą kurtki. Krzątała się tam pani zajmująca się utrzymaniem porządku i jej mała wnuczka. Próbowaliśmy porozumieć się z nią i poprosić, żeby pozwoliła nam odprawić Mszę. Zawzięcie tłumaczyliśmy więc, że prosimy o „messa”. Kobieta jednak nie chciała współpracować. Szybko gestykulowała, ale nie wiedzieliśmy o co jej chodzi. M. zmęczony oświadczył w końcu, w języku polskim naturalnie, że „świeczki ma, będzie odprawiał mszę”. No i tak zrobił. Później okazało się, że jednak przydałaby się nam choćby krótka lekcja hiszpańskiego. „Messa” bowiem, o którą prosiliśmy w kościółku, oznacza stół, a Msza święta to „Missa”. Tak więc wyglądało na to, że zachowywaliśmy się w świątyni jak w sklepie meblowym. No, ale teraz jesteśmy bogatsi o nowe słowo w nieznanym dotąd języku. Gdzień na szlakuWe Mszy uczestniczyła również wspomniana kobieta z wnuczką, oraz pewne małżeństwo. Później spotkaliśmy ich w Santiago po Mszy świętej w katedrze. Poznali nas i opowiedzieli, że z nami brali udział w ich pierwszej Mszy na camino, a także w tej ostatniej, u grobu Jakuba.

Praktycznie każdy dzień w drodze jest jednakowo ciężki. Zależy to oczywiście od tego, ile kilometrów zamierza się przejść. Nasza średnia to około 28-30 km dziennie. Czasami trzeba było iść dłużej, czasem można nieco odsapnąć. Jeden z najlepiej zapamiętanych momentów to dzień kiedy wyznaczyliśmy sobie 36km. Po drodze mijaliśmy pielgrzymów już zakwaterowanych w schroniskach, machali do nas, ale my chcieliśmy dojść nieco dalej. Istnieje taki rodzaj egoizmu podczas drogi, który mówi ci- dziś idź dalej, jutro będziesz miał więcej wolnego. Nic bardziej złudnego :)

   Ruiny klasztoru w San AntonWedług naszej rozpiski w kolejnej wiosce miało być albergue. BYŁO to właściwe określenie, bo dwa miesiące wcześniej je zamknięto. Kolejna miejscowość to dodatkowe 8 kilometrów marszu. Było już po 20.00. O dojściu przed zamknięciem do schroniska w następnej wiosce raczej nie było mowy. A i sił już nie mieliśmy wystarczająco dużo. Postanowiliśmy zatem, że zostaniemy w tej wsi. W barze zapytaliśmy o możliwość przenocowania. Niestety nie było nigdzie miejsca.

Został nam więc kościół. Kiedy przechodziliśmy obok niego parę minut wcześniej, przedsionek był otwarty- Opatrzność zatem czuwała nad nami i moglibyśmy przenocować przy samym ołtarzu. Jednak gdy wróciliśmy do kościoła był już zamknięty. Obok kościoła znajdował się mały ogródeczek. Wystarczyło tylko przejść przez niskie ogrodzenie. Rozbiliśmy więc biwak. Założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe rzeczy jakie tylko mieliśmy. A tych rzeczy jest niewiele, bo przecież Hiszpania to ciepły kraj, więc raczej na zimna i chłody nikt się nie nastawił. Sławny nocleg na scenieGdy już ułożyliśmy się wygodnie, na horyzoncie pojawiły się granatowo- czarne burzowe chmury. Trzeba więc było pomyśleć o innym miejscu noclegowym. Udaliśmy się zatem z powrotem na rynek, gdzie godzinę temu zauważyliśmy, że rozstawiono scenę na jakieś lokalne występy. Rozłożyliśmy zatem swoje karimaty i śpiwory na scenie, a w tym czasie na rynek zaczęła się schodzić tutejsza młodzież. W Polsce byłoby pewne, że trzeba uciekać bo albo cię okradną, albo jeszcze gorzej. W Hiszpanii pielgrzym ma niesamowite prawa i cieszy się ogromnym szacunkiem wszystkich- starszych i młodszych. Bez obaw więc poszliśmy spać. Zapomniałam dodać że bez kolacji, wszystko było już przecież zamknięte- A. wyjadła nawet resztki herbaty w proszku, a ja kostki cukru.

Fontanna z winem :)

Rano obudził nas przeraźliwy chłód i głód. Było tak zimno, że nie dało się dłużej leżeć. Stopy mieliśmy tak skostniałe, że ledwo można było na nich ustać. Koło 5.00 nad ranem zebraliśmy więc nasze rzeczy i ruszyliśmy dalej. Co prawda w nocy nie padało, ale okazało się błogosławieństwem, że nie zostaliśmy pod kościołem, bowiem (jak się później dowiedzieliśmy) o 4.00 rano włączył się tam automatyczny system nawadniania trawników- czekała by nas zatem niesamowita pobudka. Czasami wydaje się człowiekowi, że Pan Bóg go nie słucha, ale On zawsze wie lepiej:) Przecież zatroszczył się o to, byśmy nie zmokli, i o to byśmy mieli co wspominać, a ta noc okazała się naprawdę godna wspominania.

Byliśmy bardzo głodni. Skończyły się nam już nawet zapasy herbaty w proszku i cukru w kostkach. Gdzieś po drodze, w ciemnościach, przed jedną z miejscowości udało nam się wypatrzyć studnię. Był to dobry czas i miejsce na poranną toaletę- zęby aż bolały od lodowatej wody, ale oczy się chętnie obudziły. Po około 12 kilometrach dotarliśmy do Bodegas Irache, gdzie jest coś, co zna każdy pielgrzym- Fuente del Vino, czyli fontanna z winem. W środku malowniczej winnicy stoi budynek, gdzie z myślą o pielgrzymach zainstalowano dwa kraniki. Jeden z wodą, drugi z winem...

