Via de la Plata

Właściwy znak na właściwej drodze...

Via de la Plata oznacza Srebrną Drogę, jest jedną z dróg pielgrzymkowych prowadzących do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostella. Wybraliśmy się na szlak w czerwcu. Zaczęliśmy w Plasencji- oddalonej od właściwej trasy o jakieś 10km. Do przebycia mieliśmy ok. 620km- tak naprawdę to nie wiem ile tych kilometrów przeszliśmy, bo każdy przewodnik podaje inne dane. A gdy dodać do tego wszystkie "zgubienia się" to myślę, że może nawet dobiliśmy do 650... Całą prawdę zna chyba tylko Daniel i jego stopy, bo Daniel gubił się najczęściej- praktycznie ze wszystkimi, którzy tracili szlak:) a potem najbarwniej określał te wszelkie "odstępstwa" od właściwego camino.

Z tej opowieści trzeba dowiedzieć się czym jest "Mariusza but", co to znaczy kiedy szlak nie jest oznaczony przez 2 godziny, ile wody może wytopić jeden średniej postury człowiek, że Lalin to nie to samo co Estacion de Lalin oraz ilu ludzi musi powiedzieć "zła droga", żeby im w końcu uwierzyć.

Od czego by tu zacząć... może od początku! Dlaczego Via de la Plata? Żeby było blisko Madrytu. I wybraliśmy Plasencję. Radośni- wtedy jeszcze mieliśmy plan Apropos pełnej ogranizacji imprezy, pierwsze brawa dla Mariusza. Po pierwsze znalazł wszystkie właściwe połączenia lotnicze, autokarowe, autobusowe itp. do tego końca świata, na którym leży Plasencia. Po drugie zaplanował dojście z tej miejscowości na trasę camino. Pięknie. Po trzecie wymyślił co zrobić ze swoimi bagażami, które miał przygotowane na kolejne trzy miesiące. Wymyślił, ba nawet sprawdził, tylko nie do końca dokładnie... Otóż plan był taki, że na miejscu (w Plasenci oczywiście), udajemy się do "seminario" i zostawiamy w nim bagaże Mariusza, a sami wyruszamy na szlak.

Kiedy plan wziął w łeb...W rzeczywistości było trochę inaczej. Owszem do miasta dotarliśmy. Co więcej, "seminario" znaleźliśmy. Przy pomocy spotkanego na miejscu rodaka, któremu niniejszym raz jeszcze dziękujemy za pomoc (choć skomentował nasze poszukiwania: "Jestem tu od pół roku i mogę was oprowadzić po wszystkich knajpach w okolicy, ale gdzie jest "seminario" nie mam zielonego pojęcia...", ale najważniejsze, że się udało). Tyle tylko, że "seminario" było akurat zamknięte...

Ale oczywiście nie zraziliśmy się takim drobiazgiem. Zaczęliśmy poszukiwania, a najlepiej zacząć szukać od informacji turystycznej. Tam nam powiedziano, że "seminario" rzeczywiście jest zamknięte i że nie wiedzą kiedy będzie otwarte. Tak to bywa w informacji...

Ale obok miał być klasztor, a w nim siostry, które z pewnością nam pomogą. Poszliśmy zatem do klasztoru. Też był zamknięty... Potem powiedziano nam, że może warto udać się do biskupa, tam na pewno ktoś nam pomoże. Więc poszliśmy. Oczywiście było zamknięte. Nic w tym dziwnego - byliśmy przecież w Hiszpanii i to w czasie siesty. Nie można zatem oczekiwać, że seminarium, klasztor czy biskupstwo będą otwarte... Strategiczne miejsca do zwiedzenia w PlasencjiNawet katedra była już zamknięta. Ale, ale... nie poddaliśmy się tak łatwo. Wypatrzyliśmy kościół, w którym odprawiała się Msza święta. Nasz niecny plan był taki: pójść do księdza, wytłumaczyć mu, że jesteśmy pielgrzymami, że idziemy na camino, że tutaj- w Plasencji jedno z nas będzie na pkartykach językowych, że mamy sporo bagaży i na koniec zadać mu pytanie, czy można te bagaże zostawić tutaj. Proste. Przeceniliśmy jednak językowe zdolności Mariusza i ksiądz- Hiszpan zrozumiał tylko tyle, że jesteśmy Polakami. A nikt tak dobrze nie zrozumie Polaka, jak jego rodak. Ksiądz- Hiszpan wpadł zatem na pomysł, że zawiezie nas do innego księdza, który jest właśnie Polakiem! Bingo!

Tyle tylko, że księdza-Polaka akurat nie było w mieście... Co więcej- nie odbierał telefonu. Ale ksiądz- Hiszpan nie zamierzał rezygnować. Zwiedzania ciąg dalszyObdzwonił więc chyba wszystkich innych księży z okolicy z pytaniem, czy nie wiedzą gdzie jest ksiądz- Polak. Wszystkich- łącznie z kustoszem katedry. I tym sposobem wszyscy się o nas dowiedzieli... Tyle tylko, że księdza- Polaka jak nie było tak nie było. Ale ksiądz- Hiszpan nie przejął się zbytnio taką drobnostką. Zabrał nas pod kościół księdza- Polaka i zostawił, abyśmy na niego poczekali. Może wróci... Przecież kiedyś musi wrócić!

