Peru mniej znane

 Peru trochę mniej znane...

Ekipa jednej z objazdówek.Nasz wyjazd miał mieć, przynajmniej z założenia, także charakter "zwiedzaniowy". Czyli trzeba było zwiedzać. Jeśli w przewodniku napisano "Koniecznie musicie zobaczyć to miejsce!"- to na początku w to wierzyliśmy. I ruszaliśmy zobaczyć, np. wszystkie okolice Machu Picchu. Miejscowości o obco brzmiących nazwach: Ollantaytambo, Pisac, Urubamba czy Sacsayhuaman. Zwiedzanie polegało zasadniczo na dotarciu autobusem do danej miejscowości i obejrzeniu najważniejszych zabytków tam się znajdujących. Niektóre robiły wrażenie swoją wielkością, inne oryginalnością, jeszcze inne pogodą- specjalnie dla nas "Brama słońca" w Ollantaytambo udekorowana była strugami deszczu. A ponoć nie była to pora deszczowa.

Brama Słońca- w deszczu niestetyMiejsca "zwiedzaniowe" to oczywiście miejsca, gdzie komercja jest na porządku dziennym. Nie sposób się dziwić- każdy chce zarobić. Jednak czasami sposoby na wyciągnięcie dolarów od turystów były wręcz przerażające. Większość z nich to zwyczajne żebranie, na zasadzie "my Peruwiańczycy jesteśmy tacy biedni, nie mamy co jeść, kupcie od nas czapkę". Nie jest to do końca prawdą. Po rozmowach z wieloma osobami mieszkającymi w Peru dowiedzieliśmy się, że nie ma tu głodu. Ludzie uprawiają swoje małe poletka, są w stanie wyżywić rodzinę. Dzieci nie chodzą głodne. Problemem natomiast jest niechęć do pracy. Praca zawsze kojarzy się z łapówkarstwem i brakiem sprawiedliwości.

Nasz pierwszy kontakt z łapówkarstwem miał miejsce, kiedy jechaliśy do Limy samochodem. Prowadził oczywiście Mariusz, bo tylko on posiada międzynarodowe prawo jazdy. Nota bene- wydaje mi się, że żaden policjant w Peru nie ma pojęcia co przedstawia ten dokument (bo dokument nie wygląda poważnie, ale to inna sprawa). W każdym razie, kiedy tak sobie jechaliśmy, na jednym ze skrzyżowań ktoś zatrąbił. Trzy Pachacutki :)Tym kimś był wyjątkowo gruby mężczyzna usadowiony w atrapie puszki IncaColi (IncaCola to najprościej mówiąż żółta coca-cola, ale o tym innym razem). Chwilę po gwizdku podjechał do nas policjant na motorze, kazał zjechać na bok i stwierdził, że wlepia nam mandat, bo nie zatrzymaliśmy się na sygnalizacji. Jak się okazało tą sygnalizacją był ów grubasek w puszce. Nie był aktorem, czy osobą reklamującą napój, ale policjantem. Takie rzeczy tylko w Peru. Od tej pory wiedzieliśmy, że trzeba będzie uważać na gości w przebraniu puszki... 

Zwiedzaniowo...Mandat miał wynieść 300 soli. Dużo! Policjant zaczął nas straszyć, że będą problemy, że musimy z mandatem jechać do ambasady, że w ogóle to kiepsko widzi naszą przyszłość. Mariusz uśmiechając się szeroko próbował swoim wdziękiem jakoś udobruchać przedstawiciela prawa. Wdzięku było za mało. Zatem, nadal się uśmiechając, Mariusz zapytał Daniela- ile ma drobnych pieniędzy- w banknocie oczywiście. Daniel wyszperał marne 10 soli, i stwierdził, że nie ma się co wydurniać- taka łapówka to raczej nie przejdzie. Jednak ku naszemu zdziwieniu- była wystarczająca. Policjant pogroził nam palcem, żeby nie jechać za szybko i życzył miłego dnia.