Głodna i zmęczona...Staliśmy przed tymi kranikami o godzinie 8 rano, po nocy na dworze, bez posiłku od dwudziestu kilku godzin. Kilka łyków wina to aż nadto, żeby się rozgrzać. J. początkowo stawiała opory, ale dla zdrowotności i ciepła wypiła kubeczek wina. Obok kraników ktoś wspaniałomyślnie postawił automat z batonikami. Wyjedliśmy prawie wszystkie. Zaczęli się schodzić inni pielgrzymi, więc z trudem wstaliśmy i ruszyliśmy dalej, ze śpiewem na ustach oczywiście (już wspominałam, że lubimy podśpiewywać, a wino tylko nam to ułatwiło). Przydreptaliśmy pod jakiś kościół, pstryknęliśmy parę zdjęć i mieliśmy iść dalej, gdy nagle koło nas zatrzymał się samochód, z którego wysiadł mężczyzna z kamerą telewizyjną. Ku naszemu zdziwieniu zaczął nagrywać nas podczas marszu. Tworzyliśmy piękny obraz polskich pielgrzymów, którzy od rana raczą się darmowym winem. Skąd wiadomo, że polskich? Bo mieliśmy przyszyte polskie flagi na plecakach. M. starał się więc wybrnąć jakoś z tej, niezbyt korzystnej dla naszego narodu sytuacji, więc powiedział pod nosem- „wyciągać różańce!”. Teraz już wszystko wyglądało chyba wystarczająco poważnie. Kamerzysta szedł za nami dobre pół kilometra. Ciekawe jak zaprezentowaliśmy się w telewizji. Może nawet zostaliśmy chwilowymi gwiazdami hiszpańskiego ekranu.

Uroczy obrazekPrzechodziliśmy przez ścierniska na których poustawiana w grzeczne snopki słoma zapraszała do odpoczynku. Pachnące świeżym chlebem „leżaki” dawały poczucie zakotwiczenia, choć tylko na krótką chwilę. Dotarliśmy do naprawdę miłego schroniska. Warunki sypialne cudowne, mieliśmy swój prywatny kawałek stryszku. Tuż obok mojej głowy stała wielka stara sofa, z której w każdą stronę wystawały sprężyny. Nad nami, na gwoździach, wisiały nasze mokre skarpetki. Wychodząc z sypialni nie sposób było uniknąć zderzenia z poprzecznie ułożonymi belkami sufitowymi. Najmocniej odczuła takie spotkanie A., która odrzucona siłą zderzenia wywinęła niezłego koziołka. Inni pielgrzymi przybiegli jej na ratunek, a my pokładaliśmy się ze śmiechu. Dziwna reakcja na cudze nieszczęścia...

Nogi pielgrzyma.

Logronio jest stolicą prowincji La Rioja, która  produkuje chyba najlepsze wina w Hiszpanii. Zwyczajne wino stołowe można kupić za mniej niż 1 euro. Czasami nawet są one w kartonikach- i spokojnie można je zakupić. Nawet dobrze smakują. Ciekawostką są "trójpaki"- 3 sztuki wina w kartonikach po 200ml każdy.Szkoda że nie dodają do nich rurek.

Jedną z ciekawszych miejscowości na trasie jest Najera, gdzie znajduje się całkiem miłe schronisko. Dość duże, bo na około 100 osób. Pielgrzymi mają możliwość pójścia na basen po drugiej stronie rzeki, na co my już nie mieliśmy siły. Kiedy zastanawialiśmy się nad kolacją, włączył nam się sentyment za Polską. Postanowiliśmy przyrządzić żurek. W plecakach mieliśmy jeszcze spory zapas „gorących kubków”. W sklepie na początku miasta kupiliśmy jajka, więc wszystko poszło jak z płatka. Apropos jajek, na drugi dzień przyszło nam spotkać się z ich producentami. Kury to dość charakterystyczne zwierzęta na trasie francuskiej. Nie chodzi jedynie o to, że plączą się pod nogami pielgrzymów i zostawiają „pamiątki” na drodze, w które nieopatrzny wędrowiec może wdepnąć i mieć później mały kłopot.

Kury to dość charakterystyczne zwierzęta na trasie francuskiej. Nie chodzi mi jedynie o to, że plączą się pod nogami pielgrzymów i zostawiają „pamiątki” na drodze, w które nieopatrzny wędrowiec może wdepnąć i mieć później mały kłopot. Kościół, oczywiście zamknięty.Dodatkowe informacje o drobiu na camino to na przykład katedra w Santo Domingo de la Calzada, gdzie na pamiątkę cudu, trzymane są do dziś w klatce nad boczną nawą dwa żywe okazy- kura i kogut. Legenda mówi, że pewien chłopiec został niesłusznie oskarżony o kradzież i stracony. Jego rodzice płacząc pod szubienicą dziecka usłyszeli, jak zmarły mówi do nich, że św. Dominik (patron miasta) przywróci mu życie. Rodzice poszli z tą informacją do sędziego, ale ten nie chciał uwierzyć. Powiedział im, że ich syn jest tak samo żywy jak kura i kogut, które leżą właśnie na jego talerzu. W tej samej chwili, gdy sędzia wypowiadał te słowa oba ptaki ożyły. Na pamiątkę tego wydarzenia, dziś w katedrze trzymane są kogut i kura, w klatce pod sufitem.

