Środkowe Peru

W prawdziwym życiu

Kościółek w MarcoMieliśmy okazję pomieszkania w prawdziwej wiosce, wśród autentycznych ludzi, w domu Polaka. Mariusz zaprosił nas do siebie. Przez dwa tygodnie stanowiliśmy największą atrakcję dla mieszkańców Marco i kilku okolicznych miejscowości. Biali, kolorowo ubrani i dziwnie się zachowujący przybysze- to właśnie my.

Marco to niewielka wioseczka położona na wysokości około 3500 m.n.p.m. Wokół góry, góry i góry.... Do najbliższego miasta z supermarketem ponad godzina drogi samochodem. Taki zwyczajny koniec świata.

Atrakcją dla nas było już to, że mogliśmy tam po prostu być- robić zakupy na mini-targu, wypić szklankę soku z żaby, porozmawiać z ludźmi o niczym. Chociaż nie było to proste- my jesteśmydla nich obcy. Mamy inną skórę, inne ubrania, hiszpański w moim wykonaniu to „Kali być, Kali jeść”. Z czasem jednak udało się przełamać wszystkie bariery.

Andy wysokie...Dzieciaki najszybciej przełamały wstyd i podchodziły, żeby pogadać z gringos- kim są, po co tu przyjechali, jak długo będą, po jakiemu mówią. Albo żeby zrobić sobie z nami zdjęcie- i wtedy czuliśmy się prawie jak w zoo- z tym, że to myśmy stanowili dla nich atrakcję:)

Oczywiście, żeby nie było nudno, zrobiliśmy sobie kilka wycieczek po najbliższej okolicy. Świnie na łańcuchach, czerwona ziemia, ciężka praca na małych poletkach... To klimaty jakie panują w tym miejscu. Do tego obłędne widoki- góry i błyszczący w pobliżu lodowiec, czyli Huaytapallana.

Robimy omletyMariusz oczywiście zaprosił nas do pomocy. Trochę pogotowaliśmy- śniadanie, obiad i podwieczorek dla 70 osób. To było coś. Akurat w Marco bowiem miała miejsce jornada (czyli spotkanie modlitewne dla rodziców dzieci komunijnych i bierzmowanych). Seniorita Gloria kierowała nami, jako pomocnikami w kuchni i zarządzała, co i jak przygotowywać. Myślę, że na koniec mogła być z nas dumna. A my nauczyliśmy się jak zrobić napój z czerwonej kukurydzy (chichia morada) oraz jak ugotować chaufę- to takie chińskie danie z ryżu, kurczaka duszonego w imbirze, szczypiorku i zawrotnych ilościach sosu sojowego. Wyszło nam pyszne :)Przy pracy

Przygotowanie tego posiłku zajęło nam praktycznie cały dzień. Ale liczyło się oczywiście to, że wszystkim smakowało. Od tego czasu możemy być wynajmowani jako tania siła robocza do obstawiania wesel, chrzcin i innych uroczystości. W repertuarze nie tylko chińskie jedzenie :)

Nasza popisowa chaufa

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali przemycić kilku naszych specjałów na grunt peruwiański. Po zakończonym spotkaniu zaprosiliśmy zatem grupę prowadzącą jornadę na obiad przed długą drogą powrotną. Przybyli bowiem do Marco aż z Limy, czyli czekało ich jakieś sześć godzin jazdy autobusem. Taka podróż wymaga siły. A na siłę najlepszy jest oczywiście ŻUREK! Zafundowaliśmy zatem naszym nowym znajomym cały gar żurku prosto z Polski. Z jajeczkiem i zupełnie nie polską chorizo:) No i oczywiście z limonką w formie kwasu. Zupka zrobiła furrorę.

Rosół z żaby Sprzątanie, gotowanie, wycieczki do sklepu. Oto, co robiliśmy. Z ciekawostek turystycznych:

Coś, co udało nam się znaleźć na bazarze, a czego w Polsce zapewne nie mielibyśmy okazji skosztować to żabi rosół. Wyglądał dość niepozornie (żeby nie powiedzieć: pojerzanie), ale Daniel nie wahał się ani minuty, żeby go posmakować. Co prawda szukaliśmy nieco bardziej ekstremalnego dania, a mianowicie koktajlu z żaby, ale jak się okazało- to chyba nie był sezon na miskowane ropuchy.