Na szczęście, w końcu (po dobrej godzinie) udało się z nim skontaktować, czym wyraźnie sam zainteresowany nie był zachwycony. Co wiecej udało się do namówić, aby nam pomógł. Żeby pomóc- musiał wrócić z wyjazdu. Dla naszego dobra wrócił. Co więcej przenocował nas, nakarmił, pożyczył Danielowi książkę na drogę ("Heban") i oczywiście powiedział dokładnie, co o nas myśli...

Poznajemy tajemnice katedry. Bez tłumacza! To naprawdę inspirujące doświadczenie :)Drugiego dnia, ponieważ wszyscy ważni ludzie w mieście już o nas wiedzieli, nie mogliśmy uciec niepostrzeżenie na camino. Najpierw zostaliśmy zaproszeni na zwiedzanie katedry pod opieką księdza kustosza, który opowiadał niesamowite historie o budowli, jej przebudowach, przekrętach rzeźbiarzy (ale tego zdradzić nie mogę- trzeba pojechać i zobaczyć na własne oczy, jak rzeźbiarz- ateista może zafundować kościołowi niby religijne ozdoby). Potem zostaliśmy zaproszeni na obiad przez Sebastiana, który już wtedy wydawał się tak mocno na nas nie gniewać. Dalej jednak był zdania, że nam odbiło i proponował podwieźć nas do Santiago, co trwałoby jakieś 5 godzin, a nam zeszło 24 dni... Ale, ale oprowadził nas przy okazji po mieście, po targu, który akurat się w nim odbywał, zaprosił na Mszę do swojego kościoła i na koniec może nawet nas trochę polubił... Ale tego ostatniego nie jestem pewna :)

Daniel w wersji bojowejWyszliśmy późnym popołudniem, po sytym obiedzie, i te 10km, które było do zrobienia, bardzo się nam dłużyły. Już po kilkuset metrach Daniel zgubił swój szpanerski krokomierz, a niedługo później zepsuł komórkę. Spadła na ziemię i w miejscu wyświetlacza została rysa w kształcie błyskawicy. Dzięki temu nie mógł wysyłać sms, dzwonić do nikogo ani korzystać z internetu. I tak aż do końca camino... To się nazywa pielgrzymka :)

Na miejscu pierwszego noclegu, w miejscowości Carcaboso, bez większych problemów znaleźliśmy albergue (schronisko), które według przewodnika "wygląda jak garaż". Może i tak wygląda, ale w środku przypomina średniej jakości hotel. Pokoje trzyosobowe. Kuchnia w postaci mikrofalówki, lodówki i stołu na tarasie. A ponieważ niedaleko był market, to na kolację zafundowaliśmy sobie lasagne. Na koniec przyszła hospitalera i... sprawdziła wszystkim pranie. To znaczy pouczyła nas, że trzeba je dobrze wyciskać, bo inaczej do jutra nie wyschnie. I zasadniczym gestem ściągnęła wszystkie moje rzeczy i zabrała się do ich wycikania. Ale czy to moja wina, że mam tak mały siły w rękach? Woda lała się i lała, z ręczników, koszulki, i na koniec skarpetek. A wszyscy w schronisku mieli z tego niezły ubaw.

Po raz pierwszy na szlakuBył tylko jeden problem, na kolejny dzień przewidziano masakryczną odległość ponad 45km. Na wszelki wypadek powiedziałam chłopakom, że będziemy mieli tylko 42km do przejścia- zawsze to brzmi lepiej. Licząc na to, że jakimś cudem trasa się skróci, wstaliśmy skoro świt i ruszyliśmy przed siebie. Jedyne zapasy w plecakach to herbatniki (od Sebastiana) i herbatniki (też od Sebastiana). Niestety nigdzie w przewodniku nie było napisane, że po drodze nie spotkamy żadnego sklepu, baru, wodopoju... Kompletna pustka.

Bociani hotelWszystko byłoby całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że trochę się zgubiliśmy. Po pierwszym odpoczynku chętnie ruszyliśmy w stronę, w którą pojechało dwóch rowerzystów. Mariusz założył słuchawki i uczył się hiszpańskiego, a my z Danielem w najlepsze rozprawialiśmy o rzeczach niezwykle istotnych. Dwa razy zatrzymał się obok nas srebry jeep, którego kierowca coś nam tłumaczył. Uśmiechnęliśmy się, podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Co mówił- no tego to akurat nie zrozumielięmy. Kiedy dotarliśmy do gospodarstwa, na dodatek szczelnie ogrodzonego, zrozumieliśmy o co mu chodziło. Camino tędy nie wiedzie... W miejscu gdzie urządzliśmy sobie odpoczynek trzeba było skręcić w inne prawo, niż myśmy skręcili. I tym właśnie sposobem nadrobiliśmy jakieś dwa kilometry, co w obie strony dało już cztery dodatkowe na ten dzień. Pokornie zawróciliśmy. Odnaleźliśmy szlak.

A rowerzyści ponownie minęli nas po jakiś 20 minutach- znaczy, że też się zgubili...

