Huaytapallana

Hej ho, hej ho- na lodowiec by się szło!

Brak słów...Wracając do tematu najpięknieszych miejsc w Peru, to nie kończą się one na Machu Picchu. Wręcz przeciwnie, to jest dopiero doskonały początek. Zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na nas Huaytapallana. Lodowiec w samym centrum państwa, tuż obok miasta Huancayo. Jeżeli tylko macie odrobinę siły i wytrwałości, to tego miejsca po prostu nie wolno nie zobaczyć. Spływające po czole krople potu, przyszpieszone bicie serca i ogromne trudności w oddychaniu (lodowiec bowiem wznosi się na ponad 5500 m.n.p.m.) zostają zrekompensowane już po około 40 minutach marszu. Zator na drodzeOczom odkrywców ukazuje się bowiem majestat gór, lodu i jezior zwanych tu lagunami. Wrażenia pozostaną w umysłach nawet najbardziej sceptycznych podróżników.

Kiedy człowiek zobaczy coś takiego, to nie bardzo wie co powinien zrobić. Nie znajduje słów, żeby wyrazić co czuje. Woli nie myśleć, bo i tak nic mądrego nie wymyśli. Nie może płakać, bo powietrze jest zbyt rzadkie na taki wysiłek. Najlepiej chyba paść na kolana i się modlić. Bo Pan Bóg musiał mieć wyjątkowe poczucie estetyki kiedy wypiętrzały się te góry. Jęzor lodowca...Nam na dodatek trafiła się idealna pogoda. Prawie bezchmurne niebo, ciepłe promienie słoneczne, brak wiatru. Nawet lekki grad był cudowny, mimo że uderzał w policzki szpilkami lodu.

Już sam wjazd na początek trasy jest przygodą. Miliony zakrętów, brak ludzi, ale za to wiele zwierząt zalegających na drodze to klimat wjazdu. Rozpoczęliśmy wędrówkę spod schroniska górskiego, gdzie od razu zostaliśmy wypatrzeni przez właścicieli i po prostu zapytano nas, co chcemy zjeść na obiad. Żona właściciela wskazała poczatek szlaku i wytłumaczyła, gdzie mamy NIE skręcić. W ten sposób zdobyliśmy wszystkie potrzebne informacje dotyczące wejścia na Huaytapallanę. Tak więc poszliśmy...

Leżing, plażing...Dotarliśmy do granicy lodu, gdzie można było spokojnie wypocząć. Zjedliśmy zatem przytargane bułki z dżemem (20 sztuk za 2 sole), wypiliśmy soczek z rurką i powygrzewaliśmy się na słońcu. Musieliśmy oczywiście wleźć na lód, bo inaczej wyprawa na lodowiec nie była by zakończona. Słońce stopiło wierznią warstwę śniegu i wdrapywanie się po nim okazało się dużo bardziej skomplikowane niż sobie to wyobrażaliśmy. Na granicy loduKijki trekingowe trzeba było wbijać w szczeliny lodowe, żeby w miarę stabilnie wspinać się na wyższe partie góry. Bez raków było to dość bezsensowne wspinanie, więc nie wdrapaliśmy się na samą górę. Ale zdjęcia z lodowca są. A co!

Ponieważ trochę zawiewało zimnem, a w uszach mieliśmy dość groźne sygnały pękania lodu, ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście tę okrężną. Przewspaniałą trasę pomiędzy kolejnymi lagunami zasilanymi wodą z topniejącego śniegu. Laguny są przepływowe- woda przelewa się po kolei: od tego położonego najwyżej (4707 m.n.p.m), aż do szóstego, najniższego jeziorka (4622 m.n.p.m). Cisza...Stąd początek biorą dwie rzeki, z których jedna zaopatruje w wodę mieszkańców Hyancayo.

Na dzień dzisiejszy Huaytapallana nie jest jeszcze centrum turystycznym. Na szlaku spotkaliśmy tylko kilka zabłakanych owiec, i ani śladu pasterza... Schronisko na początku szlaku też nie tętni życiem, a parking za cały dzień kosztuje 2 sole. Jednak za parę lat ktoś będzie na tym miejscu zarabiał grube pieniądze. Na szczęście mogliśmy cieszyć się naturą bez śladu komercji. Potencjalnym turystom mieszkańcy Huancayo dobrze radzą, żeby się pospieszyli, bo za kilka lat lodowiec może stopnieć (za: Maciej S.). A warto go zobaczyć!

 

 

Iwona Grzeżułkowska © 2011