Czechy i Słowacja na narty

A wokół tylko góry!

 

Nasi południowi sąsiedzi mają się czym poszczycić jesli chodzi o przygotowanie tras narciarskich. Jedyna różnica między nimi to waluta, w której przyjdzie nam płacić. Jakoś płatność w koronach mniej boli niż w euro. No ale co kto woli :)

Pec pod Sniezku to moja ukochana narciarska miejscowość. Tam wracam najczęściej i najchętniej. Przynajmniej kilka razy w roku. Zawsze z takim samym bagażem- narty, buty, kurtka, kask i rękawice. Do tego trochę koron w kieszeni i można szaleć.

Chwila relaksu...W Pecu zawsze jest rewelacyjna pogoda- choćby u mnie w mieście lało, wiało, grzmiało- tu będzie śnieg, słońce i znakomite warunki do zjazdów. Dla początkujących i tych, którzy już dłużej początkują tak jak ja. Każdy znajdzie coś dla siebie. Niebieskie, czerwone i czarne szlaki. Orczyki i kanapy. I kilka przytulnych knajpek na stokach. Do tego chyba każdemu znana "czarna ściana". Jedna z bardziej stromych jakie udało mi się do tej pory zobaczyć. Zawsze wywołuje przyjemne drżenie kolan- "zjadę czy nie zjadę, oto jest pytanie". Zdarza się taka pogoda, kiedy cała ściana jest zlodowaciała i wtedy nawet najlepsze umiejętności narciarskie na niewiele się zdadzą. Kilka razy udało mi się spełznąć po tej górze głową w dół :)

Ale Pec to nie tylko świetny kompleks narciarski, który każdy może zobaczyć w kamerkach internetowych. W środku miasta jest spory hotel z basenem i saunami, gdzie można wygrzać kości po całodziennej jeździe. I po całonocnej też- bo są tu też nocne zjazdy, które też goraco polecam!

Kraina loduTo jednak co w Pecu najlepsze, to zupa czosnkowa! W małej drewnianej knajpce serwują zdecydowanie najsmaczniejszą czosnkową polewkę na świecie. I nie ma w tym źdźbła przesady. Zupka jest taka znana w naszym towarzystwie, że małżonkowie narciarzy mają stuprocentową pewność iż ich ukochani byli na nartach, a nie "gdzieś indziej", bo jak tłumaczy to Ania- "Jacek przez kolejne trzy dni nadal pachnie czosnkiem, i wtedy jestem pewna, że był w Pecu!".

Kilka osób to właśnie w Pecu nauczyło się jeździć. Aldonka na przykład odebrała tu pierwszą lekcję od profesora Longera. Dzięki edukacyjnemu zacięciu nauczyciela Aldonka nie może doczekać się kolejnych wyjazdów z białym szaleństwem :)

Narty to nie snobistyczny sport dla bogatych. To przede wszystkim miłość do gór, chęć bycia w towarzystwie przyjaciół i przede wszystkim przyjemność czerpana z wysiłku.

Grunt to dobry kamuflaż!Do tego można dodać jeszcze kilka elementów. Na przykład kiedy ktoś przez przypadek na orczyku wjedzie na twoją nartę i wywrócisz się w zaspę. A potem ktoś inny chce ci pomóc i zobaczyć, czy aby kolano się nie zepsuło. I kiedy już okaże się, że się nie zepsuło, to ten ktoś kto chciał ci pomóc, zaczyna wstawać. A ponieważ trudno wstać w butach narciarskich, to przez przypadek opiera się całym swoim ciężarem na twoim kolanie, które mimo że się nie zepsuło, ale boli niemiłosiernie. Ot takie tam przypadki...

