Pampa Hermosa

Dżungla...A to dżungla właśnie!

Peru jest niesamowitym krajem. Znaleźliśmy w nim i góry, i lodowce, i ocean, kaniony, wielkie miasta, pustynię, jeziora, dżunglę.  Słowem- prawie wszystko, czego człowiek może szukać.

Selva, czyli dżungla, napawała nas strachem już w Polsce. Dlatego zdecydowaliśmy nie zjeżdżać do najniższych obszarów, gdzie kontakt z kajmanem jest na porządku dziennym. Na wszelki wypadek zdobyliśmy wiedzę pozwalającą uciec przed potworem. Otóż należy przypatrzeć się ogonowi gada. Kiedy ogon jest gruby i mięsisty, to nie ma się czego bać. Jeśli natomiast jest chudy, to należy uciekać gdzie pieprz rośnie. Bo chudy ogon oznacza głodne zwierzę. A głodne zwierzę szuka ofiary. Ofiarą nikt z nas nie chciał zostać, więc byliśmy gotowi do przypatrywania się ogonom gadów.

Przebijanie się przez góryDroga do samego serca dżungli, czyli do Pampa Hermosa, nie była prosta. Najpierw sześć godzin przebijaliśmy się przez góry. To była prawdziwa droga przez mękę dla Daniela- rozstrój żołądka dawał o sobie znać na każdym zakręcie, a tych było naprawdę sporo. W końcu dojechaliśmy do Satipo. Biały człowiek jest tam dość niecodziennym zjawiskiem, dlatego zostaliśmy dokładnie zlustrowani przez mieszkańców. Dostaliśmy też jeden z najlepszych pokojów w hostalu. Pokój, jak się okazało, był "z wkładką". W łazience czekała na nas mała menażeria- żuk z całego towarzystwa biegał najwolniej, więc udało mu się zrobić zdjęcie:) Długość stwora- 5 cmPająk na ścianie przeraził się piskiem i albo dostał zawału, albo zwiał przez otwór wentylacyjny. Trudno rozstrzygnąć, bo później starałam się wchodzić do łazienki z zamkniętymi oczyma- żeby przypadkiem jeszcze innych robali nie zobaczyć.

Wodospad niezapamiętanej przez nas nazwyDżungla powitała nas gorącem i wilgocią. Połączenie zabójcze. Na początek postanowiliśmy zwiedzić co nieco. Najbardziej popularne są wszechobecne wodospady. Małe, duże, wysokie i niskie. Każdy inny, większość za opłatą 1 lub 2 soli. W niektórych można było się wykąpać. Daniel oczywiście musiał spróbować każdej wody. Nie zniechęciły go nawet opowieści o larwach podskórnych, które mogą pojawić się po takiej kąpieli. Jak na razie nie ma żadnych objawów. I tej wersji będziemy się trzymać :)

Przejażdżki po okolicznych miejscowościach zaowocowały przeróżnymi doświadczeniami.

Byliśmy też w schronisku dla zwierząt, które nie wiedzieć czemu na plakatach nazywało się motylarnią. Motyli spotkać tam można było niewiele, ale za to mieliśmy okazję poobserwować ogony kajmanów. "Prodecent" kawyPrzewodniczka nauczyła nas też rozpoznawać drapieżne ptaki z selvy oraz poznaliśmy małe, przeurocze zwierzątko, które produkuje najdroższą kawę na świecie. Zapewne większość z Was słyszała o kawie, najłagodniej mówiąc "przetrawionej" przez futrzaki. Otóż zwierzątko łazi sobie po krzakach kawy, wybiera tylko najlepsze owoce, zjada je i wówczas w jego żołądku dochodzi do lekkiego strawienia otoczki ziaren. W ten sposób ziarna pozbywają się goryczki. Zwierzę wydala ziarna prawie w całości, ale z ulepszonym smakiem. Ponoć rocznie na świecie wytwarzane jest tylko 400 kg tej kawy. Jej cena jest wręcz bajeczna. W Polsce filiżanka kosztuje około 100zł. Nieźle jak na "kawę z kupy". 