Wyjście z Marco- akurat to bez asfaltu :)Inna rozkosz dla podniebienia (Danielowego naturalnie), to była świnka morska w sosie własnym.  Żeby zjeść świnkę, trzeba było pójść na mały spacer. Wycieczka trwała jakieś cztery godziny, a widoki jakie nam towarzyszyły przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Jak się okazało- nie taki straszny koniec świata, jak się by mogło wydawać. Wioska Mariusza z całych dwóch stron ma dostęp do asfaltu. My wybraliśmy część, która nie posiada takich zbytków i ruszyliśmy w stronę górskich przełęczy.

Trasa rzeczywiście bardzo przyjemna. Niewielkie przewyższenia, ale jednak płuca odczuwały wysokość. 3,5 tysiąca metrów nad poziom morza zrobiło swoje. Co kilkaset metrów musieliśmy robić krótkie postoje na uzupełnienie tlenu. Zbawienne okazały się cukierki z koki (i to jest właśnie to, za co można pokochać Peru :).

Wokół góry, góry i góry. I całe nasze życie w górach.W każdej kolejnej wiosce robiliśmy mniejsze lub większe wrażenie na mieszkańcach. Mariusz wytłumaczył nam, że jesteśmy postrzegani jako pionierzy ruchu turystycznego. O co chodzi? Otóż kilka tygodni przed naszym przylotem miał miejsce w środkowym Peru dość poważny strajk. Mieszkańcy walczyli o otwarcie międzynarodowego lotnika w Jauja (kilkutysięczne miasteczko tuż obok Marco). Chodziło im o promocję tego regionu Peru, a dzięki lotniku dotarcie w Andy miało być prostsze. No i proszę- lotnisko otwarte i pojawili się biali turyści. Strajk w oczach Peruwiańczyków okazał się skuteczny. A to, że my nie korzystaliśmy ze wspomnianego lotniska, w niczym nie umniejszyło osiągnięć mieszkańców.

Nieco spłaszczona świnka morska na talerzuSpacer doprowadził nas do niewielkiej miejscowości turystycznej o nazwie Laguna Paca. Przyjemne jeziorko, świeże ryby w barach i ludzie, którzy nieczęsto widują białych. I to właśnie tutaj w menu jednej z knajpek była świnka. Daniela nie dało już się odwieść od pomysłu zjedzenia futrzaka. Widelce i noże poszły w ruch. Jak smakowało? Trudno to mięso porównać z czymkolwiek innym- na pewno nie smakowało jak kurczak. Zjedzenie świnki jest czymś w rodzaju „odbębnienia” kolejnej atrakcji. Tak jak jest się w Paryżu i zjada się pieczone kasztany, w Neapolu- pizzę, a w Melide- ośmiornicę, tak tutaj nie można nie spróbować futrzaka. No chyba, że ma się silną wolę i się nie spróbuje :)

Laguna PacaMówiąc o zwyczajnym codziennym życiu- wiele nas Polaków może zadziwiać. Na przykład fakt, że mimo dość surowego klimatu, domy nie posiadają ogrzewania. Wystarczającym okryciem są koce- im zimniej tym większa ich ilość. Poza tym sposoby sprzedawania mięsa na targu- zapewne niejednemu Unijnemu urzędnikowi podniosły by ciśnienie. Z mięsem jest tu kilka problemów. I nie chodzi tylko o brak lodówek w sklepach (jedynie w wielkich supermarketach w Limie czy Huancayo można znaleźć chłodziarki). Najpopularniejszym mięsem jest oczywiście kurczak. I w sumie to dość bezpieczne jedzenie.

Futerkowa świnka :PDuże problemy stanowi natomiast mięso wieprzowe. Świnie pasą się wolno lub na smyczach:) Zjadają więc to co znajdą. Ponieważ nie ma kanalizacji, czasami znajdą także różnego rodzaju zanieczyszczenia. To niestety powoduje, że w mięsie rozwijają się pasożyty, które zazwyczaj są niszczone w wysokiej temperaturze. Problemem jest jednak to, że pieczenie czy gotowanie nie są zbyt dobrze poznane i praktykowane. Stąd też czasami mięso jest po części surowe, a ludzie zarażają się różnymi chorobami.