Padnięci pielgrzymi na drodze. 

W pewną niedzielę mieliśmy nieodpartą ochotę na odpoczynek. Na bilboardzie była reklama schroniska, w którym rzekomo miał być basen. Owszem był, ale z akcentem na „rzekomo”. Pływało w nim bowiem tyle much i innego robactwa, że nie sposób się było wykąpać. Na dodatek zaczął padać deszcz. Jednak postanowiliśmy nie iść dalej. Mimo braku basenu zostaliśmy w Belorado, która to nazwa dziwnie przypominała nam Eldorado. Ale nie do końca wszystko było tu jak w raju.

Za miastem widoczne było niewielkie wzniesienie z ruinami zamku. Jako, że jak zwykle było nam mało wrażeń, rozpoczęliśmy wspinaczkę. Myślę, że można śmiało to porównać do wspinaczki wysokogórskiej. Paznokciami trzeba było wczepiać się w trawę, aby czasem nie odpaść od zbocza. Nagle poczułam straszliwy ból w nodze, tuż nad kolanem. Odchyliłam nogawkę szortów i moim oczom ukazała się olbrzymia osa, która właśnie kończyła mnie żądlić.   Nie dość, że od ośmiu dni wprost proporcjonalnie wzrastała ilość pęcherzy na moich stopach, to jeszcze osa musiała ukąsić akurat mnie. No cóż, to szczęście odziedziczyłam po moim tacie. On również bardzo często dostępuje zaszczytu bycia ukąszonym przez owada, który przeleciał tysiąc kilometrów, i wśród tysiąca osób wybiera akurat mojego tatę, lub mnie- w zależności od aktualnych upodobań. W normalnych warunkach takie wydarzenie nie wywołałoby mojego zdziwienia, ale byłam już straszliwie zmęczona i obolała. Wybuchnęłam więc wielkim płaczem, czym wtopiłam się w grupę żałobników pogrzebu, który akurat odbywał się w mieście. Też się czułam jakbym umierała. Zeszliśmy z góry, i wróciliśmy do schroniska w poszukiwaniu czegoś na ukąszenia, bo noga bardzo szybko puchła... Ale na szczęście nie odleciała.

Ale to jeszcze nie wszystko co sprawiało, że Belorado wcale nie było Eldoradem. Kto był w Hiszpanii wie, że w tym kraju nie można jeść wtedy kiedy się chce, ale wtedy kiedy podają do stołu. Nie znaleźliśmy restauracji serwującej posiłki, jedynie kilka cukierni. Siedliśmy więc na ogródku jednej z knajpek i popijaliśmy przyjemnie zimne piwo, przyglądając się tubylcom bawiącym się na fieście. O 20.00 zaczęli wydawać kolacje, z chęcią więc zamówiliśmy co nieco, a potem z miłym uczuciem nieprzemęczenia poszliśmy spać. Lecz spanie w czasie fiesty nie jest proste, bo oto o godzinie 5.00 rano, tuż pod oknem naszej sypialni przeszła defilada. Orkiestra dęta, tabuny ludzi i najbardziej drażniący dźwięk- olbrzymiej wielkości talerze hałasujące z mocą startującego promu kosmicznego. I tak jeszcze trzy razy tej samej nocy.

Odpoczywający...Następnego dnia czekało nas około 30 kilometrów, w tym jeden mocny odcinek, 12 kilometrów bez żadnego baru, studni, żywej duszy... Było piekielnie gorąco i tuż przed tym mocnym odcinkiem A. oświadczyła, że oślepła, że nic nie widzi i musi coś zjeść, natychmiast. Dotarliśmy z trudem do baru i czekaliśmy, aż dojdzie nieco do siebie. Po zjedzeniu bardzo słodkiego ciastka oświadczyła, że widzi, ale tylko do połowy. Postanowiliśmy zaryzykować. Kiedy podnieśliśmy się z krzeseł próbowałam sięgnąć po kijki, które zostały na podłodze. Niestety nie wzięłam pod uwagę ciężaru plecaka, który powalił mnie na ziemię. Iść, ciągle iść...Był to dobrej jakości bar, a dobrej jakości bar w Hiszpanii charakteryzuje się tym, że każdy z jego gości rzuca wszystkie swoje śmieci na ziemię. Tych gości musiało było tu dziś bardzo wielu. Moi towarzysze oczywiście zanosili się ze śmiechu i nie byli w stanie się opanować. Z odsieczą przyszedł mi barman, który dobiegł do mnie i pociągnął za plecak. Udało się, znowu mogłam stać na własnych nogach. 

 

Pod katedrą w Burgos.

 

Kolejny dzień zapowiadał się w przewodniku jako bardzo mało interesujące wejście do Burgos. Kawałek przedmieść- 8 kilometrów- prowadził przez fabryki i tereny niezbyt radujące oczy. Z dala wiać było wieże katedry. Trzeba iść w ich stronę. To dość proste, nie trzeba było nawet specjalnie pilnować strzałek i muszelek znakujących trasę. Im bliżej do centrum tym większa wydawała się katedra. Maszerowaliśmy więc dzielnie, aż zabrakło sił, a M. kategorycznie zażądał zatrzymania się i regeneracji. Nadeszła na niego „godzina śmierci”- po prostu padł na chodniku i zasnął.

Obawy wzbudził w nas podejrzanie ciekawski pies, który akurat przechodził obok naszego dzielnego pielgrzyma. Pies, jak to ma w swoim zwyczaju, lubi zaznaczyć swoje terytorium, chyba każdy domyśla się w jaki sposób... Na szczęście udało się go w porę odgonić, bo mogłoby się to skończyć co najmniej nieciekawie.

