Kanion Colca

Kanion Colca, czyli nie tak w Peru zimno, jak by się wydawało

Popatrzcie na to...Śnieg, lód, grad... nie myślcie jednak, że można w tym kraju tylko zmarznąć. Nic bardziej mylnego. Są miejsca, gdzie nawet można się nieźle spocić. Zapraszamy więc do krainy kondorów zwanej Kanionem Colca. Jak sugeruje nazwa- w dole przepływa rzeka Colca:) Kanion ten jest dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Kolorado! Jego ściany wznoszą się na wysokość 3200 i 4200 metrów ponad poziom przepływającej przez niego rzeki. I oczywiście znaleźć można tu polski akcent. Otóż po raz pierwszy przepłynęli tę rzekę Polacy, w 1981 roku. Nadali też kilka swojsko brzmiących nazw (zatwierdzonych przez Instytut Geograficzny w Peru)- Wodospady Jana Pawła II, Kanion Czekoladowy, Kanion Polaków. Czuliśmy się zatem jak w domu :)

Widać, że nie kadrował Mistrz kadrowania- ktoś uciął nam stopy!!!Wybraliśmy wersję 3-dniową, bo czasu mieliśmy w nadmiarze. Z tego powodu pobudka była już o 3 nad ranem. Przyjechał po nas busik i wraz z ośmioma osobami ruszyliśmy na bardzo spokojny marsz. Dzień pierwszy to dłuuuugie zejście. Szliśmy i szliśmy, a końca nie było widać. Zejście około 1000 metrów niżej, to marsz trwający jakieś 5 godzin. Z plecakiem zaopatrzonym w wodę to spore wyzwanie dla kolan. Słońce paliło żywym ogniem, dlatego staraliśmy się jak najbardziej ukrywać- pod okularami, szalami, czapkami. I jak się okazało bardzo słusznie- dwie idące z nami Szwajcarki spiekły sobie łydki do czerwoności. A my- cali i biali mieliśmy pod wieczór niesamowicie dużo siły. Do tego stopnia, że panowie nie wiedzieli co z tą siłą zrobić. No i poszli spać o 16.00... wprawiając w zdumienie wszystkich członków naszej ekipy.

SancalloPo przespaniu 15 godzin Mariusz jako pierwszy zdobył najwyższe wzniesienie drugiego dnia. Odpoczynek zatem czyni mistrza :) Jednak drugi dzień miał w sobie o wiele więcej atrakcji. Po pierwsze primo, przeleźliśmy przez dość niebezpicznie osunięty piarg. Nikt przecież nie będzie naprawiał drogi dla turystów. Po drugie primo, mogliśmy spróbować super owoców. Mega kwaśne sancallo, o śmiesznym miąszu przypominającym zielony krem z makiem. Jako że sprzedawała je przestraszona starsza pani, nie sposób było nie kupić chociaż dwóch, żeby nie robić jej przykrości. Owocowy zawrót głowyKupiliśmy zatem i zjedliśmy, chociaż wspominając tamten moment do dziś nie wiemy, czy jedzenie owocu była to kara czy nagroda. Nawet niektóre cytryny bywają słodsze. Najpewniej po prostu nie trafiliśmy z dojrzałością owocu.

W owocach się zakochaliśmy. Każdy odnalazł swój smak. Karambola (na zdjęciu obok na samym dole, po przekrojeniu plastry wyglądają jak gwiazdy), cocona, grandilla, wszelkie wzory i kolory bananów, mango, cudownie świeża palta (czyli awokado), cytryny, limonki, pacay (lodowa fasola- te wielkie zielone strąki na fotografii obok; wewnątrz znajduje się extra słodka wata, w smaku zupełnie jak wata cukrowa) Oaza widziana z górymelony, arbuzy, kokosy, opuncja. Na tę ostatnią trzeba bardzo uważać i lepiej poprosić miejscowych, żeby obrali ją z wyjątkowo zdradzieckich kolców. Są tak drobne, że bardzo łatwo ich po prostu nie zauważyć. Wbijają się w skórę dłoni i pieką żywym ogniem. Co niektórzy mają większego pecha. Jeden ze znajomych Piotrka kupił sobie owoce opuncji i samodzielnie chciał go obrać. Poddał się jednak, ale zapomniał, że kolce mogą być naprawdę zdradzieckie. Z rękoma pełnymi drobiutkich szpileczek, zupełnie nie biorąc pod uwagę konsekwencji, poszedł zrobić siku... A to już baseny czekające, żeby się w nich wykąpaćLepiej chyba nawet sobie nie wyobrażać co czuł przez następne kilka dni....

My na szczęście nie próbowaliśmy samodzielnie obierać opuncji:) Natomiast zupełnie samodzielnie w Kanionie Colca udało nam się dotrzeć do raju obiecanego. W środku niczego, w głębi gór, na dole kanionu są bowiem maleńkie oazy, gdzie wędrowiec może zanurzyć się w cudownie ciepłej wodzie. Ten niesamowity kontrast surowych szlaków i bajkowych hotelików zrobił na wszystkich wrażenie. Trudno było uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł, by coś takiego wybudować.