Orkiestra :)Zdecydowanie postanowiliśmy zaopatrzyć się w naturalną kawę, powstającą bez udziału zwierzaków. Nie było to takie trudne. Plantacje kawy mają swoje stragany, gdzie dostać można nie tylko samą kawę, ale też pyszne likiery z niej robione.

Najdziwniejsze jednak wspomnienia mamy z pewnej wioski, której mieszkańcy, według wszelkich informacji, mieli żyć w naturalny sposób. Tzw. wioska nativa. Jechaliśmy z duszą na ramieniu- czy to wypada przeszkadzać komuś w codziennym życiu, i z aparatem fotograficznym na szyi szukać najlepszego tematu na zdjęcie. Tubylczyni...Wjechaliśmy do wsi, gdzie jak tylko wysiedliśmy z auta zostaliśmy zaproszeni do przebrania się w stroje ludowe. Kiedy mieliśmy na sobie pomarańczowe szaty okazało się, że trzeba za nie zapłacić. Oczywiście ile się chce. Stwierdziliśmy, że trzeba wspomagać tutejsze inicjatywy i wyciągnęliśmy 10 soli. Po zapłaceniu w nagrodę (jak nam się jeszcze wtedy wydawało) dostaliśmy tradycyjny makijaż. Za niego trzeba było zapłacić, znowu "co łaska". Trochę oszołomionych przeprowadzono nas do miejsca, gdzie mieliśmy zacząć ludowe tańce. Najpierw musieliśmy opłacić grajków, potem tancerzy, a potem samemu występować na "parkiecie". To ostatnie było zapewne widowiskiem ku uciesze tubylców niż przyjemnością dla turystów. Flinstonowie :PPo odtańczeniu kilku kawałków musieliśmy jeszcze wspomóc tutejszą sztukę rękodzielniczą i zrobić zakupy na straganach. Bez zakupów nie można wyjechać z wioski. Lżejsi o jakieś 70 soli myśleliśmy tylko o tym, żeby stamtąd uciec. Co jak co jednak- zdjęcia z wioski wyszły świetne!

Pierwszy (i ostatni) wyjazd w prawdziwą dżunglę bez przewodnika zaczął się od spokojnego spaceru nad kolejny wodospad. Potem wpadliśmy na genialny pomysł- zrobić sobie spacerek tą nieco słabiej wydeptaną ścieżką... Ruszyliśmy w górę lasu. Po kilku minutach spotkaliśmy człowieka w gumowcach (my byliśmy w trekach- na szczęście nie w sandałach...), którego zapytaliśmy dokąd ta ścieżka prowadzi. Zdobyczna smakuje lepiejWytłumaczył nam, że do wioski w której spadł kiedyś meteoryt i teraz jest w niej wielka dziura. Według człowieka w gumowcach, do wioski było jakieś 15 minut marszu. No to poszliśmy. (Oczywiście w żadnym przewodniku nie ma ani słowa o takiej wiosce z meteorytem...).

Po pierwszej półgodzinie zaczęliśmy słyszeć szczekające w oddali psy, które mogłyby być zwiastunem wioski. Po godzinie dobrnęliśmy do kilku domków zakamuflowanych w wielkich krzakach i w głowie zaczęły krążyć nam zasłyszane informacje o kartelach, nielegalnych farmach narkotykowych i innych, równie nieprawdopodobnych historiach. Trochę przestraszeni poczłapaliśmy jeszcze kawałek, gdzie panowie wpadli w bliżej nieokreślony szał strącania cytryn z drzewa. Zajęło im to dobre kilkadziesiąt minut. W tym czasie łazili po krzakach, rzucali gałęziami i "sprytnie" oceniali, że już im się prawie udało. Walka zakończyła się 1:0 dla Daniela. Ze zdobyczną cytryną, pełen dumy mógł spokojnie schodzić w dół.