Msza Święta.Burgos to niezwykle interesujące miejsce na camino. Obok katedry znajduje się bowiem muzeum, w którym jest figura Chrystusa wykonana z wielbłądziej skóry, mająca ludzkie włosy i paznokcie. Według legendy rosną one jak u każdego człowieka i trzeba je obcinać. Mieliśmy cudowną pogodę, świeciło gorące słońce. Przyjemnie było usiąść na palcu i nie myśleć o niczym ważnym. No może tylko o tym, jak zrobić najlepsze zdjęcie, nie wstając od stolika. Wypiliśmy po szklance zimnego napoju. Muzeum i katedra, jak łatwo się domyśleć przy naszym szczęściu, zamknięte. Po jakiejś pół godzinie poszliśmy dalej, za miastem zastanawiając się, „czy daleko jeszcze czy nie”. Zauważyliśmy na jednym z pól ułożoną w snopki słomę- dzięki temu mieliśmy Mszę na jednym z najpiękniejszych ołtarzy, jaki tylko można sobie wymarzyć.

   Na camino ma się wyostrzone zmysły, więcej widać, lepiej słychać, dłużej pamiętasz. Na przykład szklaneczkę mrożonej, zielonej herbaty którą podają każdemu strudzonemu wędrowcy w małym schronisku za Burgos, gdzie dotarliśmy już po zachodzie słońca, zmęczeni, głodni, zasapani. Gdy dotarliśmy oczywiście nie było już miejsc. Ale chyba prezentowaliśmy tak żałosny widok, że znalazły się dla nas materace w małym pokoiku przeznaczonym do trzymania rowerów.

Było już dawno po zachodzie słońca, sklepy zamknięte, barów w pobliżu brak. Wypytaliśmy o najbliższą restaurację- niestety. Jakoś dziwnie łatwo pogodziliśmy się z tą myślą, i poszliśmy wziąć prysznic. Wykąpani wypełzliśmy przed schronisko, gdzie siedzieli pozostali pielgrzymi. Na stole czekała na nas uczta- każdy ze współmieszkańców dał to, co miał do jedzenia- ser pleśniowy, sałatka z pomidorów i cebuli, chleb, herbata. Kolacja była wyborna, bo prosto z serca. 

 Kartka z naszymi imionami i życzenia "dobrej drogi".

Rankiem obudzili nas rowerzyści, którzy przyszli po swoje rowery. Po porannej toalecie na korytarzu czekało śniadanko- herbatniki, kawa, herbata i mleko. Wydawać by się mogło, że w drodze potrzeba bardziej pożywnego posiłku, ale to w zupełności wystarcza. Lekkie śaniadanie uwielbia każdy pielgrzym. Każdego dnia na ścianie tego schroniska wywieszana jest lista z imionami wszystkich nocujących właśnie pielgrzymów, wśród nich i nasze.

A to jeden z najpiękniejszych obrazków jakie było nam zobaczyć na camino. Oto przed nami ciężkie kroki stawiała pewna kobieta. Widać, że szło się jej trudno. Z przeciwka nadszedł mężczyzna.

Dziura w ziemi, i wioska w tle

Podszedł do niej i zabrał jej plecak. Dalej poszli razem, trzymając się za ręce. Później okazało się, że to jej mąż. Miał więcej sił, więc pod koniec dnia nieco ją wyprzedzał, zanosił swój bagaż i wracał po żonę. I tak każdego dnia.

Ludzie wędrują w różnych intencjach i z różnymi pomysłami na swoje pielgrzymowanie. Można spotkać osoby idące na boso, albo z ogromnymi plecakami, takich którzy nie jedzą słodyczy, albo idą bez pieniędzy licząc tylko na Bożą pomoc. Zasadniczo można spać w łóżkach, choć jak się okazało, nie wszyscy chcieli. Około 3.00 nad ranem całe schronisko obudził niesamowity huk. „Jakby wybuch gazu”, jak to określiła rano J. Wszyscy siedli na łóżkach nie wiedząc, co się stało. To M. spadł z piętrowego łóżka, z tego wyższego piętra. Kilka centymetrów w prawo i wylądowałby na materacu pewnego Holendra, który zbudzony, grzecznie zapytał „Are you ok.?”. „Ok., ok.”- odpowiedział obolały M., i w zastraszająco szybkim tempie wdrapał się z powrotem na swoje miejsce, co ciekawe- cały czas zawinięty w śpiwór. Zupełnie jak gąsiennica.

Na mesecie zamiast myszy znaleźliśmy dzikiego królika.

Jeden z najnudniejszych, a jednocześnie najbardziej uciążliwych etapów na trasie to meseta, którą idzie się około tygodnia. Meseta wyglądała tak, jakby ktoś specjalnie dla nas naszpikował drogę znaczkami camino. Dosłownie co kilka metrów stał słupek z muszelką wskazującą kierunek. „Jestem drogowskazem, który nie może ruszyć w drogę którą pokazuje. Jeżeli ruszę nią kto za mnie wskaże kierunek tym, którzy nadchodzą”- nuci każdy z tych znaków. Po ścieżce wędrują zające i przebiegają myszy. Zresztą od tych ostatnich pochodzi nazwa całego odcinka, meseta- czyli mysia droga. Ponoć są tu też węże, których na szczęście nie widzieliśmy. W sierpniu i wrześniu największe upały są już za nami, ale mimo to i tak było dość ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco. Warto wstawać trochę wcześniej, żeby uniknąć najgorszej pory dnia, czyli w okolicach godziny 14.00. Jeśli, co w naszym przypadku było dość częste, nie udawało się nam zerwać skoro świt, przeczekiwaliśmy upał gdzieś w cieniu. Mógł to być sad, pole winogron, miejsce pod ratuszem lub zwykłe drzewo przy drodze. Każdy cień był tak samo przyjemny.