Krajobrazowy obłędKażda objazdówka miała swój określony czas na zwiedzanie i na odwiedzenie miejsc komercyjnych. Zawsze zawożono nas do obiektów, których pracownicy żyją z tego, co kupią u nich turyści. Na ten przykład zobaczyliśmy fabrykę produkującą ubrania z wełny "Baby alpaki", czyli młodych mięciutkich lam. Byliśmy także na osiedlu starych budynków, gdzie w jednym z domostw chciano sprzedać nam rękodzieła. W jeszcze innym miejscu przewodnik zawiózł nas do swego rodzaju kuźni, gdzie wytwarzano pierścionki i inne damskie bibeloty. W szał zakupów nie wpadliśmy, ale trzeba było wesprzeć rodzimy przemysł, daletgo też Daniel nabył sakiewkę na pieniądze (kto bogatemu zabroni?), o którą targowali się z Mariuszem przez dobre 15 minut.

 

Guanem pachnące...

Król- słońWyruszyliśmy nad ocean, żeby zobaczyć kilka plaż, jakieś pustynie i oczywiście wodę. Z całej wyprawy to, co jakoś najmocniej wyryło mi się w pamięci, to odwiedzenie wysp guanowych. Chyba z racji traumy, jakiej można na takim zwiedzaniu doświadczyć. Pierwsza część traumy- do tych wysp trzeba dopłynąć. Ja i pływanie to dwa pojęcia, które sie raczej wykluczają. Ale czego się nie robi dla wspierania reginalnego rozwoju. Z duszą na ramieniu i żołądkiem w gardle wlazłam do łódki, która jak zapewanił kapitan, bezpiecznie miała nas zawieźć do wysp. Jakoś się udało.

Cudowny fluorestencyjny pomarańcz :)W śmiesznych kapokach wyruszyliśmy w przestwór oceanu. Okazało się, że pierwsza część wyprawy była całkiem udana- widzieliśmy słonie morskie, pingwiny, miliony różnych gatunków ptaków. Przewodnik nauczył nas jak rozpoznawać "klasę" samca słonia morskiego- im więcej wokół niego samic, tym lepszy z niego kozak i cieszy się większym prestiżem wśród rywali.

Jednak nie z ssaków wyspy owe słyną. Bynajmniej. Najważniejsze jest to, że wszystkie zebrane tu ptaki robią... guano. Czyli najprościej rzecz ujmując robią kupę. Ich odchody są cennym materiałem nawozowym, dlatego też raz na kilka lat przyjeżdżają tu robotnicy, którzy zbierają guano. Ptaki- niczym u HitchcocaWychdzi w sumie kilkaset ton cennego specyfiku. Robotnicy zostają przywiezieni na wyspy i pozostają tu około 3 miesięcy. i to jest prawdziwa "gówniana robota". Odór wokół wysp jest nie do wytrzymania. Po godzinie bolały nas głowy i większość chciała wymiotować. Powrót to odliczanie minut do przybicia do brzegu. Na bezpiecznym lądzie nawet Daniel nie myślał o jedzeniu. Trzeba było odreagować cały ten mocznik z powietrza...

 

Na jeziorze Titicaca

W sumie to nie wiem co to za brama :)Nocnym autobusem dotarliśmy do Puno. Było ciemno i zimno, i to się w zasadzie nie zmieniało przez cały nasz pobyt w tym mieście. Puno pokazało nam przygnębiająco smutne i zaniedbane oblicze. Najpierw dworzec autobusowy. Przed godziną 6.00 rano nie powinno być tam tłumów. A jednak. Już od wejścia czekali na nas ludzie proponujący swoją wycieczkę. Gringos łatwo wyłapać z tłumu- biali od razu rzucają się w oczy tubylcom. Na początku odmawialiśmy, bo mieliśmy ambitny plan zaczekać do jakiejś 8.00 na dworcu i potem na spokojnie pojechać do miasta i poszukać hotelu. Jednak jedna wizyta w toalecie... i poległam. Nie było szansy, żeby tam wytrzymać dwie godziny. Absolutnie nie jestem "obrzydliwą". Nie przeszkadzają mi brzydkie zapachy, zmęczeni ludzie. Ale tego, co tam było- po całonocnej przejażdżce autobusem, było trochę za dużo. Z toalety nie udało mi się skorzystać... Tak zwyczajnie po prostu torsje były silniejsze ode mnie. Przekolorowi mieszkańcy WyspyPanowie gdy tylko zobaczyli moją minę bez wachania zgodzili się na pomoc kobiety, która cierpliwie czekała na nas, żeby odwieźć nas do hotelu. I doczekała się. Wynalazła naprawdę bardzo fajne miejsce noclegowe- przyjemne, z dobrym jedzeniem, uprzejmą obsługą. Pani kupiła nam również wycieczkę na wyspy. Wyruszyliśmy kilkadziesiąt minut później.