Zapuszczamy się...Tymczasem już zaczęło robić się ciemno. Jest to dosyć ciekawe, że kiedy wybija na zegarku godzina 18.00 to jakby ktoś zasunął kotary- wszędzie robi się ciemno. A ciemno w środku dżungli na dodatek oznacza, że jest bardzo głośno. Wszystkie stworzenia odpoczywające w środku dnia nagle budzą się do życia i piszczą, skrzeczą, brzęczą, krzyczą. Jest głośniej niż na koncercie w filharmonii. Wyobraźnia działa na podwyższonych obrotach. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozmyślać o wężach, pajżkach, mrówkach i innych robalach. I się zapuściliśmy, może troszkę za dalekoPowolny spacer zamienił się w bieg, żeby tylko dotrzeć do samochodu. Na dole nie było nikogo, nawet sprzedawcy z bazarków przy wejściu do dżungli poszli do domów. Nic się nie stało, ale nieźle się wystraszyliśmy. Do tego stopnia, że już więcej nie odważyliśmy się sami zapuszczać w dżunglę. Swoja drogą ciekawe było to, że nikt się nami nie zainteresował- przecież kupiliśmy bilety wstępu, a nie wyszliśmy z lasy. Opłaciliśmy też parking, a auto cały czas stało i rzucało się w oczy mieszkańcom wioski. My biali też raczej byliśmy łatwi do zauważenia. No cóż, na szczęście przeżyliśmy :)

I choć może wygląda to jak na polskiej wiosce, to musicie uwierzyć, że zdjęcie pochodzi ze środka dżungli :)Ale, że dżunglę w wersji dziewiczej zobaczyć musieliśmy, nie było innej możliwości jak wynająć przewodnika. Naszym celem stała się Pampa Hermosa- Selva Virgen, w której na dzień dzisiejszy znajduje się rezerwat przyrodniczy. Żeby tam się wybrać trzeba znaleźć przewodnika, który po pierwsze ma stosowne dokumenty. A po drugie, co ważniejsze, zna ścieżki na tyle, żeby z dżungli wyjść. Będąc w San Ramon postanowiliśmy pójść do biura turystycznego i takiego właśnie przewodnika znaleźć.

W pierwszej agencji turystycznej powiedziano nam, że trzeba trzy dni wcześniej się zgłosić, żeby załatwić stosowne papiery i dostać pozwolenie. W drugim biurze w ogóle nie organizują wycieczek do Pampa Hermosa, bo tam nie ma nic ciekawego i za dużo zamieszania. W trzecim, owszem poszukają, i oddzwonią do nas wieczorem (już był wieczór, ale to akurat miało najmniejsze znaczenie- kocham peruwiańskie podejście do czasu:). W kolejnym biurze właściciel obdzwonił swoich przewodników- i ci z uprawnieniami już mieli wykupione wyjazdy.

Z naszym przewodnikiem w upalnej dżungli

Z uśmiechem tłumaczono nam, że się nie da. Zadzwoniliśmy oczywiście na numer podany na oficjalnej stronie rezerwatu i dodzwoniliśmy się... do Limy. Tam nie bardzo wiedzieli, co nam powiedzieć, więc powiedzieli że oddzwonią.

Aż w końcu trafiliśmy do miejsca, którego właściciele bez wahania powiedzieli, że nie ma sprawy. Chcemy jechać- pojedziemy. Jutro- bez problemu. O 9.00 mamy stawić się w ich biurze i pojedziemy. Trzeba tylko dane jednej osoby, aby wypisać pozwolenia i tyle. Podaliśmy dane osobowe któregoś z nas, już nawet nie pamiętam kogo. Zapłaciliśmy zaliczkę i poszliśmy coś zjeść.