Domki w oazie:)Gdy dotarliśmy na miejsce dostaliśmy miejsca w apartamentach- profilaktycznie najpierw sprawdziliśmy, czy aby nie ma wewnątrz żadnych tarantulii czy innych tego typu gości. Pobieżne sprawdzenie zaowocowało odkryciem aloesu wyrastającego wprost ze ściany i dziur w dachu, przez które bez problemu mogły przypełznąć różnego rodzaju stworzonka w środku nocy. Oczywiście wtedy, kiedy my byśmy się tego najmniej spodziewali.

Nie wpadając jednak w panikę zażyliśmy kąpieli w basenie (można to zrobić tylko do 14.00 bo potem słońce chowa się za górami i jest zbyt zimno, żeby wytrzymać w wodzie). Wjazd na oślePo obiedzie nie bylibyśmy sobą, żeby nie pójść na krótki spacer. Podreptaliśmy zatem nieco w górę- bo przecież już dawno nigdzie nie chodziliśmy. Odkryliśmy przy tym, skąd rano odchodzą osły, żeby w razie czego wiedzieć, gdzie się udać jak nie damy rady wejść o własnych siłach na górę kanionu.

Rankiem okazało się, że osły idą o wiele szybciej niż piechurzy. Co więcej- wszędzie mają pierwszeństwo- zgodnie z zasadą "kto większy, ten lepszy". Dysząc, sapiąc, kaszląc i mając poczucie, że zaraz wyplujemy płuca wspinaliśmy się i wspinaliśmy, żeby osiągnąć krawędź kanionu. W gruncie rzeczy droga nie była długa, bo różnica wysokości to około 1000 metrów. Cała grupa na górze kanionuW rzeczywistości jednak można było się naprawdę zmęczyć. Mniej więcej w połowie szlaku dało się zauważyć drzewa rosnące na górze i to one były wyznacznikiem końca.Najważniejsze okazało się dotarcie na górę przed słońcem, żeby nie dać się spalić jego promieniom. Co istotne wyruszaliśmy z dołu bez śniadania- dla niektórych więc była to solidna motywacja do szybkiego wdrapywania się. Pierwszy posiłek dostaliśmy bowiem dopiero w Cabanaconde - wiosce polozonej na wysokosci około 3200 mnpm, gdzie doszliśmy około godz. 10.00. W prywatnym domu, do którego zabrały nas przewodniczki, czekały już na nas sadzone jajka, chrupiące bułeczki, dżem i oczywiście mate de coca. Bez niej przecież nie uda się żaden spacer:)

Sklep z owocami sezonowymi:)Arcyciekawa okazała się dalsza część tej samej wyprawy. Otóż (czego ja wcześniej nie odnotowałam) mieliśmy pojechać do gorących łaźni. I rzeczywiście, jak to zwykle w Peru bywa- w środku niczego wyłonił się kompleks ciepłych basenów, łaźni i innych, jakże niespodziewanych rzeczy. Jak się dowiedzieliśmy od przewodników, właśnie tutaj są gorące źródła i baseny z leczniczymi minerałami. Przyznajamy- czuć było w tym wszystkim siarkę (a może żelazo), no w każdym razie- zapach był specyficzny. Na kapiele dostaliśmy przydział 2 godzin. Po czym obiecano nam wspaniałą restaurację, gdzie można było się "najeść do syta". I dokładnie tak było- szwedzki stół (a może powinnam powiedzieć peruwiański) uginał się od mięs, makaronów, sałatek i innych przysmaków. Najedliśmy się, chociaż powinnam nazwać to "przeżarciem się"- do tego stopnia, że ledwo dało się wcisnąć na koniec malutką czarną kawę. Najszybciej jedzenie zakończył Bader, który w swojej sałatce znalazł piękną, ruchliwą, zieloną gąsienniczkę- nie była ujęta w składzie posiłku, więc mamy podejrzenia, że nie powinna bezkarnie chodzić po talerzu... A pełzała całkiem rzeźko...

Cruz de CondorKanion Colca nie byłby tak wyjątkowy, gdyby nie latające ponad nim kondory. Zatrzymanie się zatem na Cruz del Condor jest obowiązkowym punktem wyprawy. Kondory zachowują się tak, jakby miały płacone za uszczęśliwianie turystów pojawiających się o określonej porze w wyznaczonym miejscu. Po kilku minutach od naszego przyjazdu na punkt widokowy rozpoczął się bowiem taniec ptaków ponad naszymi głowami. Oczywiście bez super aparatu trudno zrobić wyraźne zdjęcie. Zatem jedyne warte obejrzenia fotki- to te z nami w rolach głównych:)

Iwona Grzeżułkowska © 2011