Machu Picchu

Góra pełna kamieni- czyli Machu Picchu rządzi!

Machu PicchuWszędzie na świecie są miejsca, które zobaczyć po prostu trzeba. Lub inaczej- nie można ich nie zobaczyć. To tak jakby być w Rzymie i nie widzieć Koloseum, albo w Paryżu- Wieży Eiffela. Tak w Peru zwiedzanie zacząć trzeba od Machu Picchu.

Niby tylko ruiny, ale mają w sobie ten niesamowity dar przyciągania. Czy to sprawka reklamy, dobrego marketingu, mody czy po prostu uroku tego miejsca- nieważne. Istotne, że wyciągasz z portfela stertę dolarów i płacisz. Za wszystko płacisz naprawdę grube pieniądze. Na dodatek masz cały czas w umyśle informację, że może dla Ciebie zabraknąć miejsca. I całe nasze życie w górach...Najpierw w pociągu- bo jest ich ograniczona liczba i bilety należy kupić z wyprzedzeniem. Co więcej, nie da się tego zrobić osobiście, bo zamieszanie z bankami na stronie internetowej nawet najbardziej cierpliwego turystę doprowadza do furii. Trzeba wiedzieć do jakiego biura z biletami się udać, na jaki pociąg (bo nie wszystkie mają zniżki), na jaki termin- żeby w tym czasie była również możliwość zakupienia biletu na samą górę, bo nie zawsze idzie to ze sobą w parze. Na dodatek przepisy dość często się zmieniają i można dostać palpitacji serca od tych wszystkich "musisz" i "nie możesz". Koniec końców- udało się znaleźć naprawdę korzystne ceny- 90 dolarów za pociąg, 120 soli za wejście, 35 soli za nocleg. Sukces!

Na górze okazało się, że naprawdę warto było znosić wszelkie niedogodności, żeby zobaczyć to, co było co zobaczenia. Już samo wspinanie się do głównego wejścia jest atrakcją, bo nagle w szybkim tempie zmieniają się krajobrazy. W drodze na HuaynapicchuOd płynących w dole strumieni, poprzez podnóża gór rodem z filmu "King Kong", do momentu, kiedy widać szczyty lasów i wszystko wokół jest ukazane jak na dłoni. Najlepsze było to, że każde zdjęcie zrobione na Machu jest obrzydliwie piękne. Chyba nie ma osoby, które mogłaby zepsuć ujęcia z takimi widokami. A wokół góry, góry i góry...

Najbardziej znana z tych gór, widoczna na każdej pocztówce, to Huaynapicchu, na którą dziennie może wejść tylko 400 osób, w dwóch turach. Co wytrawniejsi zawodnicy wchodzą o 8.00 rano, żeby zobaczyć romantyczny wschód słońca nad miastem. My do tych wytrawnych nie należymy, więc wykupiliśmy wejście na 10.00. ZmęczeniStanęliśmy grzecznie w kolejce i cierpliwie czekaliśmy na naszą godzinę. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka- tysiące schodów. Ciągle w górę. I tak całą godzinę. Ukoronowaniem okazało się posiedzenie przez 10 minut na skałkach na szczycie. Czasu pilnował strażnik. Co chwilę gwizdał na bardziej opieszałych odpoczywających i kazał ustępować miejsca nowo nadchodzącym. Trzeba przyznać, że to znakomity pomysł na ciągły przepływ turystów.

Jako że, jak zwykle było nam mało, wybraliśmy okrężną drogę do wyjścia. Huaynapicchu można pokonać także trasą Circuito, czyli przechodząc przez Gran Caverna, co zajmuje w sumie jakieś 4 godziny. Połowa w dół, ale za to druga część schodami w górę. I po tym trekingu można było odczuć to prawdziwe zmęczenie, wynikające z połączenia: długości marszu, temperatury powietrza i wysokości nad poziom morza. Wszystko to sprawiło, że moje małe serduszko biło jak szalone i zdecydowanie oświadczało, że lada moment może eksplodować. Na szczęście przeżyłam :)

   Później, już na gruzach miasta, każdego ogarnął szał robienia zdjęć. Mamy więc trzydzieści ujęć lamy na tle Machu Picchu, dwadzieścia różnych perspektyw Haynapicchu, piętnaście zdjęć panoramicznych z górami rodem z filmu King Kong i setki innych fotek, na których już tak często nie powtarzają się pojedyncze motywy. Ale nie ma co narzekać- przynajmniej jest z czego wybierać. Dla mnie oczywiście najlepsze są te z lamą- lama z podniesionym kopytkiem, lama z zamkniętym okiem, lama- zbliżenie na nosek, lama wyprostowana, lama żująca mleczyk :)

Na zdjęciu obok malutka lama o bardzo mięciutkiej sierści. Po całym kompleksie chodzą sobie one swobodnie i, oprócz zabawiania turystów, pracują jako ekologiczne kosiarki do trawy. Lama i ja :)Z pewnością jednak, żaden ekolog nie przyczepi się, jeśli chodzi o warunki ich pracy- są co najmniej rangi pięciogwiazdkowego hotelu.

Apropos zwierząt, to należy nadmienić, iż wyróżniane są trzy główne odmiany kopytnych znajdujących się na widokówkach z Peru. Poniżej prezentujemy zdjęcia i wyjaśniamy, że najbardziej pożądanym stworzeniem jeśli chodzi o wełnę jest alpaka- ma najbardziej miękkie futro. Największej liczbie osób Peru kojarzy się z lamą, która występuje w tym kraju najczęściej. Natomiast najbardziej dostojna jest vicuña (czyt. bikunia). Jak się Wam podobają?