Rankiem czekał na nas już przewodnik, który pokierował nas do miejsowości La Merced, żebyśmy mogli wyrobić sobie przepustki w biurze rezerwatu. Biuro wcale nie wyglądało jak biuro. Raczej jak zwyczajna willa. Mijanka na super wąskiej drodzePoszłam z przewodnikiem, żeby wypełnić formularze. Jednak strażnik parku bez mrugnięcia okiem stwierdził, że jest to niemożliwe. Wstępu do rezerwatu nie ma. Trzeba to załatwiać w Limie (jakieś 12 godzin stąd...), nic się nie da zrobić. Koniec i kropka.  Zniechęceni zapytaliśmy, całkiem nieoficjalnie, jaka jest szansa na to, żebyśmy pojechali bez zezwoleń. Całkiem nielegalnie strażnik powiedział, że możemy próbować. Będzie to nas kosztowało tyle, ile zechce inny strażnik na górze. Cóż było robić... Oczywiście pojechaliśmy. Zresztą nasz przewodnik zna tego strażnika na górze... Znajomości :)

ZmordowaniTrudno określić, czy droga była bardziej wąska czy bardziej kręta. Wąskość okazała się wówczas, gdy z góry zjeżdżał bus z bananami na dachu i 30 osobami w środku. Żeby go przepuścić musieliśmy cofać jakieś 15 minut do wystarczająco szerokiego zakrętu. Krętość natomiast najlepiej odbiła się w naszych żołądkach. Jadąc cały czas na napędzie 4x4 pokonaliśmy 24 km w niecałe 2 godziny. Normalnie rekord świata! 

Zaparkowaliśmy na małym podwóreczku, przy malutkim domku. Właściciel pewnie był na swoim polu, więc postanowiliśmy po powrocie pogadać z nim o opłacie za miejsce. Razem z naszym przewodnikiem podreptaliśmy do dżungli. Strażnika rezerwatu nie było nigdzie... i do końca naszej ekspedycji nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Czekały nas za to inne niespodzianki.

Mrówka ludojadkaPo pierwsze, zaopatrzyć się w kije. Oczywiście nie po to, aby się podpierać, jak nam wyjaśnił przewodnik. Kije po to, aby odganiać się od węży. I już ta wiadomość na dobre zepsuła mi całą wyprawę. Żołądek ściśnięty do granic możliwości. A oczy skupione na wypatrywaniu węży. Oto, co dzisiaj wspominam z wyprawy do dżungli.

Po drugie, nie wyprzedzać przewodnika. Raz jeden chciałam przejść obok niego i stanąć nieco z przodu. Na szczęście w miarę szybko przywołał mnie do porządku i zaraz wyjaśnił dlaczego. Otóż tuż pod naszymi nogami, po ścieżce dreptało sobie stado mrówek. Ich droga biegła wzdłuż naszej dróżki i trzeba było uświadomić sobie, jak ważne jest szybkie i sprawne przejście pomiędzy owadami. Mrówki były nieco większe niż nasze polskie. Korzenie powietrzne w tleAle nie o wielkość chodziło, tylko o ich upodobania kulinarne. To były mrówki mięsożerki. A że człowiek to też mięso, to śmiało można je nazwać "mrówki ludojadki". Ich szlak przez jakieś 30 m biegł łącznie z naszym. Zadanie polegało na przebiegnięciu tego odcinka tak, aby żadna mrówka nie wbiła się w nasze ciało, nie wlazła na spodnie ani do buta. Dla wizualizacji pan przewodnik złapał jedno zwierzątko i umieścił na brzegu swojej koszulki, aby pokazać jak silne szczęki zaciskają się na potencjalnej ofierze. Co więcej nawet po oderwaniu tułowia, głowa ze szczękami nadal kurczowo trzymały się materiału. Wszystko to bardzo mocno zapadło nam w pamięć...