Zmęczeni po nocnym ataku pluskiew.Nie mogło nas ominąć coś, co na camino zdarza się dość często- spotkanie trzeciego stopnia z krwiożerczymi robalami. Bad box- czyli pluskwy, dopadły nas w bardzo miłym schronisku. Wszystko zapowiadało się naprawdę przyjemnie. Albergue ładne, właściciele mili, wspólna kolacja darmowa- zupa z soczewicy. Tylko skąd się wziął mały robaczek na moim śpiworze... No ale to przecież nic strasznego, zrzuciłam go na podłogę, łóżko spryskałam jakimś marnym sprayem na komary. Żeby nie wywoływać paniki nie powiedziałam o tym dziewczynom. Po co miałyby się na zapas martwić. Jak się później okazało niewiele to pomogło. Bunt podniosła A. przy spisywaniu swojego codziennego pamiętnika. „Coś chodzi po moim śpiworku!”- wykrzyczała i zaczęła trzepać śpiwór.

   Nie było by to nic nadzwyczajnego, gdyby nie nadzwyczajnie późna pora i dość dużo osób na naszej sali. Zniesmaczona J. wyrzekła prorocze słowa: „Kto szuka, ten się doszuka!” i ostentacyjnie obróciła się na łóżku nie wierząc w żadne robale. Nie minęło pół minuty gdy i ona zaczęła piszczeć i stało się bardziej niż pewne, że to będzie ciężka noc. Po nogach łóżek wędrowały całe armie robali, szukających łatwej zdobyczy- ludzkiej krwi. W głowie zaczęły kłębić się myśli co robić. Już po północy- wyjść w ciemność i błąkać się po polach to nie jest to, czego pielgrzymi pragną najbardziej. Do następnego schroniska by nas nie wpuścili, bo zazwyczaj zamykają o 22.00.    Nocleg na zewnątrz- za zimno. Zostać tu- niebezpiecznie. Część grupy przeniosła się do łazienki- tam jednak też na stanowiskach czekali mali krwiopijcy. Została druga sypialnia. Ja zostałam u siebie, bo nikt mi nie chciał pomóc zejść na dół. Poza tym myślałam naiwnie, że na wysokim, więc wydawać by się mogło bezpiecznym, piętrowym łóżku noc będzie spokojna. Złudne to było jednak przeświadczenie. Nie dało rady zasnąć. Co kilka minut zaświecałam latarkę i zrzucałam „bad-boxy” na ziemię. I tak aż do rana. To była najbardziej męcząca noc w moim życiu. Rano marzyliśmy tylko o tym, żeby stamtąd uciec...

W schronisku w Mansilla. Zdjęcie zrobiła nam Pani sprzątająca kuchnię.W schronisku Masnsilla, do którego dotarliśmy jak zwykle późno, czekało na nas włoskie małżeństwo, które widywaliśmy od paru dni na trasie. Specjalnie dla nas postawili na stole pokrojony melon i nie pozwolili nam nawet zdjąć butów, zanim nie zjemy chociaż po jednym kawałku. Wieczorem uczyli pewnego Koreańczyka przyrządzać prawdziwe włoskie spaghetti. Biedak co chwilę musiał biegać do sklepu po oryginalne składniki. Ale się nauczył!

Właścicielka albergue zauważyła nasze pogryzienia i w Internecie wyszukała polską nazwę insektów, które nas pokąsały. Podeszła do nas i powiedziała, że to „plaskiew” i że trzeba pójść do lekarza. Dostaliśmy mapę i moglibyśmy udać się po antybiotyki.

Katedra w Leon.Nazajutrz, w Leon, zaskoczył mnie widok M., który na wszelkie możliwe sposoby próbował dopasować tę mapę „do lekarza” (przypominam mapę Mansilla) do mapy Leon, która znajdowała się na dużym bilbordzie przy wejściu do miasta. „Co zamierzasz zrobić z tą mapą?”, „Jak to co, idę do lekarza”. „Hm, no tak, ale ten lekarz był jakieś 30 km wcześniej, w Mansilla. To mapa tamtego miasta.”… No cóż, zmęczenie może być dokuczliwe i zmieniać racjonalne rozumowanie. Jednak nie poszliśmy do lekarza, wierząc że nic nam nie będzie. I w sumie to nawet nie bardzo przejmowaliśmy się tymi pogryzieniami. Tylko J. zastanawiała się jak będzie wyglądać na weselu, na które miała pójść zaraz po powrocie z Hiszpanii... Dla mnie najgorsze były noce, kiedy czasami tak swędziały pokąsane nogi, że musiałam schodzić z łóżka i szukać jakiegoś smarowidła, albo drapać się aż do krwi.

 Astorga.

Leon to duże miasto, chyba największe na całej drodze francuskiej.  W mieście są dwa refugia, jedno w klasztorze, a drugie państwowe w szkole. Nasz wybór padł na to drugie, i bardzo dobrze, bo jak się później okazało w klasztorze były „Bad-boxy”. W naszym schronisku było dość przytulnie. Była też pralka, więc udało nam się wyprać i wysuszyć wszystkie rzeczy. „Tak na wszelki wypadek”, bo nigdy nie wiadomo czy nie niesie się ze sobą jeszcze jakiś „pasażerów na gapę”.

