Maroko

Szlak na Jabal Tubkal

Podróż do Maroka to nie wyprawa na Księżyc. Jednak autorzy przewodników turystycznych starają się wmówić swoim czytelnikom, że trudność obu jest porównywalna. Z wachlarza dobrych rad można stworzyć bajkę na temat żądnych krwi Marokańczyków, nagabujących biedne białe ofiary na każdym kroku, o niesłychanych upałach sprawiających, że nie można ustać na nogach, o toksycznym jedzeniu podawanym w restauracjach, braku higieny i braku tolerancji dla Europejczyków. Jednak to wszystko w rzeczywistości jest, jak zauważono wyżej- bajką.

Turyści...Przylecieliśmy na lotnisko w Marrakeszu pełni obaw i nieźle nastraszeni przez wszystkie mądre książki, jakie było nam dane przeczytać jeszcze w Polsce. Z lękiem rozejrzeliśmy się po sali przylotów, czy czasem ktoś nie będzie chciał nas napaść lub co gorsza zaprowadzić do dentysty... Dlaczego akurat do dentysty? Otóż w jednym z przewodników wyczytaliśmy, że tutejszym zwyczajem jest prowadzenie niczego nieświadomych turystów właśnie do stomatologa, bądź kogoś kto wydaje się mieć predyspozycje do tego zawodu.

Mury miasta

Obejrzawszy się dokładnie we wszystkie strony stwierdziliśmy, że co jak co, ale ten kraj wcale nie jest taki zacofany i barbarzyński, jak przypuszczaliśmy. Lotnisko wyglądało jak jeden z budynków przyszłości: nowe, betonowe, białe, czyste. Trochę wyglądem przypominało szwajcarski ser. W tym momencie ogarnął nas wstyd- bać się państwa dysponującego takim lotniskiem, i uważać je za barbarzyńskie. Jakie prawo mamy my, którzy tu przylecieliśmy z Wrocławia... Kto widział stare lotnisko we Wrocławiu, ten wie o co mi chodzi.

Wyjście z klimatyzowanego samolotu wcale nie było takie straszne, jak można się było spodziewać. Co prawda betonowa tafla lotniska rozgrzała się do białości, ale przecież nie leci się do Afryki żeby trząść się z zimna. Po załatwieniu wszystkich formalności związanych z przylotem, to znaczy wypisaniem kartek z adresem pobytu i wymianie pieniędzy, postanowiliśmy udać się do miasta. Na dobrą sprawę można było spokojnie pójść na nogach, bo lotnisko jest bardzo blisko.

Dywanolandia

Ale tego wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. Jak w każdym miejscu na świecie, trzeba po pierwsze wypatrzeć informację turystyczną. Można ją odnaleźć bez problemu. Ale problem pojawił się, gdy dochodzi do kontaktu z „pomocą turystyczną”. „Do you speak English?”- zapytałam grzecznie. Niestety pani w okienku po angielsku nie mówiła. Tylko francuski... a mój francuski jest, że tak powiem, słaby. Jedyne znane mi wyrażenie w tym języku to „merci”- jak czekoladki... Międzynarodowymi słowami i gestykulacją udało nam się jednak dowiedzieć gdzie są taksówki, a gdzie busy. Znaleźliśmy autobus do miasta, na plac Dżama el Fana. Oprócz nas wielu innych turystów wybrało ten sam środek lokomocji. Wspólnymi siłami odnaleźliśmy na mapie interesujące nas miejsce.

Na straganie, w dzień targowy (czyli codziennie)Apropos mapy, kupiliśmy ją na lotnisku. Była naprawdę wyjątkowa. Składała się i rozkładała jak origami. Niestety tylko trzy razy. Za czwartym podarła się i już nie chciała się więcej złożyć. Trzeba było ją więc pozgniatać tak, aby zmieściła się w kieszeni. Swoją drogą producent tej mapy musiał mieć naprawdę wielką wyobraźnię. Chyba że, z założenia, miała to być pamiątka turystyczna, a nie funkcjonalna pomoc w przemieszczaniu się po mieście.

Wysiedliśmy przy samym placu, który jest sercem starego miasta, czymś na kształt rynku i jednocześnie olbrzymiego targowiska. O każdej porze dnia i nocy Dżama el Fana wygląda inaczej. Stragany z lampionami najpiękniej wyglądają w nocyZmieniają się sprzedający, zmieniają się towary i usługi oferowane klientom. W ciągu dnia królują tu sprzedawcy ubrań, butów, garnków, dywanów i lampionów. Można też oglądać tańczące kobry i pełzające węże. Wieczorem, po zapadnięciu zmroku stragany z odzieżą są zamykane. Na plac natomiast wkraczają treserzy małp, sprzedawcy wody, wyciskacze soku pomarańczowego i restauratorzy. Później przychodzą opowiadacze historii, śpiewacy, bębniarze i znachorzy. Plac podzielony jest według branż. W jednej części stoją wszystkie restauracje, w innej na małych krzesełkach siedzą kobiety robiące tatuaże henną, dalej znachorzy i zielarze sprzedają swoje specyfiki: skóra jaguara, róg antylopy, maskara do rzęs, pumeks... Dla każdego coś dobrego.

Zakupowy szał

Dżama el Fana powitało nas zapachem potu i moczu. Wyciągnęliśmy przewodnik z opisem, jak trafić do hotelu. Opis brzmiał mniej więcej tak: „Stojąc na północno- wschodnim krańcu placu, przodem do urzędu pocztowego, a bokiem do Meczetu Kutubija...”. Gdzie jest północny wschód? Chyba wyglądaliśmy na zagubionych, bo podszedł do nas nastolatek i zaproponował pomoc. Bezpłatną! A ponoć wszyscy Marokańczycy to materialiści- kolejne kłamstwo przywiezione w przewodniku. Pokazał, gdzie mamy się udać. Trafiliśmy bez większych problemów. Chcieliśmy co prawda spać w hotelu zachwalanym przez polskich turystów, ale zostały tam tylko miejsca na dachu. Są tańsze, ale śpi się bezpośrednio na dworze, bez ochrony przed ewentualnym deszczem, no i bagaże przez cały dzień musiałyby zostać bez opieki.

W drogeri

W tych bagażach naturalnie nie mieliśmy żadnych wartościowych rzecz, więc cóż moglibyśmy mieć- dwie pary spodni trekingowych, buty ponad kostkę, klapki pod prysznic, polar, kurtka przeciwdeszczowa, stos leków „na wszelki wypadek” i oczywiście najważniejsze lekarstwo w Afryce- 0,7l na głowę. Jedna butelka jeszcze z Polski, pozostałe kupiliśmy na lotnisku w Gironie. Polecam gorąco tak zwany „termosik”- aluminiowa butelka lepiej i lżej przewozi się niż szklana- zapewne wszyscy wiedzą o jakiej firmie mowa...