Na chwilę przed zgubieniem drogi. A miało być tak pięknieNa postoju numer dwa Daniel porozkładał przed sobą wszystkie papierowe Euro, jakie przezornie schował w pasku- skrytce (jednym z wielu zbędnych gadżetów w jakie zaopatrują się pielgrzymi). Porozkładał je przed sobą, aby je wysuszyć, bo producent super-paska nie przewidział, że człowiek się poci i że pieniądze w skrytce zamokną. Na ten marny widok nadjechała rowerzystka. Jak się okazało Rosjanka, która tego dnia miała jeszcze większego pecha niż my. Bo już trzy razy złapała gumę, a sama nie potrafiła zmienić dętki w swoim rowerze i musiała spędzić dzień na szukaniu warsztatów. Dziewczyna wyglądała bardzo żałośnie, bo całe nogi miała pokryte różnokolorowymi siniakami. Ale chyba dzięki temu, tak jak my, wzbudzała ogólną sympatię na szlaku.

Daniel rozbiera się po raz pierwszyOstatnie kilometry pełzliśmy już w ślimaczym tempie. Dotarliśmy do wiaduktu i mieliśmy do wyboru właściwą trasę, albo "skrót". Woleliśmy nie ryzykować i poszliśmy dłuższym o 1,5 km szlakiem. Przedzieraliśmy się przez chaszcze, skakaliśmy między bagnami, aż w końcu udało się nam dotrzeć do Aldenueva del Camino, gdzie czekało puste schronisko. Ani pielgrzymów, ani hospitalero. Daniel padł na łóżko. Szybkimi łykami wypił chyba ze dwa litry wody i dostał jakiś dziwnych drgawek. Tak silnych, że łóżko zaczęło jeździć po całym pokoju. Naprawdę się wystraszyliśmy, ale to oczywiście zwyczajny szok po zmęczeniu wywołany wypiciem dużej ilości płynów w krótkim czasie. Żeby nie było zbyt poważnie, to kiedy drgawki zmniejszyły mu się do poziomu, kiedy łóżko względnie stało w miejscu, oczywiście wybuchnęliśmy histerycznym śmiechem.

Po drodze był jeszcze najbardziej znany na całej Via de la Plata łuk. Łuk jak to łuk- stał i nic więcej wokół niego się nie działo, ale zdjęcia trzeba było sobie z nim zrobić

To było bardzo bardzo bardzo długie 42km! Daniel wspomina je do dziś...

Rano poszliśmy po śniadanie do sklepu. Panowie zapili słodkie bułki litrem kakao, co dało im się we znaki przez kilka kolejnych godzin. Tego dnia mieliśmy przechodzić przez Banos de Montemayor. Jak sama nazwa wskazuje miasteczko słynie z łaźni i jest kurortem, czymś w rodzaju sanatorium. Takim hiszpańskim Lądkiem Zdrój. I jak się okazało porównanie było bardzo trafne. Średnia wieku kuracjuszy- 87 lat (nawet w Polsce byliby już na emeryturze...).

Łaźnie o poranku jeszcze były zamknięte, za to piwo w barze takie jak być powinno- zimne, gorzkie i z tapasami:) Posiedzieliśmy ponad godzinę, poszwędaliśmy się po mieście, zajrzeliśmy do albergue, gdzie żeby dostać pieczątkę trzeba było obejrzeć multimedialną wystawę o camino.  A potem czekało nas wspinanie pod górę- bardzo dużą górę!

Sławne kakao...

W tym miejscu warto wyjaśnić, dlaczego plecak Daniela był taki ogromy i ciężki. Otóż obudził się w Danielu instynkt zbieracza. Zbierał to, co tylko ludzie dawali. Herbatniki od Sebastiana były najbezpieczniejszym "trofeum", bo szbko je zjedliśmy i nie stanowiły balastu. Inaczej rzecz miała się z książką, choć trzeba oddać, że czytał ją codziennie, albo z fiszkami do nauki hiszpańskiego (wyciągnął je tylko raz, a ważyły około 1 kilograma!), albo z zielonym szalem- chustą osłaniającą od słońca (której nie użył ani razu!).

Ekstramadura jest dziwną krainą- pełną drzew korkowych, bocianów i krów. Drzewa dają cień, bociany dają dzieci, a krowy... Krowy zalegają na pastwiskach i czasami utrudniają przejście. Szczególnie kiedy taka krowa jest bykiem, stoi na środku ścieżki i patrzy na potencjalną ofiarę w postaci pielgrzyma. Krowy, wszędzie krowy...Wtedy woleliśmy schodzić z drogi, przełazić przez płoty i brnąć w chaszczach po pas, żeby się przypadkiem takiemu panu- krowie nie narazić. Skąd te krowy na szlaku. Z prostej przyczyny, camino wiedzie przez łąki i pastwiska. Co rusz wchodzi się na kolejną łąkę. A ponieważ był początek lata, to łąki pełne były soczystej trawy, co stanowiło dla bydła nie lada gratkę. Dlaczego więc ten byk tak dziwnie się nam przyglądał. Przecież nie smakujemy jak trawa...

