Lima

Lima rosnąca...Po jakiś 18 godzinach lotu samolotem z Wrocławia, czyli około 36 godzinach podróży w wersji "tanie latanie", znajdujemy Limę. Wita nas wielka, przytłaczająca, trąbiąca milionem klaksonów, strasząca ciemnymi zakamarkami, nieobliczalna, potężna i na swój zakręcony sposób piękna METROPOLIA. Piękna w szaleństwie prostopadłych uliczek i pełna kontrastów. Jak głoszą napisy w każdej restauracji, miasto słynące z tolerancji i głoszące równość, a jednocześnie do tych samych restauracji nie mogą wejść ci, którzy nie mają odpowiednio wypchanego portfela. Lima szalona...

Ogromny obszar miasta, wszystkich jego dzielnic, jest nie do ogarnięcia. Żeby dostać się w wybrane miejsce, najpierw trzeba wiedzieć jaka to dzielnica. Potem znaleźć taksówkę, która do tej dzielnicy nas zawiezie. Bo nie wszystkie jeżdżą pomiędzy różnymi obszarami miasta. Dopiero na końcu podajemy adres albo nazwę hotelu.Nazwijmy to plażą... I mamy nadzieję, że kierowca jakimś cudem znajdzie drogę.

Czego tu brakuje? Przede wszystkim słońca- przez prawie 10 miesięcy w roku nad miastem unosi się obłok mgły znad Pacyfiku, a widok promieni słonecznych jest na wagę złota. Plaże pozostają nieużywane, może tylko służą dzieciakom będącym na wagarach. Nic dziwnego, że każdy turysta w tym "posezonie", traktowany jest jak góra dolarów i pomaga nabrzeżnym knajpkom przetrwać do kolejnego lata, do kolejnego stycznia.

Fontannowy zawrót głowy

Brakuje też znaków drogowych- nie opłaca się ich stawiać, bo szybko zostaną ukradzione, zatem się ich nie stawia. Tym samym podróż z dzielnicy do dzielnicy może okazać się niezłą przygodą. Na przykład nasz wyjazd z hotelu na lotnisko trwał około półtorej godziny, a pierwszy znak informujący w którym kierunku jest lotnisko odnaleźliśmy po 40 minutach jazdy. Przygoda :)

Brakuje wody. Nowo powstałe dzielnice nie mają do niej dostępu. Plany przewidują, że w ciągu kolejnych kilku-kilkunastu lat powstaną wodociągi i biedniejsze obszary również będą miały dostęp do wody.

Anetka zamknięta w fontannie :)

Póki co, w mieście, gdzie jest deficyt tego życiodajnego płynu, zbudowano przepiękny park fontann. Wstęp kosztuje jedyne 4 sole (jakieś 5 zł.), ale większość zagranicznych wycieczek nie ma zwiedzania tego miejsca w programie. Pewnie dlatego, że jest zbyt tanie. A zobaczyć je naprawdę warto! Część z fontann tańczy, zmienia co chwilę kierunek płynięcia wody. Anetka z Danielem chcieli sprawdzić czy uda im się wejść do środka tańczącego zbiornika. Udało się wejść. Szkoda, że nie przemyśleli, że trzeba będzie tez wyjść. Przypłacili tą zabawę mokrymi spodniami. A że fontanna wyskakiwała z ziemi, to wyglądali jakby zrobili siusiu w spodnie. Czymże jednak są odrobinę mokre spodnie dla takiej frajdy :)

Zamyśleni nad mgłą...

Czego natomiast nie brakuje- z pewnością ludzi. Obecnie szacuje się, że w samej Limie mieszka jakieś 9-10 milionów ludzi. Ile dokładnie, tego nie wie nikt.

Ostatnie statystyki z 2007 roku wskazywały na 8 milionów, nowszych danych jeszcze nie wykonano. Rozrastanie się stolicy widać zwłaszcza na obrzeżach, w tak zwanych slamsach. Na każdym wzniesieniu, wzgórzu, kawałku ziemi powstają prowizoryczne domki, baraki z folii, gliny, drewna. Nieocenioną okazuje się pomoc, zwłaszcza w sensie prawnym- większość Fontann ciąg dalszydorosłych to analfabeci. Jedną z osób bardzo zaangażowanych w życie społeczności jest Piotr, któremu serdecznie dziękujemy za oprowadzenie po Limie, i jednocześnie doceniamy jego pracę na rzecz najbardziej potrzebujących.

Pod dostatkiem jest także życzliwości dla białych- w końcu to oni przyjeżdżają tu, żeby wydawać pieniądze. W bardziej turystycznych dzielnicach rzesze policjantów zapewniają psychiczny komfort "dolarowcom".

Polacy dolarów nie zarabiają, ale i dla nas znajdą się przeróżne możliwości- obiad za 6 soli (w bardzo przyzwoitej wersji w chińskiej knajpce), ale też całonocny pokaz regionalnych tańców w Brisas de Titicaca za jakieś 40 soli. To już ekstrawagancja.

Strefa bezpieczeństwaJak w każdym miejscu na świecie, tak i tu trzeba się nauczyć pewnych bardzo potrzebnych zachowań. Pierwsze z nich to ratowanie się w czasie trzęsienia ziemi. Niestety zdarzają się dość często, bo Lima położona jest na styku płyt tektonicznych. Kiedy więc tylko poczuje się trzęsące się podłoże trzeba znaleć strefę bezpieczeństwa. Jest to dość proste, bo w każdym miejscu publicznym strefy te są wyraźnie oznaczone. Na ścianach najbardziej wytrzymałych zawieszono tabliczki z informacją "Zona segura" (strefa bezpieczeństwa). Kiedy więc wchodzi się do jakiegokolwiek budynku, najpierw należy wypatrzyć to miejsce z tabliczką, by w razie potrzeby tam się schronić. Kiedy już przyjdzie trzęsienie ziemi, stajemy pod murem (który ma być bezpieczny) i modlimy się, aby na nas nie runął. Tak w wielkim skrócie wygląda instrukcja obsługi "Zona segura".

Brisas de Titicaca

Po tych wrażeniach ciąg dalszy naszej podróży był coraz lepszą imprezą. Peruwiańczycy wyciągali od nas coraz więcej pieniędzy, a my- no cóż, godziliśmy się na wiele. Hotel za kosmiczne pieniądze w środku dżungli, obiad z tradycyjnymi przysmakami, podróż na wyspę pełną ptasich odchodów, wycieczka na pustynię celem zjedzenia świeżej ryby w knajpie oddalonej od miasta jakąś godzinę drogi, karmienie pelikanów szczątkami ryb, za które też trzeba było zapłacić- na to wszystko jeszcze byliśmy w stanie się zgodzić. Ale kiedy dostaliśmy pokój będący w trakcie remontu, gdzie połowa podłogi była jeszcze nie wyłożona, brakowało jednego łóżka a sedesu ktoś zapomniał przymocować do gruntu, to i myśmy nie wytrzymali. Jednak gdzie jak gdzie, ale w Peru każdy może się o wszystko wytargować, wykłócić lub wyprosić i z nie takich "tarapatów" można było wyjść obronną ręką (ze zniżką oczywiście).

Iwona Grzeżułkowska © 2011