Nasz hotel

Nasz hotel to „Aday”. Malutki, ale czysty. Ściany wyłożone małymi kafelkami. Łazienki przyzwoite. Na dachu leżeli już rozłożeni turyści. My wzięliśmy sobie trzyosobowy pokój. Na szczęście było w nim okno, ale nawet ono nie obniżyło temperatury wewnątrz. Nie przesadzam, ale musiało być tam koło 50 stopni. Trzeba było spać przy otwartych drzwiach, a i tak oddychanie w nocy sprawiało spory problem. W hotelu znów okazuje się, że przewodniki nie mówią prawdy. Ponoć Maroko nie jest miejscem do którego powinny przyjeżdżać samotne kobiety. Będą wystawione na zaczepki i napastliwość tutejszych mężczyzn. Głupawka...Tymczasem w naszym hotelu większość pokoi zajmują panie. Najwięcej jest Francuzek. Mieszkają po trzy, cztery w pokoju. I widać, że świetnie się bawią. Maroko było niegdyś kolonią francuską i do dziś cieszy się ogromną popularnością właśnie wśród Francuzów. Wiedzą, że spokojnie dogadają się w swoim ojczystym języku. My z naszym francuskim mamy pod tym względem pewne kłopoty. Właścicielka „Aday” na szczęście mówiła po angielsku. Oprowadziła nas po pokojach, pokazało gdzie co jest, że można u niej kupić wodę do picia i wynająć samochód. Póki była sama, można się było z nią spokojnie dogadać. Później, kiedy przyszedł jej szwagier, to on wiódł prym w hotelu. Kobieta miała już niewiele do powiedzenia.

Jeden z bazarów na Dżama el Fana

Zostawiliśmy rzeczy w pokoju i poszliśmy zapoznać się z miastem. Wąskie, kręte uliczki wypełnione były po brzegi sklepikami, kramami, lokalami usługowymi- to tak zwane „suki”. W sklepach największą popularnością cudzoziemców cieszą się woda mineralna i papier toaletowy... Ubrania oddają klimat tutejszej kultury. Zwiewne i kolorowe bluzy, bluzki, sukienki. Dużo butów- najbardziej charakterystyczne są skórzane klapki. Męskie w kolorze żółtym i damskie w kolorze czerwonym. Charakterystyczne nie znaczy ładne, więc jakoś się na nie nie daliśmy namówić. Ale oglądaliśmy. Paweł tymczasem jakby się zgubił. Dogonił nas, gdy już byliśmy przy wozach z sokiem pomarańczowym. „Wiecie gdzie byłem?”- zapytał z triumfem. Nie wiedzieliśmy, bo niby skąd mielibyśmy wiedzieć. „U dentysty, ale udało mi się uciec”. Okazało się, że gdy ja przymierzałam klapki, Pawła jakiś tubylec zaprowadził do małego pokoiku pełnego buteleczek. Czy to był dentysta, tego niestety nie dowiemy się już nigdy, ale na szczęście ze wszystkimi zębami Paweł wrócił do nas.

Ten sprzedawca chyba nie lubi zdjęć

Wędrując uliczkami można przypatrzeć się jak pracują tutejsi rzemieślnicy. Jedno z najciekawszych zajęć to produkcja pamiątek ze zużytych opon samochodowych. Pocięte na wąskie paski opony przetwarzane są na ramki do obrazów, lustra, a nawet wiaderka. Jak daleko ciągną się suki w głąb miasta, nie wiadomo. Zgubiliśmy się gdzieś po drodze i kręciliśmy się wchodząc w coraz węższe i ciemniejsze zaułki. My, fanatyczni zwolennicy higieny i przepisów Unii Europejskiej, zadziwieni byliśmy sposobem sprzedaży mięsa. Leżało ono sobie spokojnie na kawałkach gazet, w czterdziestostopniowym upale, pokryte czarną warstwą much i innego rodzaju robactwa. Tylko niektórzy sprzedawcy byli na tyle ruchliwi, by odganiać pasożyty kawałkami kartonu. Jeszcze nie czuliśmy się wystarczająco pewnie, gdy wszyscy nawoływali nas do oglądania swoich wyrobów. Baliśmy się, że będziemy musieli coś kupić. Chodziliśmy więc we trójkę, starając się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego ze sprzedającymi. Paweł chyba jednak nawiązał, bo trzy razy dostał propozycję kupienia haszyszu...

Znudzony sprzedawca ślimaków

Wieczorem najpiękniej wyglądają sklepiki z lampionami. Świecą wszystkimi barwami tęczy. Kiedy zapadł zmrok weszliśmy na dach jednej z restauracji, aby obejrzeć plac z góry. Marketing dotarł tutaj na długo przed nami. Wchodząc trzeba kupić sobie coś do picia u kelnera. Potem trzeba znaleźć sobie miejsce przy stoliku i można posiedzieć. Mariusz biegał z aparatem i fotografował wszystko, co było w zasięgu obiektywu. Meczet Kutubija, restauracje na kółkach, małpy biegające pomiędzy turystami... Nęceni dźwiękami dochodzącymi z placu zeszliśmy na dół i kręciliśmy się po zatłoczonych uliczkach. Wszystko było nowe i dziwne. Dziwny był na przykład ten człowiek, który smętnie grzebał chochelką w garze ślimaków...

W części restauracyjnej dociera do nas zaproszenie „Dobra, dobra zupa z bobra”, a za chwilę: „Robert Makłowicz, zapraszam do restauracja!”. „Do restauracja, zapraszam!”- dzisiaj nie, jutro przyjdziemy. Jutro- to nie jest dobra wymówka w Maroko. Sprzedawcy zapamiętują twarze, i najpewniej następnego dnia kiedy będziesz obok nich przechodził wciągną cię do swojego kramu, bo przecież obiecałeś. A tutaj słowo droższe pieniędzy. Chociaż chodzi oczywiście o pieniądze, a nie o słowo.

Praca

Później powędrowaliśmy w stronę opowiadaczy historii. O czym mówili, nie mamy zielonego pojęcia. Ale trzeba im oddać, że widowisko robili przy tym wspaniałe. Najczęściej opowiadali starsi panowie, niektórzy z nich podśpiewując. Można sobie tylko wyobrazić, o jakich to wojnach ze strasznymi potworami mówią ich legendy. Na szczęście według oficjalnych danych najstraszniejsze w tym rejonie potwory, czyli lwy, wybito w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Nie ma się więc czego obawiać. Chyba...

Jedno trzeba jednak oddać „dobrym radom”, które studiowaliśmy przed wyprawą. Papieru toaletowego nie ma w żadnej marokańskiej toalecie. Jak nie nosisz ze sobą, to musisz kombinować. Nie jest to jednak cecha jedynie krajów afrykańskich, nasza polska rzeczywistość pod tym względem jest bardzo podobna. Przezorność kazała nam się zabezpieczyć w tę namiastkę luksusu i jeszcze na lotnisku w Gironie nabraliśmy żelaznych zapasów szarego papieru. Z nadzieją oczywiście, że w sklepach w Maroku będzie można dokupić, jeśli zabraknie.

Zespół muzyczny w restauracji

Na koniec dnia należała nam się dobra kolacja. Wybraliśmy tę restaurację, która wyglądała na najlepszą przy całym placu. Najpierw weszliśmy tylko się rozejrzeć, ale po odwiedzeniu pozostałych lokali jednogłośnie orzekliśmy, że zjemy w tej najlepszej. Paweł na tę okoliczność wyjął nawet dodatkową gotówkę z bankomatu. Do środka wprowadził nas kelner. Zupełnie europejski kelner. Oprowadził po sali, pokazał klimatyzację, oraz zespół bo kolacji towarzyszyła muzyka na żywo. Pierwsze dźwięki, jakie popłynęły z ust dwóch młodych mężczyzn rozłożonych leniwie na dywanie pod ścianą sprawiły, że Paweł stanowczo zaprotestował przed takim sposobem spędzania wolnego czasu. Oświadczył też, że jeżeli kolejna piosenka będzie brzmiała podobnie, on tego nie wytrzyma. Na szczęście wywołujące ciarki na plecach melodie ustępiły miejsca łagodniejszym klimatom. Może miały one pełnić funkcję aperitifu...