Z Banos do Santiago pozostało nam, jak widać na znaku po prawej, jedyne 569km. Z czego by wynikało, że przez całe trzy dni przeszliśmy jedynie 50km, co ni jak nie zgadzało się z tym, co czuliśmy w stopach. Ostatnie 569 kmTak więc znów doszliśmy do wniosku, że nikt naprawdę nie wie ile kilometrów liczy sobie Via de la Plata.

Wreszcie naszym oczom ukazało się schronisko Alba y Soraya. Właścicielka okazała się bardzo miłą i rozmowną osobą. Przygotowywała kolację dla pielgrzymów. Miała być ensalada mixta i lomo (schab) z pieczoną papryką. Jako że Daniel jest uczulony na paprykę, rozpoczęliśmy wyjaśnienia. Hospitalera zrozumiała, że alergia to nie przelewki i bardzo obawiała się, że po jej obiedzie Daniel zejdzie z tego świata. Co chwilę przychodziła więc, pokazywała kolejne etapy przygotowań i dopytywała, czy aby suszona papryka go nie zabije. Na szczęście nie zabiła i rankiem mogliśmy pójść dalej.

Takie sobie zwyczajne schronisko, z paprykowym obiadem :)Jedynym mankamentem tego noclegu byli CHRAPACZE, którzy dali taki popisowy koncert, że zatyczki do uszu  nie pomogły. Daniel nie zdzierżył i noc spędził w salonie, przed kominkiem. Hałas był tak wielki, że nawet Mariusz- który potrafi chrapać jak lokomotywa, nie mógł spać.

Rankiem wioseczka była niesamowicie zaspana. Na końcu wioski czekało na nas małe źródełko z napisem "Buen camino"- na dobry początek drogi.

I reklama Kropli beskidu...

Szliśmy i szliśmy, aż w końcu dotarliśmy do jednego z najbardziej znanych i zachwalanych miejsc na Via de la Plata, a mianowicie do Albergue parroquial de Fuenterroble de Salvatierra prowadzonego przez Don Blasa i wolontariuszy. Schronisko jest jednocześnie domem parafialnym i zasadniczo dużo się tam dzieje, kręci się wiele osób, wieczorem jest msza wspólnie z mieszkańcami wioski. Ponieważ w albergue spotkali się już znani pielgrzymi, oczywistym stało się wspólne przygotowywanie posiłku.

Na kolację zatem była grecka zupa w wykonaniu Savasa (mieszkającego oczywiście tam, gdzie powinien mieszkać Grek, czyli w Australii) oraz spagetti przyrządzane przez Karla- pochodząego z Niemiec jak się można domyśleć. Zupa to ciekawe połączenie rosołu z fasolką i szpinakiem, a spegetti najbardziej powszechne i znane na całym świecie z sosem neapolitańskim.

Sypialnia w albergue parroquial de Fuenterroble de Salvatierra Generalnie nie chodziło o to, żeby się najeść, ale żeby miło spędzić czas. Jednak panowie nagotowali tak wielki gar jedzenia, że nakarmiliśmy jeszcze wolontariusza z Wenezueli, Don Blasa i kilka innych osób, które się akurat napatoczyły. Na Mszy Świętej po raz kolejny sprawdzony został język hiszpański w wykonaniu Mariusza. Tym razem musiał tłumaczyć na polski błogosławieństwo dla pielgrzymów. Poradził sobie znakomicie- to, że tłumaczenie nie miało nic wspólnego z tekstem oryginalnym, jest oczywiście najmniej ważne :)

Wieczorem Savas nauczył Daniela nowego sposobu przebijania pęcherzy. Odeszliśmy od tradycyjnie polskiego zawiązywania nitki na supełek, po której to nitce miała odpływać woda. Savas zalecił po wyciśnięciu wody (pęcherz musi być przekłuty sterylną igłą oczywiście) wprowadzenie za pomocą strzykawki kilku kropel spirytusu lub pioktaliny. Szczypie okropnie, ale odkaża ranę od środka i szybciej goją się rany.

Iście... :P

Pęcherze przebite, ale Daniel nie mógł iść dalej, bo jego nogi po wieczornych zabiegach Savasa nie nadawały się do niczego. Tak więc musiał jakoś dotrzeć do kolejnego noclegu. Don Blas polecił autostop. Wytłumaczył, w jakim kierunku ma się kierować Daniel i na jakich skrzyżowaniach musi wysiąść, żeby dotrzeć do następnej miejscowości. Mapa wyglądała co najmniej "tajemniczo" i wynikało z niej, że będzie musiał znaleźć co najmniej 4 kierowców, którzy podrzucać go będą o jakieś 4-5 km zanim dotrze do celu. No chyba żeby akurat udało by się znaleźć kogoś, kto jedzie dokładnie do tej wioski gdzie chcieliśmy dotrzeć. Ale przy niewielkim natężeniu ruchu taka możliwość raczej była mało prawdopodobna.

