Chorwacja

To oczywiście nie nasza łódka, ale też fajnie wyglądała :)Chorwacja- jedno z najmodniejszych obecnie miejsc na spędzenie wakacji. Daleko od domu, ale na tyle blisko by pojechać autem. Zawsze pewna pogoda. Dość tanio. I co najważniejsze- lubią tam Polaków. To chyba pierwsze skojarzenia związane z Chorwacją. Kiedy dodamy do tego atrakcje turystyczne- dzieła natury i dzieła człowieka, czyste plaże, ciepłe morze- rysuje się całkiem ciekawe połączenie. A na dodatek ta niesamowita bliskość morza i  gór...

Dla mnie osobiście te atrakcje morskie są niezbyt kuszące. Wypłynięcie wynajętą motorówką na pełne morze zakończyło się jak zwykle kilkudniową traumą. A przepływanie pomiędzy olbrzymimi statkami do dziś podnosi mi ciśnienie. W otoczeniu wielkich statków...Jednak prawie udało mi się nauczyć pływać- słona woda znakomicie taką naukę ułatwiała. Niestety po powrocie do kraju nadal preferuję stabilność lądu. Wychodzę z założenia, że gdybym miała dobrze się czuć w wodzie, to Pan Bóg podarował by mi skrzela. Skoro tego nie zrobił, to powinnam chodzić po ziemi i tyle.

Za to góry... Cytując jednego z moich kumpli "Jak zobaczę góry, to dostaję małpiego rozumu". Góry są po prostu bajeczne. Szczególnie inspirujące widoki rozciągają się w Makarskiej.

Jako że, jak zwykle nie dysponowaliśmy zawrotną gotówką, to właśnie w pobliżu Makarskiej zrobiliśmy sobie plażowy nocleg. Dosłownie kilkaset metrów za miastem, jadąc na południe, znaleźliśmy idealne miejsce. Plaża połączona z miastem, bielusieńka od białych okrągłych kamyczków, przy plaży miejsce na zaparkowanie kilku aut, zejście na plażę po wybetonowanych schodkach. Nie można sobie było wymarzyć lepszych luksusów.

Zabraliśmy się więc do tworzenia noclegowiska. W zasadzie wszyscy urlopowicze już dawno opuścili plażę. Kilku rybaków siedziało z wędkami mając nadzieję na upolowanie kolacji, ale szybko stracili entuzjazm i poszli dać zarobić lokalnym knajpkom. My wtaszczyliśmy na plaże grila, karimaty, śpiwory, butlę gazową, palnik, czajnik, no i oczywiście korkociąg, bo przecież kolacja bez wina, to nie kolacja. Na grillu zaczęły się rumienić piersi kurczacze w posypce z przeróżnych ziół, co nadawało morskiemu powietrzu apetycznego aromatu. Do tego prosta bagietka, sałatka z pomidorków i cebuli i żyć nie umierać.

Morze...Co więcej, dla pewności przynieśliśmy od razu ze sobą cruasanty i kawę na śniadanie, bo przecież nikomu nie będzie się chciało iść po nie rano do samochodu. Zasypialiśmy pod niebem pełnym gwiazd, z jedyną myślą w głowie "Żeby z tych zarośli za nami nie wylazło żadne obrzydliwe stworzenie", bo przecież mieliśmy okazję już widzieć jaszczurki, węże i inne robale. I tak minął wieczór i minęła noc i nadszedł świt.

Mieliśmy wakacje. A jak wakacje, to można spać do której się chce! Nic jednak bardziej mylnego... O godzinie 7.30 rozległy się na plaży czyjeś kroki. Zerknięcie jednym okiem potwierdziło, iż to nie policja ani inne służby pilnujące plaży. Po białych, ślicznych, okrągłych kamieniach nawet najcichsze stąpanie brzmiało jakby zbliżało się do nas stado słoni, zwłaszcza że przecież nasze uszy spoczywały również na tych pięknych, białych, okrągłych kamyczkach.

W porannym szoku...Kroki zaczęliśmy słyszeć, gdy ich właściciel (jak sie później okazało właścicielka) wyszła z miasta. I systematycznie zbliżała się do nas. A nasz obóz rozbity był na drugim końcu plaży, jakieś 2 km odległości. Za nami był już tylko klif, skały, nic więcej. A kroki wciąż zbliżały się i zbliżały. Aż się zbliżyły na tyle, że zaczęły być intrygujące. Ku naszemu zdziwieniu, właścicielki kroków nie zatrzymał grill, ani butla gazowa, ani nawet czajnik z gwizdkiem. Kiedy dotarła do upragnionego celu zrzuciła z ramion niesiony balast w postaci rozkładanego krzesełka, rozłożyła je, ustawiwszy w połowie na białych kamyczkach, a w połowie na moim śpiworze i ... zaczęła wyciągać inne gadżety z torby.