Karta dań wyglądała tyleż zachęcająco, co niezrozumiale. Czegokolwiek by nam podali, zapewne nie bylibyśmy w stanie odgadnąć co to jest. Kuskus- to jedyne znane nam słowo. Paweł nie ryzykował zatem i wybrał- kuskus. Z czym? Z tym- pokazał palcem w kartę. Aha. Mariusz wybrał marakiję- to rodzaj mięsa z przyprawami, podawany w glinianej miseczce z piramidową pokrywką. Naczynie było tak gorące, że potrawa w środku aż skwierczała. Dla mnie kurczak z "czymś” i cytryną. Nie przesadzam, ale dawno nie jadłam czegoś tak dobrego. Ale czegoś, co smakowało by w ten sposób nie jadłam nigdy w życiu. Przyprawy były zupełnie różne od tych dostępnych u nas. Obyczaje w restauracji też były nieco odmienne.

Restauracyjne koty:)

Wszędzie siedziały koty. Mnóstwo kotów. Dużych, małych, średnich, czarnych, białych i w paski. Jeden siedział na krzesełku przy naszym stoliku i czekał, aż podzielimy się z nim posiłkiem. Kocia mama leżała pod moimi nogami, a pod stolikiem bawił się jej mały syn. Nikogo to nie dziwiło, no może oprócz Mariusza, który nie przepada za zwierzęcym towarzystwem w czasie posiłków. Ciekawe na ile ta kocia obecność jest uwarunkowana względami kulturowymi, a na ile sympatią właścicieli restauracji do czworonogów. Warto jednak dodać, że przyglądając się miastu, można zobaczyć, że koty rzeczywiście czują się tu jak w raju. Za to nie ma w ogóle psów. Jedyne dwa egzemplarze jakie udało mi się dostrzec, to francuski pudelek prowadzony na smyczy przez swoją europejską panią i ubrany w sweterek ratlerek, też europejski i też na smyczy.

Po właściwym posiłku czas na deser. Czy chcieliśmy spróbować tutejszych słodkości? Jasne, że tak. Talerz dla każdego. To zdecydowanie za dużo, lepiej wziąć jeden talerz słodkości i jeść je wspólnie, bo są bardzo słodkie- to taka dobra rada w rodzaju tych z przewodników. Do tego najpopularniejszy napój w Maroku- miętowa herbatka. Podawana jest po każdym posiłku, ma za zadanie wyregulować procesy przemiany materii. Bardzo słodka i bardzo gorąca. Do stolika kelner przyniósł ją w srebrnym dzbanuszku i przelewał do malutkich szklaneczek z wysokości około pół metra. Pewnie strumień cieczy miał się w czasie tej drogi schłodzić lub napowietrzyć, żeby był smaczniejszy. Herbata podawana jest w każdej restauracji, i najczęściej jest wliczona w cenę głównego dania.

 

 

Ciężka noc i "odkażanie"

Pachnący jedzeniem plac

W naszym pokoju, tak jak się spodziewaliśmy- plus pięćdziesiąt stopni! Kładliśmy się do łóżka tuż po zimnym prysznicu, a po piętnastu minutach znów byliśmy cali mokrzy. Rano pobudka skoro świt. A że świt nie nastaje tu zbyt prędko, to można było się wyspać. Jedyna korzyść z tego nocnego skwaru to fakt, że ubrania szybko wyschły po praniu. Pachnący i świezi dotarliśmy do najgorszej części każdego poranka. Mycie zębów przestaje w Maroku być zwyczajną czynnością. Po pierwsze nie wolno brać do ust nieprzegotowanej wody z kranu. Zużyliśmy więc wodę z butelek, niegazowaną naturalnie. była tak ciepła, że pewnie przy odrobinie szczęścia można by zaparzyć w niej herbatę. Po myciu zębów pora pójść na śniadanie. Jak każdy posiłek w obcym klimacie i obcej florze bakteryjnej, trzeba go poprzedzić dezynfekcją. Nic nie działa na człowieka bardziej orzeźwiająco niż szklaneczka gorącej wódki z termosika... bleeeeehhhh

Zielono, kolorowo, zupełnie jak w Polsce, nawet kwiatki takie same

Wyszliśmy na plac i wybraliśmy najbliższą restaurację. „Odkażeni” nie mogliśmy doczekać się, aby wziąć do ust coś innego niż alkohol. Dostaliśmy świeżo wyciskany sok z pomarańczy, kawę, bułeczkę, miód, masło i coś, co chyba było dżemem. Nawet jeśli nie było dżemem, to wolałabym nadal myśleć, że to jednak był dżem. Po posiłku naturalnie druga porcja dezynfekcji. Picie alkoholu to nie taka prosta sprawa. Byliśmy w czasie ramadanu, kiedy Muzułmanie nie piją żadnych napojów alkoholowych, a skoro oni nie piją to też i innym pić nie pozwalają. W supermarkecie dział z wyskokowym towarem oddzielony był kratą i zamknięty na cztery spusty, aż do zakończenia świętego miesiąca. Restauracje także nie serwowały niczego alkoholowego. My staraliśmy się nie prowokować niepotrzebnych spięć i piliśmy w pokoju, lub zmieszany z colą.

Kutubija

Meczet Kutubija

Zaczęliśmy zwiedzanie. Pierwszym zabytkiem, który odwiedziliśmy był Meczetu Kutubija. Jest on niedaleko placu. Doskonale widoczny z każdej części miasta, najwyższy minaret w Marrakeszu. Zwiedzanie polegało na wyszukaniu wystarczającego kawałka cienia na ławce pod meczetem i zalegnięcie na niej. Do środka niewiernym wejść nie można. Dookoła obchodzić go nie ma po co, bo przecież i doskonale go widać było i z naszego hotelu i z okien autobusu jadącego z lotniska. No to czytaliśmy, co ciekawego na temat meczetu powie nasz przewodnik. Na samym szczycie minaretu są trzy złote kule ułożone jedna na drugiej. Według podania kule te są darem córki jednego z władców Maroka, która nie dochowała zasad ramadanu i zjadła w ciągu dnia trzy winogrona. Był to czyn na tyle haniebny, że oddała całą swoją biżuterię i kazała przetopić ją na ozdobę świątyni. 

Jedzenie i picie w czasie świętego miesiąca rzeczywiście są dokładnie przestrzegane przez muzułmanów. Przez cały dzień nie wolno im wziąć do ust niczego- jedzenia ani picia, nawet kropli wody w pięćdziesięciostopniowym skwarze. Nie wolno im też palić papierosów ani cygar. Ale zaraz po zapadnięciu zmroku rozpoczynają się prawdziwe uczty.

Marakesz- zwiedzanie miasta

Koty w grobowcach Sadytów

Zapuściliśmy się w głąb miasta, żeby zobaczyć grobowce Sadytów, muzeum sztuki marokańskiej i szkołę koraniczną. W grobowcach panował tak niesamowity upał, że nawet patrzenie sprawiało ból. Zresztą na dobrą sprawę nie było tu zbyt wiele do oglądania. Kilka budowli z płytami nagrobnymi, wszystko wyklejone małymi kafelkami- podobnymi do tych, które są w naszym hotelu. Furorę zrobiły za to koty, które siedziały tu sobie i oglądały turystów. Nie wiem jak z grobowcami, ale z kotami ma zdjęcie każdy z nas. 

