Camino portugues

Ukrzyżowany. Na sprzedażCzasami trzeba spróbować czegoś nowego- więc zamiast poznawania samej Hiszpanii, postanowiliśmy powędrować także trochę po jej sąsiednich ziemiach i rozpoczęliśmy Camino Portugalskie. Tym razem uzbierała się całkiem pokaźna ekipa- aż 9 osób. Na szczęście wszystkim udało się w całości dotrzeć do Santiago, chociaż chwilami było trudno...

W camino każdy może znaleźć coś dla siebie- dla niektórych najważniejsza jest modlitwa, dla innych cisza, samotność, ale też możliwość rozmyślania albo chęć poznania nowych ludzi. Nieważne, który z powodów jest najważneijszy, ważne żeby chcieć uczestniczyć w samej drodze, i oczywiście odkrywać jej piękno. 

Piękno może być namaclane, tak prawdziwe, że nie sposób go nie zauważyć. Ale może też być bardziej wymagające- wtedy musi walczyć o naszą uwagę. Tak jak na przykład biedne dzielnice Porto. To naprawdę niesamowite miasto. Najbardziej niesamowity jest w nim dworzec autobusowy. Kto był, ten zapewne przyzna mi rację. Niepojęte wręcz, jak te wielkie autobusy wjeżdżają w podwórko kamienicy! Przy zakręcie pod kątem prostym! Majstersztyk!

Większa część naszej ekipy w Fatimie

Poza tym Porto odsłaniało swoje nieco poranione oblicze. Śródmieście, jak zresztą w większości miast, jest biedne i zaniedbane. Do tego uliczki są tak wąskie, że można wręcz nabawić się klaustrofobii... Kiedy dodać do tego życzliwość Portugalczyków i klimatyczne zabytki autorstwa Eiffel'a i jego uczniów, tworzy nam się wybuchowa mieszanka. W Porto zaczęliśmy się czuć jak pielgrzymi. W katedrze udało nam się nabyć credeciale... tak trochę "na lewo" bo nie było żadnego księdza i wydał nam je konserwator. Ale najważniejsze, że się udało. Tak łatwo nie było z noclegiem. Jako, że dopiero rozpoczynaliśmy drogę, jasne było, że nie mogliśmy spać w schronisku- miejsca tam bardziej należały się tym, którzy camino zaczęli wcześniej. Postanowiliśmy więc zapytać w informacji turystycznej o ewentualne tańsze noclegi dla pielgrzymów. Dostaliśmy do ręki wielką mapę miasta, na której pracownicy biura zaznaczyli hostele. A to Porto właśnieJak się okazało to co na mapie było kilkoma centymetrami, w rzeczywistości to ładne parę kilometrów. W rezultacie poszliśmy więc do jednego z pierwszych hosteli i znaleźliśmy cudowne pokoje- jeden bez okna, drugi na szczycie wysokich schodów, i trzeci- bez zastrzeżeń. Zgodziliśmy się bez zastanawiania. Z Marzenką wylądowałyśmy oczywiście w tym bez okna. No w sumie niezupełnie BEZ okna, bo okno w nim było. A i owszem, z tym że widok był z niego na rynnę i ścianę :) Jednak całodniowe zwiedzanie i późny powrót do pokoju sprawiły, że wcale nam to wszystko nie przeszkadzało.

Most Eiffel'a tuż przed zmierzchemJeśli zaś chodzi o to zwiedzanie, to raczej nie poszaleliśmy. Najważniejsze, według przewodnika, było zobaczenie i skosztowanie wyrobów z winnic, które to winnice są po drugiej stronie rzeki. Udaliśmy się zatem, aby skosztować specjałów alkoholowych. Jednak na końcu okazało się, że taniej wyjdzie ich kosztowanie w zwyczajnym sklepiku i pod sławnym mostem Eiffel'a niż korzystanie z atrakcyjnych turystycznie winnic. Tym bardziej, że zafundowaliśmy sobie jeszcze kolację w jednej z nadrzecznych tawern, gdzie wydaliśmy majątek na niestety niepierwszej świeżości rybę, która gdzie jak gdzie, ale tu powinna być rewelacyjna... Po tym zawodzie kulinarnym pocieszaliśmy się białym wytrawnym portugalskim winem, a w tle malowniczo oświetlony był most... Nabierajac sił na całą wyprawę odpoczywaliśmy tej nocy w naszym małym pokoiku bez okna :)