I dlaczego nie wszędzie są barierki?:)Było to tak niesamowite, że po prostu zabrakło nam słów. "Cóż było robić, Paweł ani pisnął, wrócił do siebie i czapkę zacisnął". W milczeniu podwinęłam nogi, wyswobodziłam się z napierającego na mnie krzesła, otworzyłam szeroko oczy i chyba już nawet nie myślałam... kiedy z daleka rozległy się kolejne kroki. Tym razem męskie. I tym razem już bez najmniejszego zdziwienia oczekiwaliśmy kiedy słusznych wymiarów jegomość dotrze do swojej towarzyszki, rozbije swój obóz na naszych śpiworach i... nie zawiedliśmy się! Tak właśnie było.

Otrząsnąwszy się nieco podziękowaliśmy Opatrzności, że z zarośli nie przypełzło w nocy żadne obrzydliwe stworzenie, ale szybko zrozumieliśmy, że jakaś równowaga być musi, i oto pojawienie się nieproszonych gości miało zapewne stanowić zabezpieczenie owej równowagi.

Drogi drogi drogi...Nie zniechęciło nas to wydarzenie do dalszego okupowania plaży z białymi, okrągłymi kamyczkami. W dzień było to dość męczące, bo odpoczywało tu sporo osób, ale w nocy względna cisz i spokój umożliwiały regenerację sił. A było się po czym regenerować. Zdobycie Góry Świętego Jerzego wymagało nie tyle zwinności, co stalowych nerwów. Wjechanie autem na szczyt zabrało nam jakieś 1,5 godziny. A było to 90 minut czystego szaleństwa. Jak to zrobić, żeby nie wypaść z trasy, cofać się by ktoś inny mógł obok nas przejechać, jaki bieg wrzucić żeby auto nie gasło pod górę, czy z kolejnego zakrętu nie wyjedzie jakiś rozpędzony pojazd.

Jak widać na załączonym obrazu- Św. Jure zdobyty!

I wszystko było by w miarę dobrze, gdyby niektórzy kierowcy nie wpadali w panikę i nie zostawiali aut w połowie drogi twierdząc, że dalej nie da się przejechać! Da się da, tylko wolno :)

Na górze jak to na górze- bajkowe widoki, duuuuże zmęczenie (ze stresu oczywiście) i palące słońce. Wszystko w najlepszym porządku. Tylko na zdjęciu te japonki na nogach dziwnie wyglądają... No ale i na Giewont można wejść w japonkach, i to na szpilce! Ci co widzieli mogą potwierdzić, że można, aczkolwiek chyba nie będę próbować.

To co w Chorwacji warto obejrzeć, to z pewnością Dubrownik. Miasto dość daleko położone, ale podróż się opłaca. Jednak trzeba zdawać sobie sprawę, że inne, mniejszej miejscowości wcale nie odbiegają urodą od tego najsławniejszego.

Plażowanie po dubrownicku :)Dubrownik i jego zwiedzanie to przede wszystkim snobizm. Są takie miejsca na świecie, które trzeba zobaczyć, góry na które trzeba wejść, muzea które trzeba zwiedzić- żeby się potem móc tym pochwalić. Niektórzy wchodzą na Mont Blanc nie dla zdobycia szczytu, ale po to by zaszpanować przed znajomymi. Inni jadą do Tunezji, bo to jest akurat modne. Tak wydaje mi się jest też z Dubrownikiem. Można się tym chwalić przed znajomymi- "przybyłam, zobaczyłam, zwiedziłam". Pewnie dlatego ludzie całymi stadami drepczą po murach okalających miasto, zatrzymują się za nim, aby zrobić to samom ujęcie, które jest na każdej fotografii, siedzą wieczorem przy deptaku- bo tak trzeba. Są też nieco ekscentryczne pomysły na to, co i jak zwiedzać w Dubrowniku, albo na co szczególnie zwrócić uwagę. Oto na przykład sposób na plażowanie :)

Widokówkowo...Jest jednak jakaś szczypta uroku w tym, by być typowym turystą, by tak jak wszyscy łazić bez celu po uliczkach, pić drinki w knajpach dla turystów (chociaż są kilkanaście razy droższe niż normalnie), panoszyć się z aparatem i udawać, że to wszystko jest w dobrym tonie. A co- też mam zdjęcie rodem z widokówki :)

Widokówki widokówkami, ale w Chorwacji pełno jest nadal miejsc przypominających niedawną wojnę. Całkiem blisko Dubrownika, w miejscowości Kupari straszy kompleks trzech hoteli, oczywiście nieczynnych, które pełne są otworów po kulach. Turyści nie do końca chcą przypominać sobie o minionych czasach i bez skrępowania korzystają z pięknych plaż zdając się nie zauważać krajobrazu po bitwie. Trochę to dziwne, ale nie nam oceniać.

Wracając jednak do cudowności Chorwacji, to z pewnością na mnie bardzo pozytywne wrażenia zostawiły Plitwickie Jeziora. Kolory rodem z baśni 1000 i jednej nocy, zakamarki, zarośla, ryby pływające tuż pod taflą wody, kaczki towarzyszące pływającym stateczkom... W deszczu...Wszystko to sprawia, że człowiek znów czuje się jak dziecko. Patrzysz i to już ci wystarcza. Spędziliśmy w parku cały dzień. I gdyby nie jeden drobny szczegół, to było by idealnie. No właśnie jeden drobny szczegół- cały dzień lało jak z cebra.