Oprócz Peca pod Sniezkou jest oczywiście cała masa innych wspaniałych miejsc i w Czechach i na Słowacji. Rokytnice nad Jezoru, Janskie Laznie, Harahov i cały kompleks Tatralandia. W każdym miejscu jest czas na "niespodzianki". Na przykład kiedy przez przypadek przepali ci się żarówka w aucie i policja każe ci ją wymienić. A na zewnątrz jedyne - 30 stopni. I malutka żaróweczka do malutkiego reflektora w moim malutkim peugociku...

     Albo kiedy dopiero uczyliśmy się jeździć na nartach, a nasi cudowni znajomi w drugi dzień nauki zabrali nas do Harahova. Wjazd kanapą tuż obok skoczni narciarskiej wywołał pierwsze wątpliwości "z tego chyba nam nie każą skakać". Niby nie kazali, ale jak się okazało, nie było dużo lepiej. Najpierw Aga przymarzła do kanapy i nie można było odkleić jej spodni od siedzenia. Kiedy wreszcie udało się ją "wyszarpać", zlecieliśmy na podjazd jak worki z ziemniakami. A potem miało być z górki. I było, tyle że nie z górki, ale z góry! I to stromej! Z całego szerokiego stoku najbardziej przyciagały nas płoty po bokach. Pięknie wkomponowałyśmy się obie w drewniany płot. Auto terenowe :)Narty wyfrunęły poza obszar stoku i trzeba się było nieźle nakombinować, żeby je odzyskać. Do tego wszystkiego pękły moje spodnie i jedną ręką trzymając je żeby nie spadły, a drugą popychając się kijkami, powolutku staczałam się na sam dół. Myśli krążyły tylko wokół tego, że już nigdy się nie wybiorę na stok.

Innym niestety też zdarzały się przykre upadki. Pierwszy zjazd Romana z Hopoka i zderzenie z drzewem, które zaowocowało złamanym obojczykiem. Na szczęście takich ekstremalnych przygód nie było zbyt wiele. Zdecydowana większość to arcymiłe doświadczenia. Na przykład zając przebiegający przez środek stoku. I oczywiście masa kulinarnych przysmaków:) Jednak świat zawsze kręci się wokół jedzenia.

Atmosferę zawsze tworzą ludzie. Kiedy tych ludzi jest wielu w jednym czasie i miejscu, to atmosfera jest bardzo ciekawa. Dziewięć doroslych osób i stado dzieci w wieku 3-13 lat to jedna z przeciekawych sytuacji. Największa załamka- jak takie bomble wyprzedzają cię na stoku...Codziennie wieczorem słuchanka "Dzieci z Bulerbyn"- specjalnie dla Jasia:) I szaleństwo na przeróżnych stokach w ciągu dnia. Rekordzistą w tworzeniu atmosfery jest oczywiście Paweł. Nie robiąc sobie niczego ze snu innych, wstawał przed 7.00 rano. I rozpoczynał poszukiwania swojego narciarskiego stroju. Strzelając szafkami wygrzebywał czapki, rękawiczki, szaliki. By w końcu na samym środku pokoju rozpocząć wkładanie swoich mega szeleszczących spodni sportowych. Gdy był przygotowany do wyjścia jeszcze tylko skorzystanie z toalety, wstawienie czajniki, którego dźwięk oczywiście musiał obudzić wszystkich. Po zjedzeniu śniadania Paweł był gotowy do wyjścia. Tak więc poszedł na skibusa... Jako że przystanek był około 10 minut marszu od pensjonatu, to po 20 minutach Paweł był z powrotem. Tak się zdarzyło, że zabrał ze sobą wszystko: strój, buty, kijki. Tylko o nartach zapomniał... Pozostawię to wszystko bez komentarza :)

Po kilkudziesięciu upadkach, nabiciu sobie sińca wielkości piłki do tenisa, kilku zderzeniach z ziemią, drzewami i innymi narciarzami zaczęło się mi to coraz bardziej podobać. I tak trwa i trwa i trwa do dzisiaj :)

Iwona Grzeżułkowska © 2011