Okienko w szkole koranicznej

Muzeum było kawałek dalej. Czego się spodziewaliśmy? Na pewno nie tego, co zastaliśmy w środku. Muzeum jest zbiorem współczesnych dzieł sztuki marokańskiej. A sztuka współczesna na całym świecie jest podobna, niezrozumiała. Było to jednak najlepsze muzeum w jakim kiedykolwiek byliśmy. Nawet Paweł, który na co dzień pracuje jako kustosz muzeum w Kielcach przyznał, że to było wyjątkowe. W środku wielka sala, dookoła której ustawione były sofy, na których można było spokojnie odpocząć. Na centralnym miejscu pomieszczenia fontanna z zimną wodą. Klimatyzacja. Zdjęliśmy buty i cieszyliśmy się w miarę zimną podłogą, ozdobioną oczywiście kafelkami.

Na koniec szkoła koraniczna. Niegdyś rzeczywiście pełniła taką funkcję. Dziś to tylko budynek do zwiedzania. Można obejrzeć maleńkie sypialnie, w których nie wiem jakim cudem mieściły się niegdyś trzy posłania. Ściany szkoły to prawdziwe arcydzieło rzeźbiarskie. Budynek jest labiryntem pokoików i korytarzyków, których okna wychodzą na wewnętrzny dziedziniec. W środku stoi duży zbiornik z wodą, w którym zrozpaczeni turyści z Niemiec moczyli nogi.

W muzeum...

Było coraz goręcej i nie mieliśmy już nawet siły myśleć. Ale na małe zakupy zawsze znajdzie się trochę siły. Poszliśmy na suki. Nadal staraliśmy się nie łapać kontaktu wzrokowego ze sprzedawcami. Paweł znowu złapał...Weszliśmy do jednego ze stoisk i wplątaliśmy się w rozmowę. Na szczęście były tam czajniczki i szklanki do herbaty. Wybrałam taki, który podobał mi się najbardziej. Do tego cztery szklaneczki i tackę. Sprzedawca chciał od nas 900 dirhamów. Zdecydowanie za dużo. Kiwałam głową i chciałam wyjść ze sklepu. „Momento, momento, what is your price?”- zapytał sprzedawca. Tak zaczęła się długa licytacja, w której najwidoczniej kobiety nie mają zbyt wiele do powiedzenia.

Zostałam przemalowana na kobietę z gór

Zostałam wyprowadzona na zaplecze, a sprzedawca negocjował z chłopakami. Licytacja zakończyła się na 150 dirhamach. Specjalnie dla Polaków, bo Polacy „no money”. „German are rich, Poland no”- wytłumaczył nam sprzedawca. Ale to nie wszystko. Sprzedawca stwierdził, że muszę sobie kupić kolczyki, i najlepiej jeszcze bransoletkę. Kolejne 750 dirhamów. Za dużo, i negocjacje rozpoczęły się na nowo. Zapłaciliśmy rozsądną cenę- mniej niż jedna trzecia tego, co początkowo chciał sprzedawca. Zaprowadził nas jeszcze do sklepu swojego brata, żebyśmy kupili ubrania, a potem do jubilera.

Wieczorem postanowiliśmy iść na kolację na plac do jednej z wielu restauracji. Oczywiście jedzenie na targowisku wiąże się z niebezpieczeństwem, że będzie ono mniej higienicznie przygotowywane niż w restauracji. Dlatego „odkaziliśmy” się przed wyjściem z hotelu. Mariusz z Pawłem strategicznie wybrali restaurację do której pójdziemy.

Kolacja un "czystej siostry"

Wygrała „czysta siostra”. Takim zapewnieniem zachwalił swoją restauracyjkę „naganiacz”. Tłumaczył nam, że wszyscy mają brudne jedzenie i brudne ręce, ale u niego pracuje jego siostra. A ona jest czysta. Siostra może i czysta, ale jej włos na talerzu Mariusza, choć czysty, nie znalazł naszej sympatii. Jedzenie najogólniej rzecz biorąc, bezsmakowe w porównaniu z wczorajszą kolacją...

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od spaceru do sławnych ogrodów Marrakeszu. Żeby do nich dojść, trzeba było iść wzdłuż murów starego miasta jakieś 2 kilometry. Doszliśmy do ogrodów. Jedna brama zamknięta. Druga brama zamknięta. Trzeciej nie widać, a przy czwartej stoi strażnik. Cała w nim nadzieja. Żeby dojść do bramy ze strażnikiem trzeba było przejść ogromny plac, który zapewne pełni w inne dni funkcję parkingu. Strażnik naturalnie „no English”, więc po francusku zrozumieliśmy, że ogrody są akurat zamknięte, jutro też będą zamknięte i pojutrze także. Dopiero w piątek je otworzą. Ale w piątek już nas tu nie będzie... No i nie zobaczyliśmy sławnych ogrodów.

Modlitwa

Wróciliśmy więc do miasta i zagłębiliśmy się w stragany. Tym razem wylądowaliśmy w zielarni. Kupiliśmy przyprawy, maskarę do rzęs, krem z roku antylopy, wykałaczki z anyżu i zieloną herbatkę. Sprzedawca pokazał nam też, w jaki sposób malują się berberyjskie kobiety. „My shop is your shop!”- powiedział na pożegnanie.

Wieczorem udało nam się przyjść na plac równo z zachodem słońca. Pod meczetem rozpoczynała się modlitwa. Setki mężczyzn i chłopców rozkładało swoje dywaniki w równych rzędach na placu przed świątynią. Modły trwają jakieś 15 minut. Dookoła kłębił się tłum gapiów. Gdyby chrześcijanie byli tak zafascynowani swoją religią...

W części restauracyjnej Dżama el Fana panowała cisza. Sprzedawcy i wyciskacze soku opuścili swoje miejsca pracy i siedzieli z tyłu, w grupkach kilkuosobowych na zasłużonym posiłku. To najciekawsza pora dnia. Nikt się nami nie interesował. Chodziliśmy sobie spokojnie nawiązując kontakt wzrokowy ze wszystkimi. Z uśmiechem życzyliśmy wszystkim smacznego.

Taniec brzucha

A ogrody były zamknięte...

Postanowiliśmy poszaleć i pójść na kolację do najbardziej ekskluzywnej restauracji w mieście. Najbardziej ekskluzywnej- z tych tańszych oczywiście. Pod placem wzięliśmy taksówkę, i jak zwykle przepłaciliśmy. Pokazaliśmy kierowcy adres lokalu. Minęliśmy luksusowe wille, zielone ogrody, drogie samochody. Zupełnie nowe oblicze Marrakeszu. Podjechaliśmy pod lokal naszym zdezelowanym peugeotem. Wejścia do klubu pilnowało dwóch rosłych ochroniarzy w czarnych garniturach. Właśnie wtedy zabrakło nam odwagi. Wyglądaliśmy nie do końca jak bywalcy drogich lokali. Panowie ubrani byli w krótkie spodenki, sandały lub adidasy założone bez skarpetek. Do tego makabrycznie wygnieciona zielona koszula Pawła i efekt piorunujący. Mariusz z powątpiewaniem mówi, żebyśmy zawrócili, bo na pewno nas tu nie wpuszczą. Ale skoro już przyjechaliśmy, to warto chociaż zapytać. Otworzyłam drzwi, ochroniarz pomógł mi wysiąść. Zapytałam czy mamy szanse, żeby wejść do lokalu. Jasne, nie ma problemu. Zatem decyzja podjęta, weszliśmy. Panowie zostali sprawdzeni wykrywaczem metalu, czy czasem nie wnoszą ze sobą broni. Nie wnosili. W środku naszym oczom ukazał się zapierający dech w piersiach widok. Schody niczym z „Przeminęło z wiatrem”, kryształowe żyrandole, i kelnerki- jedna piękniejsza od drugiej, ubrane w bardzo drogie stroje. I zaskakujące pytanie- „Czy mają państwo rezerwację?”. A czy wyglądamy jakbyśmy mieli? Jasne, że nie mamy. Jedna z kelnerek zaprowadziła nas zatem na patio, gdzie mogliśmy napić się drinka gdy będą nam przygotowywać stolik. Drinka, takiego prawdziwego, z alkoholem. Zamówiłam martini. Za drinki płaci się od razu, a płaci się słono- 200 dirhamów. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy wystarczy nam pieniędzy na jedzenie. Subtelnie policzyliśmy ile mieliśmy gotówki. Paweł w tym celu musiał udać się do toalety. Przeliczyłam i wyszło, że mamy tysiąc dirhamów, więc powinno wystarczyć.