Pierwsze nasze kroki zanim jeszcze kupiliśmy bilety to były poszukiwania sklepu z parasolami. Nie jest to najbardziej popularny towar w tym miejscu i o tej porze roku (w środku lata!), toteż i w sklepie parasoli nie było zbyt wiele. Udało nam się zdobyć po jednej sztuce dla każdego, i z lekkimi wyrzutami sumienia (ludziom stojącym za nami w kolejce już parasoli kupić się nie udało...) poszliśmy zwiedzać. Zwiedzanie przypomina trochę wizytę w ZOO "Ale fajna kaczka!", "Jaka kolorowa ryba!", "Zobacz jaki wróbel!". Trzeba nastawić się na spojrzenie całościowe- na całe to piękno i niesamowitą kolorystykę. Tylko trochę trudno tak patrzeć na całość, jak parasol zasłania trzy czwarte widoku.

Na takich masowych imprezkach najfajniejsi są oczywiście rodzice z dziećmi. Ich problemy urastają do rangi kłopotów ONZ lub NATO. Na przykład dziecko chce siku, ale ubikacja była 5 minut temu, a następna będzie za 10 minut. A ono chce siku teraz. Już! I co teraz? Biec do tej poprzedniej? Czy może do tej następnej? Prawie jak fototapetaA może oddalić się na chwilę od pozostałych zwiedzających i zboczyć nieco w ścieżynę słabo uczęszczaną turystycznie...Gdy się już z tym uporają zawsze pojawia się kolejny problem. Dziecko chce pić. Ale nie chce wody. Chce ten różowy soczek, który ma inne dziecko. Nie można go jednak nigdzie dostać. Nagle tatuś przypomina sobie, że widział ten soczek przy bramie wjazdowej. Dziecko drze się już w niebogłosy. Mamusia dała za wygraną. Tatuś jednak za wszelką cenę chce żeby przestało się drzeć i biegnie po ten soczek (jakieś 3 kilometry...). I tak patrząc z boku na to wszystko zadaję sobie w głowie pytanie: "Człowieku po co biegniesz po ten soczek, przecież zaraz znowu będzie mu się chciało siku...".

Mimo nazwy plaża doskonała na darmowy nocleg :)Mała podpowiedź dla tych, którzy chcą trochę zaoszczędzić na noclegach i  nie przywiązują zbytniej uwagi do tego, gdzie przyjdzie im spać. Wynaleźliśmy tę plażę zupełnie przypadkowo- po prostu nie mieliśmy siły jechać dalej. Plaża strzeżona, na dole bar, restauracja, leżaki, na górze parking dla samochodów. Jak gdyby nigdy nic zjechaliśmy na plażę, zrobiliśmy sobie kolację na naszej kuchence gazowej, wytaszczyliśmy śpiwory i co ciekawe, ochrona plaży przyszła życzyć nam smacznego, powiedzieli gdzie zaparkować auto, zamknęli szlaban na plażę i byliśmy chyba najlepiej strzeżonymi turystami w kraju, na co z pewnością nie wskazywał znak z nazwą plaży... "Velki żali"...

Na wodzieTrochę popływaliśmy pomiędzy wyspami. Na Hvarze chyba był lekki posezon, bo nie zauważyliśmy tłumów na ulicach. Dzięki temu można było bez kolejek przychodzić na kosztowanie lokalnych win. Z Hvaru też koniecznie trzeba przywieźć lawendę i rozmaryn. Zgodnie z tymi zaleceniami zrobiliśmy potężne zakupy. Dość ciekawym smakiem okazał się miód z rozmarynku. Bardzo intensywny, ostry, lekko gorzkawy. Znalazł uznanie w mojej rodzinie.

Pomiędzy wyspami oczywiście podróżowaliśmy promem. Jako że ten rodzaj wycieczek nierozerwalnie łączy się z wodą, to musiałam każdą taką wyprawę odchorować. Na promie natomiast zazwyczaj wyglądałam tak jak na zdjęciu obok... czyli bardzo zmęczona.... Jednak woda to nie jest to co tygryski lubią najbardziej :)

Latarnia morska na Hvarze

Plaże i morze to jest jednak to, co można polubić. Leżenie i nic nie robienie jest całkiem przyjemne. Można poczytać książkę, wygrzać się za wszystkie polskie pory roku i oczywiście nie myśleć o pracy. I to jest już to, co tygryski lubią najbardziej. Też tak macie? :)

Hvar, Baska, Rab, Krk i wszystkie te inne nazwy, które bardzo trudno wymówić- swoją drogą jak powstały te nazwy bez samogłosek? Split, Zadar, Dubrovnik, Trogir, Stari Grad, Rowinj, Pula, Makarska- to wszystko jest nadal w zasięgu Polaków, chociaż ceny windowane są z roku na rok coraz bardziej w górę.

Iwona Grzeżułkowska © 2011