Na jeziorze Titicaca również trzeba było płynąć łódką. I dla mnie był to zdecydowanie najsłabszy punkt całej wycieczki. Łódeczka snuła się niemiłosiernie jakieś dwie godziny zamin nie osiągnęła malowniczych trzcinowych wysp Uros. Płynęliśmy i płynęliśmy i płynęliśmy, aż w końcu dopłynęliśmy. Wyszliśmy, na wydawać by się mogło, stały ląd. Z bibelotami...A tu ZONK. Wcale nie taki stały jakby się wydawało. Wyspy wybudowali  indianie Ajmara w ciekawy sposób wiążąc ze sobą korzenie trzciny. Cała powierznia pokryta jest grubą warstwą kawałków trzciny. A na wyspach przekolorowi mieszkańcy. Mężczyźni, kobiety, dzieci w tęczowych strojach śpiewają, zachwalają swoje produkty, biorą nas na litość, że nie mają pieniędzy, żeby dzieci do szkoły wysłać. No i wtedy pojawia się coś, czego jeszcze w Peru nie widzieliśmy. Koszty ukryte:)

Otóż bilet na Wyspy ma swoją określoną cenę. Jakieś 20 soli. W tym wliczono przepłynięcie łódką i obiad na jednej z wysp. Ale to nie wszystko. Na miejscu się okazuje, że "jesteśmy bardzo miłymi gośćmi, i że mieszkańcy chcą nas zaprosić do swojego domu, pokazać jak  mieszkają". OK. Mili jesteśmy- to się zgadza, no więc wędrujemy do domków. Daniel w szalu zakupówDo jednej chatki 3-4 osoby, nie więcej. Mieszkańcy wchodzą z nami. Przedstawiają się, proszą żebyśmy my się im przedstawili. "Ja jestem XXX to jest mój dom, wy jesteście moimi gośćmi, witam was u mnie, pokazuję wam wszystko co mam. Widzicie, że nie ma tego zbyt wiele. Ale od teraz wy jesteście moimi przyjaciółmi. A przyjaciele sobie pomagają, co więc kupicie ode mnie?"- tak mniej więcej wyglądała rozmowa. No i cóż było robić? Krótka rozmowa z Danielem- stawiamy na garnki czy wisiorki? Skończyło się na garnkach i wisiorkach. Jakieś 30 soli. Pierwszy koszt ukryty.

ŁódkiNie na tym jednak koniec. "Skoro jesteśmy przyjaciółmi to przewiozę was moją łodzią. Zapraszam do łodzi. Ona płynie pracą moich mięśni. A te mięśnie chcą jeść. 10 soli od osoby wystarczy żeby je nakarmić". Drugi koszt ukryty. Co więcej- nie można sie nie zgodzić, bo nasza łódka jest już przy innej wyspie, do której zawieźć może nas tylko nasz nowy przyjaciel.

Na kolejnej wyspie za drobna opłatą można wejść na wieżyczkę obserwacyjną. Nie dajemy się- udaję że jest mi bardzo niedobrze i reszta musi się mną zająć. Udało się nie wejść na wieżę.

Summa sumarum- Wyspy Uros zobaczyć trzeba, ale cudownych wspomnień raczej z nich nie przywieźliśmy (tylko garnki i wisiorki).

 

Nad oceanem i na pustyni

 

Klifowo i pustynniePeru to zasadniczo trzy różne krainy geograficzne- nad oceanem znajduje się pierwszy pas wybrzeża, który w większości pokryty jest pustynią. To na tej pustyni leży Lima i najważniejsze miasta kraju. Drugie pasmo stanowią Andy, a trzeci to dżungla. Costa- czyli wybrzeże nie należy do najpiękniejszych na świecie- ostry wiatr i palące słońce uniemożliwiają życie roślinom. Stąd właśnie typowo pustynny krajobraz. Udaliśmy się między innymi do Paracas (nie mylić z Caracas- to nie tutaj). Dotarcie do miejscowości nie okazało się zbyt skomplikowane- większość autobusów kursujących na trasie Arequipa- Lima zajeżdża w te okolice.