Tymczasem zaproszono nas do stolika. Karta dań wyglądała obiecująco. Zamówiliśmy harirę (tradycyjna zupa) i marakiję. Do tego butelka wina. Najtańszego oczywiście nie ma, musieliśmy wziąć więc nieco droższe. Jedzenie nie było takie smaczne jak w pierwszej restauracji, ale tutaj była atmosfera. Mariusz stwierdził, żebyśmy jedli najwolniej jak potrafimy, bo musimy doczekać do tańca brzucha. Więc jedliśmy bardzo wolno. Ale tańca jak było tak nie było. Powoli straciliśmy nadzieję, gdy nagle koło 23.00 światła zgasły, zaczęła grać muzyka i ze schodów z „Przeminęło z wiatrem” zeszły dwie kobiety w wieku około 40 lat. Każda z nich miała na głowie wielką srebrną tacę, a na niej mnóstwo zapalonych świec. Za nimi zeszło osiem młodziutkich tancerek w srebrno białych zwiewnych strojach. Zaczęły tańczyć po całej sali. Paweł miał strategiczne miejsce po wewnętrznej stronie stołu- tancerki podchodziły do niego i muskały delikatnie.„I wtedy spociłem się po raz pierwszy”- opowiadał później Paweł. Występ był naprawdę niesamowity. Choć potem na zdjęciach okazało się, że tancerki wcale nie były takie młodziutkie. Nasza kelnerka, bo każdy stolik miał swoją kelnerkę, przyniosła nam rachunek. 880 dirhamów. Phi, wyciągnęliśmy pieniądze i wtedy okazało się, że mieliśmy tylko 830... zabrakło nam 50 dirhamów. Ups. „I wtedy spociłem się po raz drugi”- dodaje Paweł. Szybko zaczęliśmy myśleć co zrobić. Żadne z nas nie wzięło ze sobą karty kredytowej, ani nawet dowodu osobistego. Zawołałam kelnerkę i wytłumaczyłam, że nie wzięłam portfela z hotelu i muszę po niego pojechać. A ona na to, że przecież przyszłam z mężczyznami, więc po co mi portfel. Hm, no oni też nie wzięli... Powiedzieliśmy więc, że zabrakło nam pieniędzy i musimy po nie pojechać, ale Paweł chętnie zostanie w zastaw. Kelnerce pomysł się spodobał. Paweł został...

Taniec brzucha

Wyszliśmy z Mariuszem z restauracji. Ochroniarze żegnali nas i zapytali, czy chcemy taksówkę. Chcieliśmy- stąd do hotelu było jakieś 6 kilometrów. Ochroniarz zawołał na kierowców. W taksówce Mariusz negocjował cenę przejazdu. Znów 30 dirhamów, ale chcieliśmy na plac Dżama el Fana i „return”. „No problem”. Po jakiś pięciu minutach zapytałam Mariusza, czy ma klucze do pokoju. Nie miał i ja też nie miałam. Zostały u Pawła. Tłumaczyliśmy więc taksówkarzowi, żeby wrócił. Zawrócił na środku drogi, zupełnie nie przejmując się innymi autami. Pod lokalem ochroniarze znów otworzyli mi drzwi i nico zdziwieni powitali ponownie. Powiedziałam im, że zapomniałam kluczy. „No problem”- odrzekli. Weszłam do restauracji. Paweł siedział zgarbiony nad rachunkiem i malował sobie coś na kartce. „Co malujesz?”- spytałam. Wystraszył się bardzo i powiedział: „Nic, staram się nie patrzeć na tą kelnerkę, bo nabija się ze mnie razem ze swoimi koleżankami”. Powiedziałam mu, że nie wzięliśmy kluczy. Paweł podsumował to krótko „Sheet!”. Zabrałam klucze i wyszłam z restauracji. Znów pożegnałam się z ochroniarzami.

Dotarliśmy do placu i wytłumaczyliśmy, gdzie jest nasz hotel. Okazało się jednak, że wieczorem nie można wjeżdżać na plac. Stąd do hotelu była jakiś kilometr lub półtora. Mariusz pobiegł po pieniądze, a ja czekałam w taksówce, żeby nam nie uciekł tak wspaniale wynegocjowany samochód... W środku modliłam się tylko o to, żeby mnie gdzieś nie wywiózł. Nagle taksówka ruszyła, a ja miałam łzy w oczach. To już koniec... Ale taksówkarz wypatrzył Mariusza, który już biegł z powrotem z hotelu. Mariusz był mokrusieńki, zupełnie jakby dopiero co wyszedł spod prysznica. Rzucił mi pieniądze na kolana i nie odezwał się ani słowem, nie miał siły żeby powiedzieć choćby jedno słówko. Pojechaliśmy. Pod restauracją ochroniarz znów otworzył mi drzwi. Wysiadłam z uśmiechem i powiedziałam, że zapomniałam wziąć przyjaciela. W sumie nawet się nie zdziwił. Weszłam do środka, zostawiłam pieniądze, zabrałam Pawła, który pewnie „spocił się po raz trzeci”. Pojechaliśmy na Dżama el Fana. Mariusz wypił trzy szklanki soku pomarańczowego... Mieliśamy dość! Ale za to teraz mamy co opowiadać.

W stronę Afryki Zachodniej

Kolejny dzień zaplanowany był jako wyjazd poza miasto. Chcieliśmy wypożyczyć sobie samochód i pojeździć po okolicy. Właściciele naszego hotelu nie mieli konkurencyjnych cen za auta, więc w końcu dogadaliśmy się z Jamirą- właścicielką hotelu obok. Zapłaciliśmy za samochód bez kierowcy i dostaliśmy wóz terenowy: sraczkowato- zieloną Lancię. Musieliśmy ją najpierw zatankować, a potem włączyć się do ruchu- o jedno i drugie było dość skomplikowanym zadaniem. Przepisy ruchu drogowego, nawet jeśli jakieś tu są, na pewno nie obowiązują. Zakazy, nakazy- każdy i tak jeździ jak chce. Nie wolno tylko przekraczać dozwolonej prędkości, w mieście maksymalnie 60, poza miastem 90 na godzinę. Reszta jest milczeniem.

Droga krajowa

Ruszyliśmy w góry, w stronę Afryki Zachodniej i pustyni. Z mapy wyglądało na to, że jedziemy drogą krajową- jedną z dwóch dróg krajowych w Maroko. Zza okna nie wyglądało jednak jakobyśmy jechali drogą krajową. Ale co kraj to obyczaj i pewnie obowiązują inne wyobrażenia głównych tras komunikacyjnych. Minęliśmy kolejne drogowskazy z napisami w tutejszym języku. Podróż trwała kilka godzin, zmieniały się drastycznie wysokości. W pewnym momencie Paweł krzyknął: „Stójcie!”. Musiał wysiąść. Jego skóra miała barwę sino-blado-koperkową i dalsza jazda mogłaby się naprawdę źle skończyć.