Kafelkowa fasadaRankiem, skoro świt o 8.00, z trudem obudziliśmy się do życia. W hostelu odprawiliśmy Mszę Świętą, a potem zapakowaliśmy plecaki i wyruszyliśmy... do baru naprzeciwko, na śniadanko. Bo przecież wszyscy wiedzą, że śniadanie to podstawa. Świeże bułeczki z masełkiem i dżemem, do tego najlepsza na świecie cafe con leche (czyli kawa z gorącym mlekiem) i wtedy naprawdę odechciało nam się wędrówki. Siedzieliśmy w barze chyba z godzinę, zanim dojrzeliśmy do tego, aby rozpocząć camino. Tak jak w każdej innej ludzkiej czynności, tak i tu najważniejszy jest pierwszy krok. Dalej się po prostu idzie. Przemaszerowaliśmy więc przez Porto.

Widoczny na zdjęciu po lewej kościółek jest jednym z najbardziej charakterystycznych na tej trasie. Całą fasadę ozdobio kafelkami obrazującymi sceny z życia Maryi. Niestety dalsza droga tego dnia nie była na tyle ciekawa i fascynująca, gdyż camino wiedzie wdłuż jednej z głównych dróg wychodzących z miasta. Marzenka "gotuje":)Trzeba uważać na rozpędzone samochody. Apropos samochodów, to bardzo ciekawe spostrzeżenie, że właśnie w Portugalii, kraju uważanym za biedny, spotykaliśmy tylko bardzo dobre i nowe auta. Nawet w małych wioskach  spotkanie grata (takiego jakich wiele u nas w Polsce), graniczy niemal z cudem. Tak więc wędrowaliśmy w tłumanach spalin tych wszystkich luksusowych samochodów, aż dobrnęliśmy do jakiegoś małego przydrożnego baru. Właściciel, starszy jegomość, przez całą naszą wizytę nie odezwał ani nie uśmiechnął się ani razu. Jednak był dla nas bardzo miły, użyczył nam noża do smarowania masła, zaopatrzył stolik na tarasie w najbardziej niezbędne produkty i przy tym bardzo mało skasował nas za ten posiłek. W kolejce do mycia...Pierwszego dnia dotarliśmy do Vilarinho, gdzie jest dokładnie tak, jak napisano w przewodniku. Maleńkie albergue na 4 osoby, łazienka i możliwość spania na sali gimnastycznej. Najpierw jednak trzeba było odnaleźć klucze do schroniska, które miały być w posiadaniu kelnerki z baru przy rynku lub też aptekarki z apteki przy głównej ulicy. Oczywiście nie było ich ani tu ani tam, więc zdaliśmy się na intuicję innych pielgrzymów. I był to świetny pomysł, gdyż udało im się klucze odnaleźć. Od razu zajęliśmy się okupowaniem sali gimnastycznej. Najpierw poskakaliśmy na skakankach, potem pokręciliśmy hula-hop, aż wreszcie zmęczeni ustawliśmy się w kolejce do mycia.

Msza na stepieNoc przebiegła prawie bez zakłóceń. Prawie, bo koncertowo po raz kolejny udało się przechrapać ją Mariuszowi. Nie ma jednak co narzekać, a do każdego chrapania ponoć można się przyzwyczaić. Najtrudniej z tym przyzwyczajaniem szło ks. Romanowi. No po prostu nie mógł się przyzwyczaić! Rano tymczasem udało się zorganizować jedną z ciekawszych- Mszę na stepie... Sportowym stepie oczywiście.

Tego dnia chcieliśmy dotrzeć do miasta kogutów- Barcelos. Jednak po drodze zdobyliśmy informacje, które kazały nam zmodyfikować swoje plany i poszukać noclegu nieco wcześniej- w Barcelinhos. Wedle wiedzy jednego z klientów małego baru, dla tak licznej grupy jak nasza dużo lepszym rozwiązaniem niż albergue miało być poszukanie wolnych miejsc u Saletynów. Śniadanie w BarcelinhosPostanowiliśmy sprawdzić czy bracia zakonni nas przyjmą i nie zawiedliśmy się. Mieliśmy do dyspozycji całą salę gimnastyczną, z materacami, trampolinami, boiskiem do siatkówki i koszykówki. Zapowiadało się, że to będzie prawdziwie sportowe camino. Bracia prowadzą szkołę gimnazjalną, a ponieważ akurat były wakacje, to bez problemu przyjęli pod swój dach pielgrzymów.