Stara "stówa".

Koniecznie należy zobaczyć Astorgę- miasto słynące z najlepszej w Hiszpanii czekolady (nie tylko Belgia ma w tym aspekcie czym się pochwalić, czekolada hiszpańska może jest mniej znana, ale pyszna!). Inne miejsce, które zapadło nam w pamięć to bar pełen klatek z papugami. Na ścianie nad barem znajdowały się pieniądze z różnych krajów. Wśród nich także stare polskie czerwone 100 zł.

Cruz de FerroBędąc w Hiszpanii trzeba odwiedzać bary. Rano i w południe żeby coś zjeść, a wieczorem żeby odpocząć po całym dniu. Cisza i zapach cygar. Czy można chcieć czegoś więcej w sercu Hiszpanii. Można pomyśleć, że w zasadzie niczego innego nie robiliśmy oprócz przesiadywania w barach. Ale jak lepiej poznać kraj niż siedząc w barze. Paulo Cohelo namawia, żeby raczej siedzieć w barach niż odwiedzać muzea. Tylko wśród miejscowych można poznać prawdziwe oblicze danego miejsca

Kolejny istotny punkt na camino to Cruz de Ferro, czyli położony na wysokości 1504 m krzyż, pod którym każdy szanujący się pielgrzym powinien zostawić kamień przyniesiony z własnego domu. Kamieni jest tam wiele. Wiele jest też innych części różnych domów- dachówek, okien, desek. Wątpię jednak by dachówki, ramy okienne czy płyty chodnikowe, to były rzeczy przytargane tu przez pątników, ale jeśli tak jest to musieli mieć naprawdę silną motywację.

Domek Flinstonów :)

 

Manjarin- schronisko prowadzone przez pustelnika. Domki dla pielgrzymów przypominają chatki z bajki o Flinstonach. Wyczytaliśmy w przewodniku, że nadejście każdego pielgrzyma ogłaszane jest w Manjarin dźwiękiem dzwonu w schronisku, więc próbowaliśmy. Wyszliśmy za zakręt i … nic. Może dzwon zapomniał zadzwonić. Wróciliśmy zatem szybko za zakręt i jakby nigdy nic wyszliśmy raz jeszcze. I znowu nic. No to jeszcze jedna próba. Niestety… dzwon nie zadzwonił. Komu bije dzwon?

Droga do El Acebo.Poszliśmy dalej, do El Acebo. Nazwa miejscowości po polsku oznacza głóg. Ta roślina widnieje na pieczątce wioski. Prawdziwa średniowieczna osada, z rynsztokiem pośrodku ulicy i drewnianymi balkonikami na każdej chatce. Zupełnie jakby czas w tym miejscu się zatrzymał. W przewodniku widnieje dziwne ostrzeżenie, jakoby po ulicach hasały swobodnie krowy. Nastawieni byliśmy zatem na coś w rodzaju safari, ale jakoś nie udało się nam wypatrzyć ani jednego zwierzęcia. Trafiliśmy do nowoczesnego schroniska prowadzonego przez włoskie małżeństwo. Jeden z kościołów w drodze do Podferady.Tuż obok był sklepik prowadzony przez seniorę Józefinę. Można się w nim zaopatrzyć we wszystko, co pielgrzymowi potrzebne na kolację- pomidory, cebula i tuńczyk. Pani Józefina była naprawdę bardzo sympatyczna. Nawet nie próbowała udawać że nas rozumie. Po prostu pozwalała wejść za ladę i wybrać to, co nam potrzebne. 

W języku hiszpańskim są trzy magiczne słowa: sjesta, fiesta i maniana. Każde z nich oznacza, że nie dostanie się niczego do zjedzenia. W Ponferradzie poznaliśmy co to znaczy na własnej skórze, bo trafiliśmy na fiestę, czyli wielką ucztę, jarmark, występy. Niech się nikomu ta uczta nie kojarzy bynajmniej z jedzeniem. To pielgrzym właśnie!Zjeść można, ale w wyznaczonych godzinach. „Oće, oće” witali nas w każdym barze, to znaczy że zaczną wydawać posiłki o 20.00. Zdruzgotani takim powitaniem byliśmy coraz bardziej głodni. Siedliśmy więc w którymś z lokali i zamówiliśmy colę, na nic innego i tak nie było szans. Widząc nasze miny barman ulitował się i dał nam cały talerz krewetek. Leżały one na stoliku i patrzyły na nas swoimi smutnymi czarnymi ślepiami, pytając „dlaczego?”. M. od razu zapowiedział, że jeżeli ktoś z nas ma zamiar TO ruszyć, to niech się przesiądzie do innego stolika. No więc dalej siedzieliśmy głodni... Z perspektywy czasu- zmarnować takie krewetki tożto po prostu grzech.

Zwolnić!Po jakiejś godzinie ruszyliśmy dalej. Doszliśmy do mostu, swoją droga bardzo pięknego i bardzo starego. Nie wiem dlaczego, ale właśnie na tym moście usiłowaliśmy przypomnieć sobie kroki walca angielskiego. Ludzie z uśmiechem przyglądali się nam, jak z gracją tańczyliśmy. Z trzynastokilogramowymi plecakami na ramionach. Nagle naszym oczom ukazała się restauracja. Dostaliśmy w niej i jedzenie i kawę, i na dokładkę szarlotkę, specjalnie od właścicielki dla pielgrzymów. W tym barze była jedna bardzo ciekawa rzecz. Mianowicie toalety były dwa pietra niżej. Trzeba było zejść po dość długich schodach, żeby móc załatwić swoje potrzeby. Myślę, że gdyby ktoś bardzo potrzebował, to mógłby nie zdążyć…

Spotkanie na drodze.Jedno z najciekawszych miejsc w jakim przyszło nam spać (nie licząc noclegu na scenie oczywiście!) to Cacabelos, w bardzo znanym schronisku, gdzie pokoje usytuowane są wokół kościoła. Dla pielgrzymów przygotowane są dwuosobowe pokoiki rozdzielone od siebie cienkimi ściankami z dykty. Ściany są naprawdę cienkie, i nawet jeśli ktoś chrapie pięć pokoików dalej, to i tak jego chrapanie słychać wszędzie. I nawet zatyczki do uszu nie pomogą...A każdy wie jak chrapie M.!