W SalamancePo zostawieniu Daniela na poboczu poczłapaliśmy w stronę wiatraków. Najważniejsze, że jakoś udało się przebrnąć przez ten dzień, bo był naprawdę ciężki. Po drodze nie było ŻADNEGO OTWARTEGO BARU! Skandal, naprawdę skandal jak na kraj gdzie jeden bar przypada na 7 mieszkańców... Szliśmy pod górę, w stronę wiatraków, żeby przejść przez przewyżenie i zobaczyć długą i krętą drogę w dół, bez jednego drzewa, które mogło by dać choć odrobinę cienia. Niezwykłą mądrością wykazały się owce, bo zbierały się w stada, ustawiały tyłem do słońca, a we własnym cieniu chowały młodsze lub słabsze sztuki. Wymieniały się też od czasu do czasu między sobą, aby każda miała trochę odpoczynku. My nie zatrzymywaliśmy się, bo tego właśnie dnia na dodatek przyczepiały się do człowieka całe chmary much. Wlatywały do oczu, do nosa, drażniły skórę... To się nazywa obcowanie z naturą...

Z San Pedro powędrowaliśmy prosto do Salamanki, gdzie chcieliśmy zostać jeden dzień i trochę pozwiedzać.Salamanka Zanim jednak znaleźliśmy się w schronisku czekała nas długa, pomarańczowa droga, bez drzew!!! Wszyscy dostali jakiegoś przyspieszenia i pobiegli przed siebie. My z Danielem dreptaliśmy dzielnie, aż do końca drzew. Kiedy minęliśmy ostatnie stwierdziliśmy, że wracamy i odpoczywamy w cieniu, bo nie wiadomo kiedy będzie następna taka okazja. Daniel pościągał z siebie większość ubrań, które były tak mokre jakby dopiero wyciągnął je z pralki. Przebrał się w suche rzeczy, a te zużyte zawiesił na plecaku, dzięki czemu wyglądał jak chodząca suszarka na bieliznę... Całe szczęście, że jego mama nie widziała go w tej chwili, bo obraz nędzy i rozpaczy to najodpowiedniejsze określenie.

Kiedy budzi się pragnienie...Na rozstaju dróg, z których jedna prowadziła w prawo, do jakiegoś małego miasteczka, na tablicy informacyjnej zachęcająco widniał znak "BAR". Może byśmy się i nie skusili, ale... na tym samym znaki czerwoną wskążką przewiązne były łyżka i widelec, plastikowe sztuće Mariusza. Znak rozpoznawczy- NASI JUŻ TAM SĄ. Bez większych problemów znaleźliśmy bar, gdzie Kasia i Mariusz już raczyli się tapasami. Daniel wpadł w szał, zamawiał wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu jego wzroku- świńskie uszy smażone, świńskie nosy duszone, języki wołowe w galarecie i na ciepło... Pyszności!

W albergue byli już oczywiście Savas i Karl, ale po zapoznaniu się z zasadami stwierdzili, że lepiej mieszkać w prywatnej kwaterze. Hospitalero rzeczywiście miał swój pomysł na pielgrzymów. Na początku wymienił ciurkiem obowiązujące zasady, a szczególnie zakazy i przestrzegł, że jeśli ktoś nie wróci na 22.30 to do rana nie wejdzie do albergue... No i oczywiście się spóźniliśmy. Krata w drzwiach była zamknięta i kropka. A w ten dzień w Salamance była fiesta z fajerwerkami. Więc poszliśmy na tyły schroniska, żeby sobie chociaż pooglądać sztuczne ognie. Na szczęście okazało się, że pozostali pielgrzymi mieli taki sam pomysł jak my, i że potem spokojnie można bylo wejść do albergue... Szczęście czy sprawka Jakuba?

Dom pełem muszli jakubowychCzy warto było zostać cały dzień i zwiedzać Salamankę?- zdania są podzielone, ale już w żadnym innym mieście nie zostawaliśmy na dłużej. Poszwendaliśmy się po muzeach, otwartych kościołach, sfotografowaliśmy to i owo, i tak minął dzień. Wieczorem posiedzieliśmy na rynku, poprzypatrywaliśmy się na przedstawienie pewnego mężczyzny, który robił wielkie bańki mydlane. 

Zwiedzanie katedry, były tam bardzo fajne lustra, wszędzie dużo luster

No więc poszliśmy dalej, aż do El Cubo del Vino. Droga trochę nas wymęczyła, bo jak zwykle było gorąco... Ale nie chciałabym żebyśmy wyszli na wiecznie niezadowolonych. Po prostu kiedy camino biegnie wzdłuż drogi, a tak było tym razem, to traci wiele na swoim uroku. Szczególnie jesli jest to droga szybkiego ruchu, tak jak N-630, caratera nacional, czyli droga narodowa. Ogrodzona płotem, czteropasmowa, szybka i głośna- kiedy w Polsce się takich doczekamy... Nawet Euro jak widać nie zdziałało cudów.

Padnięty

Po południu zaprosiliśmy wszystkich pielgrzymów na Mszę, którą Mariusz odprawił w jadalni, przy stole zaścielonym zieloną ceratą. Cały czas latały wokół nas stada much, a przecież już byliśmy po kąpieli... Zaskoczeniem okazało się zbyt dobre samopoczucie Mariusza, który w pewnym momencie zaczął śpiewać po polsku "Jeden chleb co zmienia się w Chrystusa Ciało", no i zrobił się mały klops... Zdolności wokalne to nie jest nasza mocna strona. Szczęście, że Daniel przypomniał sobie jak był ministrantem i pociągnął pieśń do końca. Bo jeszcze na dodatek  Lucia (rodowita Włoszka) kręciła to wszystko swoją kamerą! Muszą mieć z nas teraz niezły ubaw w tej Italii...