OwocowoDieta Peruwiańczyków mieszkających w Andach jest mało urozmaicona. Podstawę stanowią ziemniaki (ponad 100 odmian), ryż i kukurydza. Trudno w ten sposób dostarczyć wszystkich niezbędnych witamin i minerałów organizmowi. Na szczęście w porze deszczowej docierają tu owoce pochodzące z dżungli.

Znaleźliśmy kilka odmian bananów- małe, duże, czerwone i żółte. Jedne do smażenia, inne do jedzenia na surowo- niestety do dziś nie mam pojęcia, które są do czego.

i kurczakowoJeśli chodzi o ziemniaki to tutaj mogliśmy poszaleć. Dla mnie najsmaczniejsze okazały się słodkie, czerwone ziemniaki w czarnych łupinkach, które gotuje się bez obierania. Najdziwniejsze natomiast były ziemniaki, które je się sfermentowane. A żeby się sfermentowały, to obiera się je ze skórki, a następnie chodzi po nich na boso żeby pojawiła się pleśń. Prawie jak nasza kiszona kapusta...

Jakoś niebezpiecznie ta część opowieści stała się historyjką o jedzeniu. Żeby trochę pozostać w tym klimacie to kilka słów o napojach. Sok z trzciny cukrowej, bardzo cukrowyChicha morada już była omówiona- to napój z czerwonej kukurydzy czyli maiz morado (gotuje się nasiona i całe kolby wysuszonej kukurydzy przez kilka godzin wraz z cynamonem i innymi przyprawami, potem studzi i doprawia sokiem z limonki i cukrem).

Jest także wiele innych odmian tego napoju- niektóre wytwarza się z kukurydzy, która jest "mielona" w ustach, a  następnie spluwana do naczynia w którym na sfermentować. Ale wówczas to jest już napój alkoholowy. Apropos alkoholi, to ciekawym drinkiem jest pisco sour, czyli trunku pisco, soku z limonki, białek jaj kurzych i gorzkiego likieru angostura.

Wypiliśmy oczywiście także hektolitry herbaty z koki, sok z trzciny cukrowej, który mogliśmy samodzielnie wycisnąć na targu oraz pyszną herbatę rumiankową (manzanilla). W związku z sokiem trzcinowym tylko jedna rzecz podniosła mi ciśnienie. Sok można było samemu wycisnąć w specjalnej maszynie. I w tym nie było niczego dziwnego. Napić się soku można było "na miejscu", ze szklanki wielolrotnego użycia. A to IncaCola właśnieOczywiście szklanka była po każdej osobie myta- we wiadrze z zimną wodą. I wszystko było by ok, gdyby nie fakt, że woda nie była zmieniana po każdej kolejnej osobie... No ale to tylko taki drobny szczególik, do którego mogłabym się przyczepić :)

Ciekawa historia dotyczy IncaColi. W smaku to taka żółta orenżada, trochę przypominająca coca colę wymieszaną z gumą do żucia. IncaCola także jest powodem do dumy dla Peruwiańczyków. Koncern Coca-Coli nie mógł sobie poradzić z fenomenem Inci i niestety sprzedaż oryginalnej Coca-Coli w Peru nie była satysfakcjonujący. Firma chcąc nie chcąc musiała kupić rodzimy interes, czyli wejść w posiadanie marki IncaCola. Na butelkach Inci nie zawsze jest informacja o producencie- wtedy bowiem Peruwiańczycy mogli by przestać kupować żółtego napoju...

Jednak nie samym jedzeniem człowiek żyje i nie tylko jedzeniem się zachwyca. Spróbowaliśmy upodobnić się do mieszkańców Marco. Gipsowy kapelito :PW tym celu udaliśmy się na niedzielny targ do Jauja, by zaopatrzyć się  w kapelusze. Ten który sobie wybrałam okazał się gipsowy i trochę bolała głowa od noszenia go, więc sobie odpuściłam zakup. Swoją drogą gipsowy kapelusz to bardzo ekonomiczna i praktyczna sprawa. Kiedy się ukruszy lub pobrudzi, po prostu jedzie się na targ, gdzie sprzedawca podmaluje lub podkeli kapelusik, i znów jest jak nowy.