Rano czekała nas jeszcze uczta śniadaniowa. Specjalnie dla nas bracia usmażyli tortillę z owocami morza, przygotowali kawę, herbatę, kakao- na co kto tylko miał ochotę. A na dobrą drogę wręczyli jeszcze butelkę Porto, którą nasi dzielni panowie targali w plecakach aż do pierwszego postoju, kiedy to wino stało się wrzące, a butelka tak gorąca, że ledwo można było wziąć ją do rąk.

Prawie jak w Polsce...Wartym wspomnienia są rewelacyjne schroniska na całej trasie portugalskiej. W zasadzie do żadnego z nich nie można mieć zastrzeżeń, nawet kiedy były to tylko sale gimnastyczne. Czyste, zadbane, a do tego niedrogie. Jedne nowoczesne, inne utrzymane w klimatycznej atmosferze. Mniejsze (dla 4 osób) i większe (dla ponad 50 osób). Z hospitalerio lub bez. Ale z wszystkich mamy miłe wspomnienia.

Chociaż czasem wspomnienia te są też bardzo radosne. Na przykład albergue w Ponte de Lima, gdzie spaliśmy w najbardziej znanym miejscu, tuż za mostem, po prawej stronie od wejścia do maista. Albergue niezwykle czyste i nowoczesne. Po dokonaniu niezbędnych czynności, czyli przede wszystkim operacji na pęcherzach poszliśmy spać. A właśnie samo spanie okazało się prześmieszne. Łóżka bowiem były z białej skóry (bądź materiału skóropodobnego). Wyglądały pięknie. Zapewne były też proste w utrzymaniu- szczególnie jeśli chodzi o higienę. Jedno tylko było w nich mało praktyczne. Operacja na otwartym pęcherzuW temperaturze +30 stopni, jaka panowała podczas naszego camino, wszyscy się do tych łóżek przyklejali. Zwłaszcza skóra nóg i rąk niemiłosiernie szybko łapała kontakt z materacem. Każdy jak mógł pilnował się, aby leżeć na śpiworze, ale jak wiadomo, kiedy człowiek uśnie, to trudno mu się kontrolować. Tak więc co chwilę słychać było specyficzny dźwięk "rozdzierania" kiedy ktoś odklejał się od łóżka. Oczywiście, jak łatwo przewidzieć, w takim momencie cała sala rozbrzmiewała cichymi chichotami pozostałych drzemiących pielgrzymów, którym jeszcze udało się leżeć na śpiworach. Jesteśmy w Hiszpanii

 

 

 

 

Ciekawe na camino portugeus jest przejście graniczne pomiędzy Portugalią a Hiszpanią. Trzeba przeprawić się przez most, co wcale nie jest takie trudne:) Ale ważne, by zmienić godzinę, bo zmienia się strefa czasowa. To istotne, bo można spóźnić się do schroniska, które zamykane jest o 22.00. Jeśli nie przestawi się zagarka, to może się okazać, że trzeba będzie spać na dworze. Zależnie od pogody będzie to albo przyjemność, albo udręka...

Nam pogoda dopisywała od początku do końca, co wcale nie jest normą na tej trasie, gdzie wpływ oceanu często daje o sobie znać. Jakub jednak załatwił nam słońce i znośną temperaturę- idealne do marszu.

Ponoć głową się go nie rozbije, ale warto próbować...

Także jeśli chodzi o ilość osób w schroniskach nie mogliśmy narzekać. Zawsze były dla nas miejsca. Wszystko to jeszcze dopełniało nasze dobre samopoczucie i sprawiało, że wędrowanie było niezwykle przyjemne. Nic zatem dziwnego, że humory dopisywały nam na każdym kroku.

W Redondela spaliśmy oczywiście w wieży Casa da Torre, która oprócz wielu zalet historycznych, estetycznych i klimatycznych, ma także taką pozytywną cechę jak to, że tuż obok jest market. Co okazało się niezwykle wygodne, kiedy zabrakło nam kolejnych produktów do kolacji. Szybciutko można było pobiec do sklepu, gdzie już po trzeciej wizycie stalismy się rozpoznawani.

