Srebrna Góra- Wielka Sowa

Na mroźnym szlaku

W jeden z listopadowych weekendów wybraliśmy się na spacer ze Srebrnej Góry na Wielką Sowę. Zaczęliśmy pod schroniskiem w Srebrnej. Ruszyliśmy dziarsko, ubrani jak na największe mrozy. I całe szczęście, że wzięliśmy ciepłe rzeczy, bo na górze naprawdę był mróz, co zresztą widać na załączonych zdjęciach.

Po drodze minęliśmy tylko jednego pana, który najprawdopodobniej był pracownikiem tutejszych zabudowań, a nie turystą. U wejścia do twierdzy powitał nas głośnym miauczeniem czarny kocur, który wręcz zmusił nas byśmy za nim podążyli za mury budowli. Chętnie skorzystaliśmy z zaproszenia, tym bardziej że nie musieliśmy wykupywać biletu wstępu, bo nie było jeszcze nikogo z obsługi.

Daniel na Wielkiej Sowie

Myśleliśmy, że szlak wiedzie przez twierdzę, ale nie zauważyliśmy skrętu tuż przed bramą, który nakazywał obejście fortyfikacji z lewej strony. Chwilę więc pokręciliśmy się po zabudowaniach, po czym wróciliśmy do miejsca, gdzie spotkaliśmy kota, i dopiero wtedy zauważyliśmy oznakowanie szlaku. Szliśmy dość szybko, żeby nie zamarznąć, bo było ładnych kilka stopni poniżej zera. Droga jest niezwykle urokliwa, i co ważne- nie można się na niej zgubić, bo cały czas idzie się jednym szlakiem. Po jakiś dwóch godzinach zatrzymaliśmy się na krótki poczęstunek- mieliśmy banany i kakao. Odpoczynek był rzeczywiście bardzo krótki, bo bardzo marzły nam ręce. Po kolejnych trzech godzinach dotarliśmy do "Zygmuntówki"- schroniska poniżej Wielkiej Sowy. W drodze wystraszyło nas jeszcze stado dzików, które nagle wyskoczyły z zarośli. Na szczęście przeżyliśmy.

W "Zygmuntówce", jak można było oczekiwać, brak już było wolnych miejsc. Bo nie dość, że długi weekend, to jeszcze wieczorem miał być mecz polskiej reprezentacji. Na tę okoliczność zjedliśmy barszcz z uszkami (taki patriotyczny akcent- barszcz oczywiście ukraiński) i powędrowaliśmy dalej. W drodze na szczyt spotkaliśmy całe tabuny ludzi- nie tylko my mieliśmy pomysł na górską wędrówkę. Podobnie rzecz się miała już na samej górze. Tam też było sporo osób, a na wieży przez chwilę wisiała polska flaga- jak niepodległość, to niepodległość. Grunt to wiedzieć, gdzie jest szlakWypiliśmy resztki kakao, zjedliśmy kanapki i wyruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Przed nami były dwa schroniska- "Sowa" i "Orzeł". Jak to zwykle z naszym szczęściem bywa- nigdzie nie było wolnych miejsc. Rezerwacje trwały już od kilku miesięcy i raczej nie było szans na zwolnienie żadnego pokoju. Postanowiliśmy więc wzmocnić się przed dalszą drogą, zjeść obiado-kolację i poszukać jakiejś wolnej kwatery w Rzeczce. Zjedliśmy tzw. "sycące" posiłki- placek po węgiersku i polędwiczki wieprzowe, po czym ruszyliśmy dalej. Nie uszliśmy nawet kilometra, gdy zobaczyliśmy "Chatę pod Sową"- bardzo miłe miejsce na nocleg. I co ważne były jeszcze wolne pokoje. Bez zastanowienia postanowiliśmy zostać. Najpierw gorący prysznic, potem półtoragodzinny sen i poszliśmy obejrzeć mecz. W sali restauracyjnej siedzieli już wszyscy hotelowi goście. Co prawda nie wszyscy wierzyli w umiejętności naszych piłkarzy, ale ciekawość była silniejsza. Okazało się, że "prawie" udało nam się wygrać. Niestety "prawie" robi wielką różnicę... I tym optymistycznym  akcentem zakończyliśmy pierwszy dzień.

Jesien już... prawie zimaRano o godzinie 9.00 czekała na nas jajecznica i dobre rady właściciela, za które bardzo dziękujemy- rzeczywiście trasa do Zagórza Śląskiego okazała się rewelacyjna. Rozpoczęliśmy fioletowym szlakiem, którym dotarliśmy do Przełęczy Walimskiej. Na Przełęczy spotkaliśmy kilka osób, które właśnie zaparkowały autem u podnóża Sowy i chciały się dowiedzieć, czy to najkrótsza trasa. Według naszych informacji- niekoniecznie najkrótsza, więc poradziliśmy im, żeby jednak weszli od strony Przełęczy Jugowskiej. Tak też zrobili. Na parkingu zaopatrzyliśmy się w oscypki na drogę i dalej, niebieskim szlakiem, poszliśmy w stronę Zagórza. Po drodze spotkaliśmy grupę osób idących w przeciwną stronę, a ponieważ byli równie zadowoleni jak my, podejrzewamy, że im weekend listopadowy także się udał :)

Gdzieś w polach...Minęliśmy Glinno i Michałkową, która ciągnęła się ładnych parę kilometrów, by w końcu brzegiem Jeziora Bystrzyckiego dotrzeć do Zagórza. Tam, w sklepie spożywczym, uzyskaliśmy informację dotyczącą rozkładu autobusów, i przekonawszy się, że mamy jeszcze godzinę do najbliższego z nich, poszliśmy na pstrąga do restauracji. Pstrąg był gigantyczny.

Niestety autobus nie przyjechał. Okazało się, że pani w sklepie nie sprawdziła rozkładu na dzień świąteczny i w rezultacie przed nami były jeszcze dwie godziny odpoczynku. Przy wejściu na zamek w Zagórzu spotkaliśmy naszych znajomych z Przełęczy Walimskiej, którzy w ramach turystyki postanowili zwiedzić jeszcze zamek Grodno. Jak się okazało na Sowę się nie wdrapali, a nasz spacer ze Srebrnej Góry chyba nie mieścił im się w głowie... Ale bardzo serdecznie pozdrawiamy Państwa :)

My tymczasem doczekaliśmy się autobusu, którym dojechaliśmy do... Świdnicy, czyli zupełnie w innym kierunku niż chcieliśmy. Ale jak się nie ma co się chce, to wystarczy to co się dostanie :)

Fot. Śnieżny, mroźny las.

Iwona Grzeżułkowska © 2011