A na straganie w dzień targowy widzi się takie widoki, jak na przykład gigantyczne sterty waty cukowej. Żeby osłodzić sobie cały dzień kupowania, przeszukiwania straganów, no i oczywiście negocjaji cen. To się nazywa chwyt marketingowy :) w sprzedaży wata cukrowaZnaleźć można wszystko- od słynnego rosołu z żaby, poprzez ubrania wszelich wzorów, kolorów i rozmiarów, po wszelkie niepotrzebne drobiazgi, jakie znajdują się na każdym targowisku świata.

Trzeba dodać, że dotarcie do miasta jest samo w sobie również wielką przygodą. Pomiędzy miejscowościami krążą taksówki. Czyli najczęściej białe auta osobowe. Zazwyczaj w wersji kombi, bo są bardziej ekonomiczne. I dotąd wszystko jest jak u nas. Ale, ale- ile osób w Polsce może wejść do kombi? Cztery osoby plus kierowca. W Peru jest trochę inaczej. Wraz z kierowcą z przodu jadą w sumie trzy osoby- jedna siedzi trochę na biegach, trochę na ręcznym, druga jest mocno przytulona do drzwi, kierowca siedzi w miarę swobodnie. Standardowo na tylnej kanapie jadą 4 osoby- chyba, że jadą gringo, to się zmieszczą tylko trzy osoby, bo my jacyś więksi jesteśmy. No i dwie do czterech osób w bagażniku, bo przecież tam jest sporo wolnej przestrzeni.

Gdzieś... Trudno powiedzieć gdzie.

Wyjątki są wówczas, gdy któryś z pasażerów wiezie jakieś większe zakupy- 50 kilogramów ziemniaków lub prosiaka w worku, no to wtedy w bagażniku się trochę mniej osób.

Oprócz ilości osób w pojeździe, przygoda polega także na tym, że kierowcy mają tendencję do ciągłego trąbienia, zwłaszcza w miejscowościach. Uliczki przecinają się pod kątem prostym. Przepisy ruchu drogowego są bardzo liberalne- pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy wjedzie na skrzyżowanie. Żeby więc uchronić siebie i innych przed wypadkiem, kierowcy trąbią i trąbią, dając znać innym, że oto jadą. W ten sposób zwiększa się prawdopodobieństwo, że inni się przestraszą i będą uważać.

Okolice MarcoW Peru w zasadzie nie ma znaków ograniczających prędkość jazdy. Co nie znaczy, że nie ma sposobów na zwolnienie rozpędzonych aut. Najważniejszym i jedynym sposobem są progi zwalniające, chociaż to chyba nie jest najlepsze określenie dla tych "hopek" które są w Peru. Ich wysokość może wynosić nawet pół metra. Jak się człowiek zapomni i nie zwolni to można zgubić podwozie- także w terenówce. Przy tych większych okazach "hopek" leży wokół pełno rozbitego szkła- czyli ktoś nie zdążył wyhamować...

 

CIEKAWOSTKI TURSYTYCZNE I NIE TYLKO

Podróże kształcą i na każdej człowiek może się czegoś nowego nauczyć lub dowiedzieć. Na ten przykład dowiedzieliśmy się od dzieciaków, że jesteśmy z Danielem "igual", czyli tacy sami... Nie wiem na czym polega podobieństwo- oczy, włosy, płeć. W większości widzę różnice, no ale- dzieci i tak wiedzą lepiej :)

:)

Niestety dla większości jesteśmy tylko nie znającymi się na niczym Gringos, i tak przez długie lata będziemy zapewne postrzegani. Można z tego czerpać korzyści, na przykład prosząc miejscowych o pomoc. Czują się wtedy docenieni, a my możemy się wiele nauczyć. Na przykład, rozróżniać dziesiątki odmian ziemniaków, albo jak ugotować zupę z quinua, albo u kogo kupić nieoszukane pieniądze. O wszystko warto pytać. Oczywiście nigdy nie mamy gwarancji, że to co usłyszymy będzie zgodne z prawdą, ale warto próbować.