LicytacjaCzasami uda się natrafić na lokalne widowiska, imprezy, fiesty, święta. Ostatniego dnia załapiliśmy się na procesję z figurką Maryji. W jednym z kościołów akurat odbywała się fiesta, której towarzyszyła licytacja swego rodzaju ozdób niesionych w procesji. Nie bardzo zrozumieliśmy, ale chyba chodziło o to, że można było wylicytować przetrzymywanie tych ozdób w domu przez cały nadchodzący rok. Przed kościołem zobaczyliśmy pełnych werwy Hiszpanów płacących krocie za możliwość wzięcia do domu świętych ozdóbek. Za tą różaną na zdjęciu po lewej zapłacono 400 euro... 

Jako pielgrzymi stanowiliśmy swego rodzaju atrakcję dla mieszkańców, bo samo camino portugues nie jest zbyt często uczęszczane i dzięki temu tubylcy nie są zmęczenie pielgrzymami, i zazwyczaj traktują ich na swój sposób wyjątkowo.Wyjątkowość może polegać na dziwnym przyglądaniu się, albo dużej pomocności względem wędrujących. Z tą drugą wersja spotykaliśmy się o wiele częściej.

Maryja w białej szacie

Dopytywano skąd jesteśmy, czym się zajmujemy, jak można nam pomóc. Proszono też o modlitwę, dawano intencję do zaniesienia Jakubowi. Czasami tłumaczono lokalne zwyczaje. Na przykład po procesji trzeba potrzeć suknię Maryji, aby wysłuchała naszych modlitw. A ponieważ Maryja miała białą szatę, to trzeba potrzeć ją przez chusteczkę higieniczną, aby się ta suknie nie zabrudziła. Ot jaka praktyczna tradycja:)

Mandat za zbyt szybkie iście... :)Przedostatniego dnia rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Jedni z nas chcieli iść szybciej i zrobić czterdzieści kilka kilometrów do samego Santiago. Reszta podzieliła sobie ten odcinek na mniejsze części. Zaskoczeniem dla nas była opieka guardia civil, którzy zatrzymali nas na drodze, spisali z dokumentów, wypytali gdzie spaliśmy i dokąd chcemy dojść. Stanowczo odradzili taki długi odcinek trasy w jeden dzień. Przypomnieli o tym, że trzeba uzupełniać płyny w organiźmie i unikać wędrówki podczas najgorętszej pory dnia. Na koniec wypisali mandaty za zbyt szybki marsz :).

Zwycięzcy!Do Santiago wchodziliśmy późnym popołudniem. Jeszcze na przedmieściach chcieliśmy trochę odpocząć na trawniku. Już się nawet położyliśmy, kiedy z jednego z domów zaczęła na nas krzyczeć kobieta i wymachując rękoma dała nam do zrozumienia, że musimy wstać z trawnika. Też coś- pomyśleliśmy- nawet na trawie nie można poleżeć. Za chwilę jednak okazało się, że zrobiła to z dobrej woli, bo po kilku minutach właczyły się systemy nawadniające trawniki... I gdyby nie ta pani to meilibyśmy darmową kąpiel.

Pod katedrą stanęliśmy w blasku zachodzącego słońca. Porządnie zmęczeni. Bez szans na wizytę w kościele, bo oczywiście już było zamnięte. Musieliśmy zdążyć do jakiegoś schroniska przed 22.00, bo wtedy je zamykają. A była już 21.00, więc szybko podjęliśmy decyzję o pojechaniu do Mote do Gozo. Tam zawsze są wolne miejsca. I tak też było i tym razem. Mogliśmy się wyspać, by rano świezi i radośni przyjść na Mszę Świętą i przywitać się po raz kolejny z Jakubem.

Już czyści i pachnący przed katedrąJak to zwykle na camino bywa, nie sama droga zostawia w nas swoje ślady, ale przede wszystkim ludzie, których mieliśmy okazję spotkać. Nie zawsze ma się z nimi później kontakt, ale pozostają wspomnienia. W tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla rodzinki z Bydgoszczy. Mieliśmy okazję wymijać się z nimi na szlaku. A ponieważ camino portugalskie nie jest najpopularniejszą trasą, tym większą niespodzianką było poznanie tak licznej grupy Polaków. Ciekawostka turystyczna. Pan Jezus w akwarium

Iwona Grzeżułkowska © 2011