300-letnie drzewko :)Wejście sprawiło nam pewne problemy kondycyjne. Bieg slalomem między mrówkami, po ścieżce szerokości 20cm, cały czas ostro pod górę przy temperaturze 35-40 stopni i wilgotności 80% był naprawdę wyzwaniem. Zdyszani z chęcią odsapnęliśmy na górze. I wszystko zakończyło by się całkiem miło, gdyby nie fakt, iż droga powrotna przebiegała tym samym szlakiem mrówek ludojadek. Schodząc wiedzieliśmy już co nas czeka. Zatem psychicznie nastawieni szykowaliśmy się do biegu. Pierwszy zbiegł nasz przewodnik. Potem miał biec Daniel, za nim ja i na końcu Mariusz. Mariusz zdążył wypowiedzieć kilka słów zaczynających się od słów "Tylko bardzo proszę, żebyście się nie wywrócili..." kiedy Daniel z całym impetem grzmotnął na środku ścieżki. Jak szybko upadł tak szybko wstał i drąc się zbiegł na dół, gdzie wraz z przewodniekiem próbowali zrzucić z niego wszystkie przyczepione mrówki. Nagle dżunglę przeszedł przeraźliwy wrzask, a potem krzyk Daniela: "Mówiłeś że one są jadowite!!!". Oczywiście w języku polskim. Po drodze spotkaliśmy papugę, ogromnych rozmiarówPrzewodnik nie rozumiejąc słów doskonale zrozumiał przekazaną tym wrzaskiem treść. Zapewnił, że jadu nie ma, tylko mrówka lubi mięso. Kiedy dobiegliśmy na miejsce, z palca Daniela sączyła się już cieniutka stróżka krwi. Mrówka po prostu dobrała się do niego.

Oprócz drażnienia zwierząt, nasza wizyta w dżunglii miała oczywiście rówież inne cele. Zobaczyliśmy kilka wiekowych drzew, ciekawych roślin, mogliśmy poobserwować stado wolno żyjących małp i... cały czas bolał nas brzuch z obawy przed wężami. Szcególnie kiedy Panowie zechcieli wspiąć się na Diabelski Wodospad. Panowie w akcjiŚciezka była wyjątkowo zarośnięta, zupełnie jakby nikt tędy od wielu miesięcy nie przechodził. Brodziliśmy w krzakach po pas, przedzieraliśmy się między powalonymi pniami. Wszystko tuż nad przepaścią, do której jeśliby ktoś z nas wpadł, to raczej nie było by czego wyciągać (ale transport zwłok był w cenie ubezpieczenia- na szczęście). Mniej więcej w połowie drogi okazało się, że dalej jest już tylko przepaść. Osunęła się część drogi, i wiadomo było, że nie da się niczego zobaczyć, no chyba że jakiś wąż wypełznie z krzaków. Na szczęście obyło się bez takich niespodzianek.

Zlani potem i nieźle wystraszeni powoli wracaliśmy do auta, a także do życia. Pojawił się nawet mały głód. Kiedy dotarliśmy do samochodu czekała nas dość nieoczekiwana wiadomość. Złapaliśmy gumę. Panowie nie mieli zatem wyboru, jak zabrać się za naprawę pojazdu. Wymiana koła w Hiluxie zabrała moim dzielnym towarzyszom jakieś 10 minut. W tym czasie zbiegły się do nas wszystkie okoliczne zwierzęta, na czele z wielką czerwoną papugą, która jak się okazało była oswojona i bardzo chętnie nawiązywała znajomości z przybyszami. Jeszcze o tym nie wiedziałam, kiedy ptaszor długim i szybkim lotem próbował wyladować na mojej głowie. Po trzeciej próbie (odbieranej przeze mnie jako atak), papuga dała mi spokój i przykolegowała się do naszego przewodnika. Jednak najważniejszym jej celem okazało się wspólne przekąszanie naszych zapasów. Zdecydowanie to sprawiało papudze największą radość.

Podziwiamy pana W.C. , który co niedzielę w telewizji opowiada o swoich wyjazdach do dżungli. Nie sądzę jednak, by ktoś z naszej ekipy jeszcze tam wrócił. Daniel podsumował wyprawę: „Jeśli moje dzieci kiedyś wymyślą sobie, żeby jechać do dżungli, to powiem im uczciwie: Tatuś był, i nie poleca!”.

Iwona Grzeżułkowska © 2011