Kolejny nocleg wypadł w Vega de Valcarce. Według przewodnika to cudowne miejsce do pływania na spiętrzeniu rzeki. No wiec poszliśmy na to spiętrzenie. Jeśli ktoś tam kiedykolwiek pływał, to gratuluję hartu ducha. We wrześniu woda była tak zimna, że zamoczywszy prawą stopę można było odczuć wpływ epoki lodowcowej w każdej komórce ciała.

Jako że był wrzesień, weszliśmy w pola pełne winorośli. W hiszpańskim słońcu dojrzewają soczyste owoce. Jak ich nie spróbować, gdy wręcz uśmiechają się do pielgrzymów.    Spotkaliśmy na naszej drodze innych Polaków. Dwa małżeństwa mieszkające w Niemczech, Sylwię i Krzysztofa, oraz Marię i Bogdana. Wytłumaczyli nam, że DO TRZECH kilogramów winorośli to nie grzech i można spokojnie je jeść. Ciekawe skąd mieli te wyliczenia, ale nie sposób się na to nie zgodzić. Nasi nowi znajomi będą nam towarzyszyć w dalszej podróży. Zaczęli camino gdzieś w okolicach Astorgii i bardzo żałowali, że nie mają wystarczająco dużo urlopu, by przejść całość. Rok później Krzysztof z Sylwią wrócili do Hiszpanii by przejść resztę drogi z Saint Jean. A dwa lata później wybrali się w drogę ze swojego domu do Rzymu.

Wejście do ostatniej prowincji- Galicji.

Spotkaliśmy także sześcioosobową grupę z Krakowa. Wraz z nimi weszliśmy do Galicji, ostatniej dzielnicy Hiszpanii, tej w której leży Santiago. Galicja jest jedną z najbiedniejszych części tego kraju. Kamienne murki, biegające po drogach świnie i krowy, ścieki puszczone rynsztokami. To wszystko ma swój niesamowity urok.

Nocowaliśmy w prywatnym albergue w Fonfira. Po prostu nie mieliśmy siły pójść dalej. Przy wejściu można było skosztować „herbatki miłości”. Jaką miłość można po niej poczuć, moim zdaniem głównie tą do dziesięciominutowego gorącego prysznica. Może to rozpusta. Cóż mogę odpowiedzieć na to oskarżenie, nikt z nas nie jest doskonały i mamy ochotę na drobne przyjemności, bo to właśnie dzięki nim życie jest piękniejsze. Zalegliśmy na wygodnych drewnianych łóżkach, bo kolację podawali od dwudziestej. I aż ciężko było myśleć że trzeba wstawać na jedzenie.

Wejście do Sarria.

Czas jest pojęciem niezwykle względnym. Liczymy go tak jakbyśmy uważali, że mamy do niego jakieś prawa. Jego upływ jest wielką niewiadomą. Inaczej leci czas na nudnym wykładzie z rachunku prawdopodobieństwa, inaczej gdy czekasz na pociąg mający opóźnienie. W Sarria, pod kościołem czekaliśmy na Mszę świętą. Według rozpiski miała być o godzinie 20.00. Na zegarze była 19.55, ale nic się nie zaczęło dziać. O 20.00, i o 20.10 nadal nic. Obok nas stał i czekał pewien człowiek, jak się okazało też Polak. Był to ojciec Piotr, jezuita. Wspólnie zdecydowaliśmy, że nie ma co dalej czekać i o 20.20 postanowiliśmy odprawić Mszę w parku za schroniskiem. Do parku wynieśliśmy stoliczek, karimaty i kilku innych pielgrzymów. To Msza, o której później opowiadano na camino. Ojciec Piotr od tego momentu szedł z nami prawie do samego grobu Jakuba. Znał dobrze język hiszpański i tłumaczył nam, jak się można dogadać w różnych miejscach, jak kupić odrobinę oliwy czy trochę octu balsamicznego (trzeba poprosić by sprzedawca wlał kilka kropli do woreczka foliowego:).

Za Sarria znajduje się "magiczna liczba", czyli słupek z napisem, że do Santiago zostało tylko 100 kilometrów. RankiemNastępna miejscowość w jakiej przyszło nam nocować to Portomarin. Nie udało nam się dostać do oficjalnego schroniska, ale na ulicy rozdawano ulotki o prywatnym hotelu. Gospodarz kazał mi za sobą biegać po schodach w poszukiwaniu odpowiednich łóżek. W końcu zdecydowaliśmy się na te na najniższym piętrze. Wprost z sypialni mieliśmy wyjście na ogródek i pralnię. Pralnia to zazwyczaj pierwsze najbardziej oblegane miejsce na każdym noclegu. Od razu chce się mieć za sobą pranie skarpetek i przepoconych koszulek, żeby później móc spokojnie odpocząć. No chyba, że jest się tak zmęczonym, że zapach skarpetek już nie przeszkadza.