W środku miasta

Chcieliśmy zwiedzić najstarsze marokańskie miasto z czerwonej gliny. To, gdzie kręcono „Gladiatora” i „Klejnot Nilu”. Z przewodnika wynikało, że to największa atrakcja turystyczna. Tę atrakcję zwiedzało łącznie sześć osób- razem z nami oczywiście. Miasto jest rzeczywiście piękne. Żeby się do niego dostać trzeba przejść przez rzekę. Byliśmy podczas pory suchej, więc szliśmy po rzece kamieni. Przed miastem pasł się osiołek, a wejścia do bramy pilnował jeden z mieszkańców. Wziął od nas opłatę za wstęp. Do dziś domy ma wewnątrz miasta kilka rodzin. Żyją z handlu pamiątkami i oprowadzania turystów. Oprowadzają kogo chcą i kiedy chcą. Do nas dołączył się jedyny chyba, nie śpiący w południe, Marokańczyk i prowadził nas do budynku, który jeśli dobrze zrozumieliśmy po francusku był niegdyś kuchnią. Pokazał nam jak się produkowało tu mąkę, gdzie był piec, a gdzie komin. Daliśmy mu kilka pieniążków i nasz przewodnik zniknął tak samo niespodziewanie jak się pojawił. Zostaliśmy sami. Wałęsaliśmy się po uliczkach, wchodziliśmy na mury obronne.

Całość miasta zbudowana jest z gliny i pędów jakiejś rośliny- trzciny zapewne. Co dziesięć lat mury muszą być odrestaurowywane, bo inaczej na tym palącym słońcu po prostu miasto zamieniło by się w proch. Na samej górze jest znakomity punkt widokowy.

Niebieskie chusty- obowiązkowa pamiątka z Maroko

Ważną pamiątką z tej części Maroka są niebieskie chusty na głowę. Chronią przed upałem Ludzi Pustyni. Poza tym mają naprawdę oryginalny kolor i chętnie są kupowane przez przyjezdnych. Ciekawe pamiątki to także kamienie znajdywane przez tubylców. W środku mają niesamowicie czerwony kolor. Kiedy jechaliśmy autem, po obu stronach drogi ustawione były stragany z tymi właśnie dobrami natury. Sprzedawcy zapewne wiedzą, kto jeździ sraczkowato- zielonymi Lanciami, więc wybiegają niemal pod koła, aby pokazać swoje skarby.

W to miejsce warto wziąć ze sobą gotówkę. Jako, że liczyliśmy na możliwość zapłacenia kartą kredytową- nie mieliśmy za co zjeść obiadu w restauracji. Za kilka drobnych, jakie udało nam się znaleźć w kieszeniach kupiliśmy coś na ząb w sklepiku. Rozłożyliśmy się na dworze i pałaszowaliśmy. Oczywiście zeszło się sporo kotów po swoją porcję.

Paweł i jego "akwarium"

Wracając chcieliśmy sobie zrobić zdjęcie z leżącymi przy drodze wielbłądami. To zresztą jedyne wielbłądy, jakie w ogóle zobaczyliśmy w całym kraju. Mariusz zwolnił, a ja miałam pstryknąć zdjęcie. Nie zdążyliśmy się jeszcze zatrzymać, a przy aucie już znalazło się kilkoro dzieci z wyciągniętymi rączkami po opłatę za zdjęcie. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na herbatkę. Powitano nas miło w knajpce przy szosie. Pawła herbata wyglądała jak istne akwarium z żywo-zielonymi, wystającymi ze szklanki gałązkami. Ja wolałam nie ryzykować. Zamówiłam colę. Wyszliśmy na dach, właśnie zapadało słońce. Marokańczycy mogli zacząć jeść. Nikt się nami nie interesował. Było cicho...

Mieliśmy odstawić samochód na stację benzynową skąd go wzięliśmy. Zaparkowaliśmy auto i rozglądaliśmy się za człowiekiem, który wynajął nam Lancię. Mimo że była już umówiona godzina, naszego znajomego nie było widać. Chodziliśmy bezładnie po stacji. Dopiero po pewnym czasie Mariusz zorientował się, że nie jesteśmy na tej samej stacji, co rano. Okazało się, że pomyliliśmy uliczki. Na szczęście udało nam się trafić we właściwe miejsce. Oddaliśmy samochód i w sumie nawet się na nas nie gniewano. Umówiliśmy się od razu na jutro, żeby wynająć samochód z kierowcą. Kolejnego dnia mieliśmy dotrzeć do wioski, z której udalibyśmy się na Dżabal Tubkal.

Wnętrze meczetu

Wyjechaliśmy następnego dnia rano i jechaliśmy drogami podobnej jakości co poprzednio. Chcieliśmy przy okazji coś jeszcze zwiedzić, kierowca zawiózł nas więc do średniowiecznego meczetu. To dzieło sztuki marokańskiej i jedyny meczetem w tej części państwa, do którego mogą wejść niewierni. Do każdego innego meczetu osoba nie będąca muzułmaninem może wejść tylko za specjalnym zaproszeniem i zgodą. Do tego mogliśmy wejść za drobną opłatą- 10 dirhamów. Meczet był rzeczywiście piękny. Nie miał co prawda dachu i nie odbywają się już w nim modlitwy, ale i tak zrobił na nas wrażenie. Chłopiec, który wpuścił nas do środka niestety nie znał angielskiego, ale nasz kierowca swobodnie oprowadził nas po budowli. Tłumaczył co gdzie się znajduje, gdzie w czasie modłów stoi prowadzący ceremonię, gdzie jest miejsce dla mężczyzn, a gdzie dla kobiet. Kobiety mają wydzielony kawałek świątyni na samym jej końcu. Piękna pogoda skłoniła nas do leniwego przemieszczania się po terenie dookoła świątyni.

Kiedy auto nie chciało dalej jechać...

Chcieliśmy jeszcze zobaczyć kazbę, którą minęliśmy w drodze do meczetu. Kazba to budowla warowna, najczęściej ulokowana na wzgórzu lub innym miejscu łatwym do obrony. Poprosiliśmy naszego kierowcy, żeby zatrzymał się przy drodze, a my  weszlibyśmy na górę. Ale nasz nowy przyjaciel zaproponował, że zawiezie nas na samą górę. Nie było to łatwe zadanie. Kierowca nie znał drogi, więc pytał o nią napotkanych tubylców. Porozmawiali przez chwilę i mimo braku drogi dojazdowej nasza Lancia pięła się w górę niczym wóz terenowy. Miejscami wydawało mi się, że albo spadniemy z urwiska, albo auto po prostu się zepsuje... Koniec końców samochód zawiesił się na jednym z podjazdów. Musieliśmy wypychać go z tej przeszkody. Podeszliśmy kilkadziesiąt ostatnich metrów, żeby zobaczyć z bliska budynek.

Kazba i jedyny "zwiedzający"

Naturalnie ruch turystyczny był tu delikatnie mówiąc- uśpiony. Oprócz nas nikogo nie było. Z jednej strony natrafiliśmy na mały remont. Taczka z cementem czekała na pracowników, ale ich też nie było nigdzie widać. Kazba była zamknięta na cztery spusty, ale mimo to obeszliśmy ją dookoła. Mariusz szedł pierwszy. Nagle zza muru wyskoczył wielki pies szczekający zajadle. To pierwszy pies jakiego zobaczyliśmy w Maroku. Wyraźnie nie podobała mu się nasza obecność na jego terytorium. Na szczęście jego gniew wstrzymany był łańcuchem, na którym go uwiązano. Gdyby nie ten kawałek sznurka, spotkanie z bestią mogło by się skończyć zupełnie inaczej.