Pod schroniskiem w Zamorze

Kolejny etap to następne warte zwiedzenia miasto- Zamora. Jednak nauczeni poprzednimi doświadczeniami, darowaliśmy sobie zwiedzanie. Tyle naszego ile zobaczyłyśmy z Kasią podczas zakupów, odwiedzin w aptece i paru otwartych kościołach. Panowie nawet nie kwapili się żeby wyściubić czubek nosa ze schroniska. Dopiero wieczorem, kiedy upał trochę zmalał podreptaliśmy na most, żeby zobaczyć sztuczne ognie. Oczywiście informacje przez nas posiadane były odrobinę niekompletne i pokaz ten miał się odbyć dopiero następnego dnia. Oj taka mała nieścisłość- kto by się przejmował :)Niby bocian, a dumny jak paw

Za to z całym przekonaniem muszę stwierdzić, że schronisko w Zamorze to jedno z najlepszych i najefektowniejszych jakie widziałam. Warunki, gospodarze, widok z okna, inni pielgrzymi- wszystko rewelacyjne. Menu na kolację internacjonalne- każdy robił spagetti i każde było inne: Włosi gotowali z owocami morza, Polacy z mięsem, dwaj rowerzyści niezidentyfikowanej przeze mnie narodowości- w wersji wegetariańskiej (raczej nie z poglądów, co z lenistwa lub braku umiejętności, po prostu polali makaron sosem pomidorowym). Ale zapachy rozchodziły się po całym albergue. Do tego każdy kupił butelkę wina- białe, czerwone, różowe, od wyboru do koloru. I było wesoło.

Obrazek :)

Kiedy atmosfera w schronisku jest przyjazna, to rankiem naprawdę żal wychodzić wiedząc, że pewnie się tu już nigdy nie wróci. A nawet jeśli się wróci, to inny czas i inni ludzie sprawią, że będzie to zupełnie inne miejsce. Żałuje się także tego, że nie zawsze weźmie się namiary na danych ludzi, miejscowość, budynek, i że ten kontakt zostaje czasami tak po prostu przerwany. Dopiero jak idzie się z kimś kilka dni, to człowiek opamiętuje się i zapisuje numer telefonu lub adres korespondencyjny.

Prawie jak na akwareli...Z takich znajomości czasami wynikają niesamowite rzeczy- na przykład odwiedziny w miastach, skąd są inni pielgrzmi. Po camino del norte zostały bardzo dobre kontakty z Silvią i Germanem, u których byliśmy już dwukrotnie, i którzy także odwiedzili Polskę. Najbardziej podobało im się oczywiście Zakopane i swojskie polskie jedzenie. A zadziwili się tym, że gdy u nich w Barcelonie było jakieś 25-28 stopni, to u nas w Polsce akurat panowały 36 stopniowe upały, które nawet Hiszpanom dały się we znaki.

Apogeum meliniarstwa

Rankiem mieliśmy przejść koło malowniczego kościółka, do którego można było iść prawdziwym camino, ale akurat było zalane i przedostawaliśmy się drogą szybkiego ruchu. Rzeczywiście kościółek był przeuroczy, co podziwiać można na obrazku po prawej.

Ponieważ jako ekipa nie mieliśmy zbędnych skrupułów, żeby zachowywać się zupełnie swobodnie, toteż czasami nasze odpoczynki przybierały postać legowiska meliniarskiego, o ile takie słowo dobrze oddaje klimat całości. Oto kilka przykładów na zdjęciach poniżej...

Każdy ma swój kawałek cieniaNo oczywiście nie zachowywaliśmy się tak przez cały czas, ale jak się okazało byliśmy dzięki naszym "obozowiskom" dość rozpoznawalni. Zdarzyło się na przykład, że po jednym z postojów zostawiliśmy kijki na trawniku i poszliśmy bez nich. Co nie uszło uwadze miejscowych. Podwieźli kijki kilka kilometrów dalej, by wręczyć je nam w kolejnej miejscowości. To się nazywa uczynność. Tak się czasami zastanawiam, czy Hiszpanie mają dosyć pielgrzymów łażących bezustannie po ich wioskach i miasteczkach, czy też nie zwracają na nich uwagi. Zapewne tych, którzy mieszkają na szlaku francuskim może trochę męczy obecność caminowiczów, ale potrafią wykorzystać ich do napędu swojej gospodarki.

Daniel rozbiera się po raz drugi... Tym razem na środku drogi...

A tym pozostałym chyba nawet pielgrzymi sprawiają jakąś radość- jest z kogo się pośmiać (jak na przykład zostawi swoje kije), jest o kogo się troszczyć- gdy pielgrzym zgubi drogę, jest do kogo odezwać się w barze (o ile pielgrzym zna język). 