 A tu zdjęcie z blaszanym pielgrzymem.

 

Na kilka dni przed Santiago jest Palas de Rei, czyli tłumacząc na polski- królewski pałac. Tuż przy wejściu do miejscowości znajduje się nowoczesne albergue, my postanowiliśmy jednak szukać czegoś innego. Zeszliśmy naprawdę stromą ulicą w dół miasta podskakując wdzięcznie w rytm kankana. (O ile wdzięcznym może być krok pielgrzyma z plecakiem na ramionach.) W schronisku pełno, znaleźliśmy tylko dwa pojedyncze wolne łóżka. Chcąc nie chcąc wróciliśmy do wspomnianego wcześniej refugio przy wejściu do miasta. Trzeba było cofnąć się o jakieś dwa kilometry. Tym razem pod górę. I to naprawdę stromą górę. Wróciliśmy po to, by wieczorem przyjść znów do miasta na Mszę o 20.00. Tak się właśnie nadrabia kilometry na camino. 

Ale najbardziej wartym wspomnienia jest to, że kiedy szukaliśmy miejsca w albergue w centrum miasta, i niczego nie mogliśmy znaleźć, jeden z pielgrzymów pobiegł za nami i chciał nam zafundować pobyt w hotelu. Tym pielgrzymem był Szwajcar, 75-letni mężczyzna, który wyruszył ze swego domu w Zurychu, by dość do Santiago. Szedł 100 dni. Wielki szacunek!

Korek na drodzeKażdy z nas szedł swoim tempem. Ktoś woli wędrować szybciej i są tacy, którzy lubią chodzić wolniej. Spotykaliśmy się na kawie lub lampce wina po drodze. Na jednej z bram w pewnej wiosce zauważyliśmy namalowaną na kartce polską flagę i napis „Dla dziewczyn z Polski”. Zaciekawiło nas to i postanowiliśmy zobaczyć o co chodzi. Po drugiej stronie kartki widniała informacja od ojca Piotra „kupiłem na kolację cebulę, pomidory i makaron, zajmijcie się resztą, widzimy się w następnej wiosce”. Menu zatem ustalone, trzeba ugotować kolację…

Przyszliśmy do Arzua w blasku zachodzącego słońca. Idąc przez miasto mrużyliśmy oczy, bo słońce było dokładnie przed nami. Wejście do SantiagoWydawało się, że nie będziemy mieć gdzie spać, ale nic bardziej mylnego. Na balkonie schroniska czekali na nas znajomi Polacy. „Mamy dla was materace. Chodźcie!”. Spaliśmy co prawda na podłodze, a chrapacze chrapali zawzięcie całą noc, ale i tak było cudownie.

O krok od Santiago jest Arzua. Jakieś 43 kilometry. Z Arzua doszliśmy do Mote do Gozo (6 km przed Santiago), gdzie przez Internet zarezerwowaliśmy sobie już wcześniej miejsca w Europejskim Centrum prowadzonym przez polskiego księdza. W drodze do Mote A. rozmarzyła się nie na żarty i opowiadała, że ma ochotę na mięsko z grilla. Nie na te wszystkie wymyślne potrawy hiszpańskie, ale na zwykłą kiełbaskę z grilla. Jak to jest z cudami na camino? Tak jak wszędzie indziej- cuda się zdarzają, tylko trzeba w nie uwierzyć i chcieć zauważyć. Gdy doszliśmy do Centrum Europejskiego trafiliśmy akurat na spotkanie Polaków mieszkających w pobliżu, którzy raz w miesiącu spotykają się tu na grillu. Zaraz zostaliśmy posadzeni przy stole i podkarmieni. Dopiero później pozwolono nam cokolwiek powiedzieć. Pan Bóg wysłuchuje naszych próśb i jeżeli czegoś naprawdę pragniesz daje Ci to. Dokładnie to, czego od Niego oczekujesz!

   Rano całą grupą weszliśmy do Santiago. Z daleka widać było wieże katedry, tutaj już nie trzeba szukać strzałek. Każdy pielgrzym doskonale czuje, w którą stronę ma się udać. Pod katedrą spotykaliśmy wielu znajomych. Razem uczestniczyliśmy we Mszy u grobu św. Jakuba. Przyprowadził nas tutaj, opiekował się tak, że nie spadł nam włos z głowy przez cały czas pielgrzymki, więc trzeba mu było podziękować. Przytuliliśmy się do jego złotej szaty i na ucho każdy powiedział swoje: „Dziękuję”. Musi mu być niezmiernie miło, gdy codziennie pamięta o nim tylu ludzi. Czasem myślę, że ten święty jest najlepiej „ustawiony” ze wszystkich. Do niego przychodzi każdego dnia rzesza pielgrzymów. No może ustępuje miejsca św. Piotrowi, który w Rzymie ma więcej gości.

Poza tym Santiago to najbardziej popularne miejsce gdzie można uzyskać odpust zupełny. Każdego dnia, każdego roku jeśli tylko przejdziesz minimum 100 kilometrów jest to możliwe. Żadne inne miejsce na świecie nie jest tak „rozrzutne” w sprawie odpustów. Pod katedrą kilka pamiątkowych zdjęć. Zostały wspomnienia, że było warto i pragnienie, by znów tu wrócić.

   Przychodzę do Ciebie

z drogi

zakurzonej, nieprzetartej, trudnej

do stóp Twego krzyża przychodzę

z całą moją radością

i smutkiem

przychodzę się pokłonić

podziękować, przeprosić, zaufać

ofiarować siebie

wziąć co mi dajesz- Ciebie

Iwona Grzeżułkowska © 2011