Ośli pojazd...

Spoceni i zakurzeni wsiedliśmy do nieklimatyzowanej Lancii i pojechaliśmy w dół. Po drodze były oczywiście miliony serpentyn, na których, co musiało stać się prędzej czy później, nasz samochód odmówił posłuszeństwa. Kierowca nie wiedział, co się dzieje. Auto straciło moc. Nie było mowy o podjechaniu pod kolejną górę. Zgasiliśmy silnik, odczekaliśmy chwilę i spróbowaliśmy jeszcze raz. Udało się, ale tylko na chwilę... Powtarzaliśmy cały manewr co kilka kilometrów. Z wielkim szczęściem dotarliśmy do celu. Kierowca udał się do mechanika, ale okazało się, że może pojechać dalej. Pożegnaliśmy się i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Naturalnie zaraz otoczyło nas grono „pomocników”. Podziękowaliśmy i wyruszyliśmy na poszukiwania sami. Wybraliśmy najlepszy hotel w mieście. Najlepszy, jaki udało nam się wypatrzeć. Wszystkie noclegi tutaj były mniej więcej w tej samej cenie, może tylko refugio było tańsze. Ale nie ryzykowaliśmy. W hotelu wybraliśmy przyjemny pokoik na drugim piętrze z bardzo ładnymi witrażami w oknach. Jedyny mankament tego pokoju to fakt, że drzwi czasem same się otwierały, a klucze z pokoju piętro wyżej pasowały także do naszego- o czym przekonaliśmy się, gdy wszedł do nas inny gość mieszkający nad nami.

Pracująca kobieta

Wybraliśmy się do schroniska, żeby zobaczyć, czy były w nim może jakieś turyści, którzy już wrócili z Tubkala. Spotkaliśmy cztery osoby siedzące przed namiotami. Wyglądali na zmęczonych, więc pewnie już zdobyli szczyt. Zaczęliśmy rozmowę po angielsku. Jeden z chłopaków tłumaczył nam jak oznakowany jest szlak i jak przejść przez pole kamieni. Nie mógł poradzić sobie z jakimś słowem i wtedy z pomocą przyszła mu dziewczyna. To, czym mieliśmy się kierować na szlaku to według niej „odchodki”. Tym słowem zdradzili swoją narodowość- Czesi. Od tego momentu porozumiewaliśmy się już każdy w swoim języku. „Odchodki” to inaczej produkty przemiany materii osłów, które trasę na Tubkal przebywają w dzień i w nocy. To jedyny sposób transportu żywności i wody w góry. To także jedyny środek transportu dla mniej wytrzymałych piechurów. Za odpowiednią opłatą można drogę do schroniska odbyć na ośle lub na mule. Czyli na górę będziemy wchodzić po oślich kupach- ciekawe...

Nasz prawie terenowy samochód

Naprzeciwko hotelu znaleźliśmy sklep spożywczy, w którym można zaopatrzyć się na wędrówkę. Sprzedawca dobrze wiedział, czego potrzebują tacy jak my, na dwudniowy marsz: dużo wody i słodyczy w celu podładowywania baterii. Kupiliśmy suszone daktyle, konserwę z mięsem, ciepłe placki prosto z grilla i jabłka. No i colę naturalnie. Rozsiedliśmy się wygodnie na tarasie i czekaliśmy aż zapadnie zmrok. Chcieliśmy zacząć kolację razem z całą wioską. Mieszkańcy również wyszli już na dachy i balkony swoich domów i czekali na zachód słońca. Gdzieniegdzie paliły się już grille i czekały na moment, kiedy zacznie na nich skwierczeć mięso. Równo o godzinie 19.00 słychać było nawoływanie z meczetu. Mężczyźni zamykali swoje sklepy, kramy, zostawiali żony i szli prędkim krokiem do świątyni. Sprzedawca z naszego sklepiku chwycił w dłoń półtoralitrową butelkę wody i łapczywie gasił całodzienne pragnienie. Zostawiał wodę i pobiegł na modlitwę. Po jakiś 15 minutach mężczyźni i chłopcy wrócili do swoich domów. Z dostojeństwem i powagą wychodzili na dachy i balkony i zaczynali ucztę. Dookoła ogarnął nas przyjemny gwar rozmów i zapach jedzenia. My także uczestniczyliśmy w tym wszystkim i wcale nie czuliśmy się obco, wręcz przeciwnie. My turyści stanowiliśmy część tego spektaklu.

Ruszamy w drogę!

Na balkonie swobodnie gawędziliśmy, gdy nagle z dołu słychać kobiecy głos: „Polacy?! Mogę do was wejść na chwilę?”. I w ten sposób poznaliśmy Emilkę. W drzwiach pokoju stanęła uśmiechnięta dziewczyna: „Cześć, co tam u was słychać?”. Nie czekając na nasze zbędne wyjaśnienia Emilka zaczęła opowiadać swoją historię. W parę chwil wtargnęliśmy do jej zakręconego życia: do gry na harfie, babci z Rosji (a może Związku Radzieckiego), pracy w sklepie, rzuceniu studiów, w końcu wyprawy do Maroka. Trzeba przyznać, że dziewczyna miała sporą fantazję. Do Maroka przyjechała z koleżanką, stopem, bo tak było taniej. Niestety tuż przed wejściem na Tubkal, Emilka poważnie się rozchorowała (pewnie się nie „odkażała”!). Jej koleżanka zostawiła ją na pastwę tubylców i sama, wraz z czterema przystojnymi Polakami, udała się na zdobycie szczytu. Od tego czasu Emilka została sama. Na szczęście w wiosce przyjęto chorą iście po królewsku, zaopiekowano się nią i dziś, kiedy do nas dołączyła, była już prawie zupełnie zdrowa. Co prawda nadal żywiła się jedynie wodą mineralną, ale dolegliwości, jeśli wierzyć jej słowom, ustąpiły. Nie potrzeba było długiego namawiania, aby Emilka wybrała się z nami na Tubkal. Nazajutrz razem wdrapywaliśmy się na górę.

Dzikie kózki towarzyszyły nam w spacerze

Tak jak powiedzieli Czesi, podążanie za „odchodkami” nie pozwalało się zgubić na drodze. Za wsią stragany z tutejszymi kamieniami i dywanami zachęcały do odwiedzenia. Jednak wyobraźnia mówiła nam, że trzeba będzie nieść te ciężary na szczyt, co szybko przekonało nas, że to wcale nie był dobry pomysł, żeby kupować cokolwiek teraz. Obiecaliśmy sprzedawcom, że wrócimy następnego dni. Następnie przeszliśmy przez pole kamieni- wielki kawał ziemi zasypany grafitowo-szarymi kamykami. Trzeba je przebyć w poprzek, żeby dostać się na szlak. My sobie jakoś radziliśmy, ale co mają powiedzieć te biedne muły i osły, które tę drogę przebywają codziennie i to z balastem na plecach. Napicie się wody było za każdym razem dobrym argumentem, żeby się zatrzymać. Staliśmy w cieniu orzechów włoskich i piliśmy wodę- im więcej wypijemy, tym mniej trzeba będzie nosić. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że na górze woda będzie miała cenę złota. Wędrówka trwała około sześciu godzin. W tym czasie po raz pierwszy w życiu poczułam, że mam płuca. Serce biło nienaturalnie szybko, uderzało w skronie tak mocno, że aż bolało, co kilka kroków trzeba było zatrzymywać się, żeby złapać oddech, a picie wody dostarczało niemal ekstatycznych doznań.