 

Nie mogło odbyć się bez komplikacji bólowo- pęcherzowych. Chyba tak już po prostu jest, że na pierwszym camino człowieka dopadają wszelkie możliwe dolegliwości i albo je zniesie, albo już więcej nie wróci na szlak. Tym razem, to Daniel cierpiał największe męczarnie i odgrażał się głównie w moim kierunku, że to wszystko moja wina, że ja go niby namawiałam na camino, czy coś... Stwierdził też pewnego pięknego dnia, że moje imię będzie zakazane w jego domu, albo że już nigdy nie powie do mnie inaczej niż "42"- pamiętacie historię z długimi kilometrami...

Kościółek. I bociany muszą być!

W kolejnej miejscowości okazało się, że schronisko jest... zamknięte. To znaczy nie tak do końca zamknięte. Inni pielgrzymi poradzili sobie wchodząc przez okno, więc my także poszliśmy ich śladem i wleźliśmy oknem. Miasteczko było przeleniwe. Ludzie błąkali się po uliczkach, dzieci jeździły na rowerach, ale jakoś tak wolniej niż zazwyczaj. Sjesta na całego. Udało się nam jeszcze zajrzeć do sklepu przed zamknięciem i kupić co nieco do zjedzenia, pójść na Mszę- oczywiści spóźnioną i odbyć wizytę w piekarni. Czyli mieliśmy dość pracowite popołudnie, a wieczorem na rynku ruszyły przygotowania do targu, który miał się zacząć jutro rano. Targ to prawie święto, więc wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Rano okazało się, że to targ warzywno- owocowy i, jak się można domyślić, dało się tam kupić prawie wszystko.

Widoczek :)Szliśmy bardzo malowniczymi terenami. Wokół kwitnące łąki, oczywiście nadal pełno bocianów i krów. Jak się człowiek tak porządnie naogląda, naoddycha i naczuje tego wszystkiego, to bardzo trudno zrozumieć czemu dusimy się w naszych wielkomiejskich mieszkaniach, siedzimy w klimatyzowanych galeriach i uciekamy od wszystkiego, co jest proste, naturalne i prawdziwe. Ale camino uczy też mądrości, tego wnikania w przyrodę, świat, tego herbertowego "poznania szorstkości ziemi". Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie...I dlatego wraca się do codzienności, ale jednocześnie nie można zapomnieć o Drodze, nie można zapomnieć o naturze, chce się wyjść w góry i po prostu iść. Znajomi później uważają nas za wariatów, bo w wolnym czasie łazimy po szlakach, śpimy w schroniskach, rozbijamy namioty tam, gdzie już nie ma innych możliwości noclegowania. Ma się w sobie coś z takiego pozytywnego wariata.

Małe hiszpańskie wioski, gdzieś na prawdziwym końcu świata, zapomniane przez wszystkich robią największe wrażenie na pleigrzymach. Tutaj słychać prawdziwą ciszę, widać prawdziwe życie i czuć prawdziwe zapachy- czasami aż nazbyt prawdziwe, szczególnie jak drogą szło wcześniej stado krów. No ale przecież nic, co ludzkie (i nieludzkie), nie jest nam obce.Na końcu świata...

Obcowanie z hiszpańską kulturą czasami bywa też zaskakujące. Nie tylko tempo życia, nie tylko zwyczaje i obyczaje, ale również pomysłowość mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego potrafią nieźle zadziwić. Tak było w Santa Marta de Tera. Początkowo chcieliśmy spać wioskę wcześniej, w jednym z najciekawszych albergue na trasie, ale kiedy dowiedzieliśmy się o fieście w Santa Marta, to stwierdziliśmy że może warto by w niej uczestniczyć. Nie ma to jak pranie na środku rynku...Bez większych problemów znaleźliśmy schronisko. Było w samym środku miasteczka. Na rynku. Miejsca noclegowe jakie przypadły nam w udziale to materace na podłodze, ale za to była pralka, gdzie postanowiliśmy zrobić porządek z naszymi rzeczami (a zrobienie porządku na tym etapie było konieczne). Koło godziny 17.00-18.00 na rynek przyjechały ciężarówki i zaczęto ustawiać scenę. Jakoś nas to jeszcze wtedy nie zdziwiło, chociaż w Polsce zaczęto by przygotowania co najmniej dzień wcześniej. Ale... Koło 20.00 w zasadzie wszystko było gotowe. Ponieważ fiesta, to oczywiście sklepy już pozamykano, lecz od czego jest bar. W barze puściutko. Koło 21.00 wylegliśmy ze schroniska w poszukiwaniu ludzi i atmosfery świętowania. Nie znaleźliśmy ani jednego, ani drugiego.

Zwiedzanie

Załapaliśmy się na próbę mikrofonu i jedną piosenkę zespołu, który miał występować na fieście. Lekko zadziwieni zaczęliśmy więc dopytywać w barze, skąd te pustki. Ku naszego szczeremu zaskoczeniu otrzymaliśmy informacje, że impreza zaczyna się o... 1.00 w nocy. I to nie był żart.