Ziemia...Jedną z atrakcji środkowego Peru jest zjedzenie "pachamanca", czyli czegoś co najprościej można określić jedzeniem z ziemi. Bardzo dosłownie. Danie przygotowywane jest w wykopanej w ziemi dziurze. Tam na gorących kamieniach układa się warstwy ziemniaków, mięsa i bobu, a następnie zamyka, aż będą gotowe. Tradycyjnie jedzenie należy spożywać rękoma, bez sztućców. Dużo przy tym zabawy. Obieranie ziemniaków, czy wyłuskiwanie bobu ze strąków sprawiają, że posiłek trwa i trwa i trwa... No ale tu i tak nikt się nie spieszy. Czas płynie zupełnie inaczej niż w Europie. Zresztą wszystko jest inaczej niż z Europie- nawet gwiazdy są przewrócone do góry nogami :)

No i musiałam nauczyć się jeździćSilniki w samochodach inaczej pracują, bo jest mniej tlenu. Benzynę sprzedają w galonach (ile to jest galon?...), nie ma firm zajmujących się wywozem śmieci (co się tu robi ze śmieciami?- tego też nie wiemy, i chyba wolelibyśmy nie wiedzieć),a ugotowana zupa może stać trzy dni bez lodówki i się nie popsuje. Ot taki przyjazny świat.

No i wszechobecna koka. Coś w tym wszystkim sprawia, że dobrze się tam człowiek czuje.

Z czerwonymi wstążeczkami- znakiem, że św. Jakub opiekuje się tym stworzonkiemDobrze czują się też zwierzęta- maści przeróżnej: papugi, krowy, owce, psy. I tylko kotów nigdzie nie widać. Niestety przeprowadzone przez nas śledztwo każe przypuszczać, iż zostały... zjedzone. Po głębszym dociekaniu można nawet dowiedzieć się, która z gospodyń specjalizuje się w przyrządzaniu potrawki z kota. Na nasze szczęście Seniorita Gloria świetnie radzi sobie tylko z królikami. Specjalność to królik w coca-coli i winie.

Turyści :)

Jak to zwykle bywa w życiu- atrakcje turystyczne stanowią niewielki odsetek tego, co robi się zazwyczaj. Tutaj jednak bycie w codziennym życiu mieszkańców, było dla nas atrakcją nieustanną. A wycieczki, zwiedzanie czy wyjazdy to tylko kilka chwil z tej codzienności.

Pozostały czas, to uczestnictwo w normalnych czynnościach. Karmienie królików, wyjazd na motorze w góry, konkurs religijny itp. itd. Codzienność.

Konkurs zorganizował w swojej parafii Mariusz. Uczestniczyło w nich po pięcioro dzieci z każdej ze szkół. Uczniowie przybyli w mundurkach szkolnych i zostali rozsadzeni w kościele, aby odpowiedzieć na szereg pytań. Dla nas wyjątkowo trudnych- przecież napisanych w języku hiszpańskich. Ale warto było się nieco poduczyć i napisać dobrze konkurs, bo czekały znakomite nagrody. Wśród gadżetów elektronicznych niezmienną popularnością cieszyła się nagroda nierzeczowa, czyli "uścisk dłoni gringo". Biały też człowiek, o czym mogli się przekonać uczniowie. Na początku spotkania bowiem nie bardzo w to wierzyli :)

Przyszło nam również uczestniczyć w kilku daniach świątecznych. A święta muszą wiązać się z zabawą. Zabawa natomiast z muzyką i tańcami. Czasami ta muzyka i tańce rozbrzmiewają do białego rana. Wtedy można poczuć nieco niefortunne położenie plebani, w któej mieszkaliśmy. Usytuowanie na samym rynku daje bowiem gwarancję uczestniczenia we wszystkich muzyczno- tanecznych zabawach, w ramach wszystkich świątecznych dni w roku. Bez względu na to, czy się chce w nich brać udział, czy też nie. Żeby zrozumieć skalę "problemu", trzeba sobie uświadomić, iż dni świątecznych jest o wiele więcej niż wskazywałby na to kalendarz. Święta poszczególnych rodzin w wiosce, to przecież też święta. I też towarzyszą im zabawy i tańce. Może tańczy mniej osób niż na imprezach ogólnowioskowych, ale orkiestra zazwyczaj ma tylu samych muzyków i grają tak samo głośno. Kiedy pod oknem przeszła nam ekipa z bębniarzem na przedzie, nawet znużenie spowodowane wysokością nad poziom morza nie pozwoliło z powrotem zasnąć.

Iwona Grzeżułkowska © 2011