Puchata alpaka Lama z super tłem :) Zgrabna vicuna


 

Daniel gotowy do akcji!Zawsze trzeba być gotowym na wszystko. Jak się wyrusza w drogę, to trzeba zapytać Daniela co może okazać się przydatne- on potrafi się spakować jak nikt inny :)

Kiedy zobaczy się Machu Picchu, to wszystkie kolejne zabytki mają wydawać się mniej atrakcyjne. Nic jednak bardziej mylnego. Można odnaleźć szereg przecudownych miejsc. Wszystko zależy od naszego nastawienia. Tak więc- albo nastawimy się poznawczo i będziemy poszukiwali niezwykłości, albo poprzestaniemy na zwykłym gapieniu się i nie dostrzeżemy prawdziwego piękna.

Nie zawsze ma się oczywiście czas, ochotę i siłę na to, aby być poszukiwaczem cudowności. Choroba wysokościowa, rewolucje żołądkowe czy strach przed płynięciem łódką mogą skutecznie przeszkodzić w czerpaniu przyjemności. Chłonąć atmosferę miejsca...Są jednak wówczas inne sposoby obcowania z pięknem. Można po prostu "chłonąć atmosferę miejsca", lub też przespać bardziej uciążliwe chwile wyprawy. Można też wspomagać się, na przykład dobrą na wszystko herbatką z koki, tudzież popularnymi wyskokowymi napojami typu pisco sauer. Każdy sposób jest dobry, pod warunkiem że daje oczekiwane rezultaty.

Koka. Made in Peru.Sławna KOKA, ile prawdy jest w tym, że pomaga na wszystko? Sama prawda oczywiście. Najprostsza wersja to żucie wysuszonych liści zakupionych na bazarze. My wybraliśmy nieco bardziej wytrawny sposób- zaparzaliśmy te liście, robiąc sobie super herbatkę. Po takim dodatku do śniadania, nawet największa wysokość nad poziom morza nie była nam straszna. Dotarliśmy do 5 000 m.n.p.m.

Bez objawów altury (choroby wysokościowej). Po pięciu tygodniach codziennego picia koki trudno przestawić się na polski rytm. Na szczęście Daniel zakupił odpowiednią ilość herbaty. Może wystarczy do następnego wyjazdu...

Na Machu, jak i w wiosce w której zamieszkaliśmy, otoczyła nas europejskość. Świetna obsługa w restauracji, ceny w sklepie i kramy z wszelkimi "badziewiami świata" to wszystko z myślą o turystach. Ale oczywiście klimat peruwiańskiej swobody i lekceważenia białego człowieka, który "z natury jest dziwny", nadal były odczuwalne. I chyba właśnie ta mieszkanka kulturowa jest tak przyciągająca i ciekawa.  Wisienką na torcie był brak szyby w oknie w naszym pokoju hotelowym, zacinający się ogrzewacz do wody i hotelowe schody skrzypiące niczym kościelne organy. Wszystko przecudowne :)

Zejście z Machu do Peublo odbyło się w naszym wydaniu w tempie orient-expresu. Dlaczego? Dlatego, że Daniel był głodny. A jak głodny to zły i musi szukać pożywienia. Półgodzinne odstępstwo od rytmu dnia, jest w stanie zaburzyć normalny tok rozumowania i przyspiesza przebieranie stopami do możliwości nadczłowieka. Skąd tyle mocy i jak ją spożytkować w najlepszy sposób? Na te pytania chyba odpowiedź została udzielona na kolejnych biegach, przebieżkach i Spartanie... I kto by się spodziewał, że się kolega tak rozkręci!

Dogoniliśmy głodomora przy pierwszym miejscu, gdzie można było nabyć coś do przekąszenia. Zagłuszywszy wstępnie ssanie w żołądku, rozpoczął walkę z czasem o dostanie się do wioski, gdzie jest prawdziwe jedzenie.   Zresztą jak się okazało wielokrotnie, są osoby które żyją aby jeść, a jak nie jedzą to nie żyją i swoje "umieranie" głośno i dosadnie okazują współtowarzyszom. Najczęściej to prawdziwe chuderlaki, a ich przemiana materii jest na tyle rozkręcona, że gdyby w porę nie zjedli posiłku, to chyba strawili by własne ciało. Nic, tylko pozazdrościć... Ja się raczej nie strawię...

Zupełnie odeszliśmy od tematu Machu Picchu, a przecież to jedna z tych wielkich tajemnic- co tu było wcześniej, kto i po co wybudował taki potężny kompleks. Camino circularJakakolwiek by nie była prawdziwa prawda, to chyba każdy powinien wybrać tę wersję, która mu najbardziej odpowiada. Niech to będzie obserwatorium astrologiczne, dla tych którzy naukę kochają nade wszystko. Ci, którzy skorzy są do bardziej pragmatycznego myślenia niech wierzą, że to tajna siedziba wodza Inków, który wybudował sobie Machu Picchu jako letnią rezydencję i utrzymywał tu swoje mniej lub bardziej legalne żony. (czy prawie żony). Kto ubóstwia rolnictwo, niech traktuje te ruiny jako znakomity przykład myśli agrotechnicznej, z systemami nawadniania, uprawą i wykorzystaniem znakomitego położenia geograficznego. Wreszcie jeśli ktoś ma potrzebę, niech traktuje miasto jako świątynię wybudowaną dla bogów. I każdy będzie zadowolony, bo na poparcie swojej wersji znajdzie wiele potwierdzeń. A Machu Picchu niech dalej skrywa swój sekret, bo jest w tym widocznie jakiś cel.

Iwona Grzeżułkowska © 2011