Przed schroniskiem

Po drodze mijaliśmy „sklepy”. „Sklep” stanowił sprzedawca i klika butelek napojów uwiązanych na sznurku i wpuszczonych do górskiego strumyka w celu osiągnięcia odpowiedniej temperatury. Jak przystało na miejsce turystyczne można tam było znaleźć tam colę, sprite i fantę. Nieco wyżej był inny „lokal” ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym. Przebitka cenowa- kosmiczna. Na placu w Marrakeszu kosztował 6 dirhamów, tu kosztuje 50. „Biznes is biznes” i jak mówią tutejsi „No money no honey”. Około 15 dobiliśmy do schroniska. Do wyboru były trzy budynki- każde schronisko miało innego właściciela. Dookoła niektórzy zdobywcy rozbili się w namiotach, ale dla nas było trochę za zimno. W nocy temperatura spadła do jakiś +10 stopni.

Zasłużony posiłek

Były też i osły. Osły na górze są dużo bardziej zadowolone niż te, które zostały na dole. Te drugie pewnie wiedzą, że czeka je ciężka wspinaczka. Ale kiedy dojdą do schroniska mogą swobodnie paść się na zielonej trawie- kilka połaci soczysto- zielonej roślinności stanowi niejako ozdobę dla wspinających się. Trawa zachęcała, żeby się na niej położyć. My jednak poszliśmy prosto do schroniska. Negocjowaliśmy cenę noclegu- oczywiście, jako Polacy nie mieliśmy pieniędzy i to był nasz podstawowy argument. Zapłaciliśmy po 75 za nocleg, 10 za wodę i 15 za prysznic. Za darmo można było się umyć w lodowatej wodzie.

Spotkani na trasie zdobywcy:)

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie, żeby jak najszybciej wejść na górę. Ale jak zwykle byliśmy ostatni. Nie było to takie złe, bo przynajmniej widzieliśmy, gdzie wiódł szlak. Pierwszy odcinek, jakieś półtorej godziny to walka z grawitacją i prawami fizyki na piargowisku. Żwir uciekał spod stóp i ciągnął w dół każdego wspinającego się. Mozolnie gramoliliśmy się w górę, ale nie było to proste. Wraz z nami szło dwóch Słowaków. Co chwilę wyprzedzaliśmy się na stromiźnie. Paweł i Emilka zostali sporo za nami. Nie mieli kijków, a Emilka była osłabiona chorobą i na dodatek szła w trampkach, co mogło trochę spowalniać wspinaczkę. Za żwirem zaczęły się olbrzymie głazy, do których trzeba się wczepiać paznokciami. Kije powędrowały na plecak, a my przeskakiwaliśmy z kamienia na kamień. Kolejny etap wspinaczki to podejście po większym żwirze, który już tak mocno nie ześlizgiwał się w dół. A Tubkala jak nie było tak nie było...

Im wyżej, tym warunki do oddychania trudniejsze. Co kilka kroków trzeba było zatrzymać się, żeby nałapać powietrza. Ale nie chciało się już tak pić jak poprzedniego dnia. Na szczyt prowadziło kilka ścieżek. Wybraliśmy tę średnio stromą. Wydawało się, jakbyśmy obchodzili górę dookoła. I w końcu, po trzech i pół godzinie marszu, zobaczyliśmy piramidę. Była jakieś 100 metrów przed nami, na odcinku prawie płaskiego terenu. Wydawać by się mogło, że taki kawałek można przebyć truchcikiem. Nic bardziej mylnego. Te 100 metrów szliśmy bardzo wolno, zatrzymując się chyba 6 czy 7 razy dla złapania oddechu. Kto wymyślił chorobę wysokościową? W końcu dotarliśmy do szczytu:

Aż po tysiącach prób

przez przeraźliwą biel

opłacił się nasz trud

osiągnęliśmy cel.

Czuliśmy bicie serc

i pod stopami szczyt (...)

Lecz nie odezwał się

tym razem żaden śmiech

bo wszyscy padli tu

zajadle łapiąc dech.

I dziwny jakiś był

zwycięstwa słodki smak

minęło parę chwil

aż ktoś wychrypiał tak:

Przepięknie jest! I tylko tlenu brak!”

Na szczycie, Dżabal Tubkal

Widok ze szczytu

Tlenu brakowało! Ale rzeczywiście było pięknie. Krajobraz księżycowy- bez roślinności, zwierząt też nie widać, choć ponoć powinny być skorpiony. Była za to plaga much, a właściwie muszek owocówek. Chyba każdy zdobywca szczytu przyszedł tu ze swoją pomarańcza, którą obrał a skórkę zostawił na skałach. I do tych obierków zleciały się wszystkie muszki Maroka, utrudniając w istotny sposób siedzenie i delektowanie się widokami. Chcąc nie chcąc przenieśliśmy się nieco dalej od szczytu, żeby w spokoju zjeść swoje zapasy. My nie mieliśmy pomarańczy, tylko suszone daktyle, a wszystkie śmieci grzecznie zanieśliśmy na dół, do schroniska. Razem z nami do szczytu dotarła grupa Portugalczyków. Wynajęli sobie przewodnika, który wtaszczył im na górę prowiant- jakieś tutejsze sery i owoce. Gawędziliśmy chwilę i po godzinie odpoczynku zaczęliśmy schodzenie. Schodzenie, w porównaniu ze wspinaczką, było przyjemnością. Nie trzeba było się zatrzymywać na łapanie oddechu ani picie wody. Zejście zajęło nam godzinę i piętnaście minut. To dwa razy krócej niż wejście. Jedyny mankament schodzenia to fakt, że z powodu różnicy ciśnień na dole głowa bolała tak, jakby chciała pęknąć. W schronisku Mariusz zapadł w niedźwiedzi sen. Paweł i Emilka byli nad jakimś jeziorem, które udało im się odkryć w trakcie wspinaczki. Teraz wszyscy szykowaliśmy się do zejścia do wioski.

W drodze..

W wiosce poszliśmy do hotelu, a Emilka do swoich nowych znajomych, którzy przygarnęli ją pod swój dach, gdy była chora. Umówiliśmy się na rano, żeby wspólnie dotrzeć do Marrakeszu. Rankiem znaleźliśmy taksówkę i targowaliśmy się o cenę. Mało się udało utargować. Za to zrobiliśmy interes życia. Swoje porysowane okulary przeciwsłoneczne wymieniłam na dwie bransoletki. Pewnie dłuższe negocjacje doprowadziłyby do wymiany jeszcze innych części garderoby, ale panowie mieli wyraźnie dosyć tych „zakupów” i władowali nas, mnie i Emilkę, do taksówki. Emilka pochwaliła się swoimi zdobyczami. Miała w plecaku wytargowany dywan i błękitne chusty ludzi pustyni. Mariusz i Paweł niczego nie wymienili, ale pewnie teraz żałują... Taksówka musiała nas zawieźć do bankomatu, bo już nie mieliśmy gotówki. Jak na złość wszystkie bankomaty były popsute. Dopiero ostatni działał. Stanęliśmy w długiej kolejce... Trwało to tak długo, że doczekaliśmy się naszego samolotu.

Tymczasem wiemy, że do Maroko trzeba wrócić, chociażby po to, żeby pojechać na pustynię.

Przepięknie jest!”.

Iwona Grzeżułkowska © 2011