Grunt to mieć swój własny świat...Nauczeni poprzednią przygodą, mądrzejsi o kilka traumatycznych przeżyć, staraliśmy się unikać nieco tańszych autobusów dalekobieżnych na rzecz autokarów turystycznych. Kosztują co prawda jakieś dwa razy więcej, ale... Ośmiogodzinna podróż między Puno a Areqiupą będzie przeze mnie zapamiętana do końca świata, a może i dłużej. Nie tylko z tego powodu, że kierowca puścił (chyba specjalnie dla gringos...) cały cykl filmów o zagładzie Polaków w obozach koncentracyjnych. Podejrzewam, że mało który Peruwiańczyk zna historię Europy, a podejmowanie tak drażliwych tematów podczas jazdy w mało wygodnym autobusie jest już zupełną abstrakcją dla mnie. Niemniej jednak istotniejszym problemem dla mnie osobiście był pan, który siedział na siedzeniu przede mną. Mężczyzna dość potężnych rozmiarów. Ptaszory na wysepceKiedy zasiadł w fotelu, to fotel przesunął się niebezpiecznie do tyłu- naciskając na moje nogi. I to już powinno być alarmujące. Ale nie- będę twarda, czekam na rozwój wydarzeń.

Jak się okazało, autobusem jechali tylko tubylcy (no i my oczywiście...). Z tego wynikały częste postoje, zabieranie kolejnych osób ustawionych w miejscach nie wyglądających na miejsca przystankowe. Poza tym kierowca zabierał obwoźnych sprzedawców, którzy pasażerom wciskali swoje towary. Maść na wszystko, losy na loterię, zestawy garnków i inne równie potrzebne w podróży gadżety. Najbardziej niebezpieczni byli jednak sprzedawcy jedzenia, bo pan siedzący przede mną kupował WSZYSTKO. A do tego jeszcze zawsze pół litra IncaColi, którą to butelkę miał na jeden łyk. W ruch poszły owoce, ciasteczka, napoje. Prawdziwa pustyniaByło też coś, co zapewne stanowiło dla niego obiad, a mianowicie zapakowane w woreczek foliowy kawałki mięsa z ziemniakami. Po tym ostatnim ów pan zaczął najzwyczajniej w świecie puszczać bąki w swoje siedzenie... Chyba nie muszę pisać dalej.

Ale to jednak nie był koniec. Koniec nastąpił wtedy, gdy autobus zatrzymał się na postój. To znaczy zatrzymał się w środku niczego, na drodze. Wszyscy pasażerowie wysiedli, więc i my wygramoliliśmy się z pojazdu. I to był błąd! W swojej naiwności myśleliśmy, że ludzie chcą rozprostować kości. A oni po prostu chcieli się wysikać. I się wysikiwali- najczęściej na koła autobusu, a kobiety z drugiej strony...

Tak więc po tej traumie, wybieraliśmy trochę droższe autobusy, z toaletą wewnątrz :)

Karmienie pelikanów- nie lada frajda...Objazdówka po pustyni przebiegała w zupełnie innej atmosferze. Recepcjonistka w hotelu znalazła nam przewodnika. Wycieczka nie wyglądała standardowo. Przyjechał bowiem po nas prywatnym samochodem kierowca, i zabrał naszą trójkę na wycieczkę. Autko pachniało nowością, a na chodniczkach były jeszcze folie z salonu. Żeby czasem nie pobrudzić tapicerki. Nie pobrudziliśmy, a w zamian za to kierowca wiózł nas tam, gdzie chcieliśmy. Zabrał nas też na obiad do znajomej knajpki. Obiad rzeczywiście rewelacja- świeże rybki. A potem atrakcja dla białasów- karmienie pelikanów. Daniela wciągnięto do kuchni i mógł porzucać ptakom cząstki ryb. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy kucharz kazał mu zapłacić za tę atrakcję.

A na dodatek przyszła jeszcze trąba powietrzna

Oczywiście się nie daliśmy- Mariusz uruchomił całe swoje słownictwo i „przekonał” kucharza, że jednak mu nie zapłacimy za coś, do czego praktycznie zostaliśmy zmuszeni. A frajda z zabawy z pelikanami... no cóż- Daniel jakoś nie wspomina tego, jak najprzyjemniejszej przygody w życiu.

Iwona Grzeżułkowska © 2011