Jako pielgrzymi nie jesteśmy zbyt wytrzymali i siedzieć całą noc w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy to trochę nie dla nas. Wypiliśmy po piwie i po prostu poszliśmy spać. Daniel i Uve zostali na czatach i mieli nas obudzić, jakby się zaczęło coś dziać. Ale tak naprawdę dopiero po północy zaczęli schodzić się ludzie. Całe rodziny, z dziećmi, z dziadkami, jak na każdym zwyczajnym festynie. Ale do koncertu nawet nasi dzielni panowie nie wytrwali. Sen przyszedł szybciej. A muzyka, mimo że scena była tuż za naszym oknem, nie obudziła chyba nikogo w albergue. Rano po fieście zostały miliony butelek i szklanek z baru. Ale jeszcze nikogo nie zbudzono do posprzątania wszystkich tych pozostałości.

JazdaaaaaaGłupawka dopada pielgrzyma nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd się bierze. Tak czy inaczej bywają takie sytuacje, że człowiek robi rzeczy, o które nawet sam siebie by nie podejrzewał. Czasami zupełnie nie pasujące do poważnego wizerunku, jaki przez lata wyrabialiśmy sobie w pracy, w rodzinie, wśród znajomych. Są po prostu takie "wyzwalacze", że trzeba się powygłupiać, aby nie zwariować. Bez tego życie było by przecież bardzo monotonne.

Mariusz i sztuka nowoczesna

Kolejnego dnia, wg naszego przewodnika, mieliśmy przechodzić przez jakiś ciekawy most a potem wzdłuż rzeki w której można się było wykąpać. Wszystko to okazało się być prawdą, więc wskoczyliśmy w stroje kąpielowe i postanowiliśmy popływać. Chociaż to chyba nie najwłaściwsze słowo, bo z naszej ekipy tylko jedna osoba pływać potrafi... Cała reszta tylko się trochę pomoczyła w niezbyt ciepłej wodzie, odmoczyła pęcherze i jako pierwszy do wymarszu był gotowy Daniel. Droga do schroniska nie miała być długa, jakieś 4km, ale dziwnym trafem trochę się "rozciągnęła". Daniela nie udało się dogonić, chyba dostał jakiegoś mega-przyspieszenia. My natomiast w trójkę spotkaliśmy całe stado dzików. Najpierw drogę przebiegły nam warchlaki. I już to wywołało w nas dość spore przerażenie. Na dodatek w krzakach po prawej stronie siedziało coś znacznie większego i postękiwało.

Jamon, czyli "suszone nogi mamuta":)

Nie wróżyło nam to niczego dobrego."Dzik jest dziki, dzik jest zły..." to wie każde dziecko, ale co robić kiedy się już takiego dzika spotka, tego mądre wierszyki nie mówią. Tylko "na drzewo szybko zmykaj"- cudowna rada, kiedy idziesz po łące, a do najbliższego drzewa... co najmniej kilkadziesiąt metrów. Chyba obudził się w nas instynkt samozachowawczy, bo postanowiliśmy przestraszyć dzika. Krzycząc, klaszcząc i bardzo się bojąc przeszliśmy obok zarośli i prawie biegiem oddaliliśmy się na bezpieczną odległość od "potwora". W sumie najbardziej baliśmy się tego, żeby nie wyskoczył z impetem z tych krzaków i nie połamał nam nóg, bo camino ze złamaną nogą mogłoby okazać się nieco trudniejsze... Przydała się chusta Daniela :)Na szczęście w całości dotarliśmy do schroniska w Rionegro del Puente, gdzie hospitalera przekazała nam informacje, że nie mogła się porozumieć z Danielem, ale że zrozumiała z jego opowieści, że gdzieś są jacyś jego "amigos" i że będą też tu nocować. Nie miała więc wyjścia i czekała na nas, żeby podbić credenciale i zaopatrzyć nas w pościel.

Camino SanabresNa trasie czekała nas  Puebla de Sanabria. Piękne maisteczko, do którego prowadziła bardzo malownicza górska droga. Trzeba było wejść na szczyt, żeby z niego zobaczyć miasto. Drogę znaczyły kamienne tablice, tak że nie sposób było się zgubić. W Puebla pierwszą rzeczą jaką chciałam odnaleźć była apteka. Skończył się nam zapas igieł do amputowania pęcherzy, więc konieczne było uzupełnienie braków.

Dopiero po wyjściu z apteki zabraliśmy się za zwiedzanie tych własciwych atrakcji. Czekał na nas zamek i katedra. Tyle tylko, że w czasie sjesty wszystko było zamknięte. Ale za to na górze znaleźliśmy Uve i namówiliśmy go na małe piwko przed dalszą drogą. Jak się okazalo piwko było bardzo potrzebne, bo na trasie dość łatwo było się zgubić- trzeba było mieć więc zapas witamin na całą resztę dnia. Daniel nie wytrzymał atmosfery zwiedzania i wyruszył jako pierwszy. W drodze do Puebla de SanabriaMy jeszcze odwiedziliśmy kilka sklepików, chociaż robienie zakupów w postaci pamiętek jest co najmniej nierozsądne- przecież trzeba by je było nieść kolejne kilkaset kilometrów. A były tam takie piękne gliniane garnki... Każdy ważył chyba ze 2 kilogramy...

W drodze do miasta minęliśmy kilka wioseczek rodem z prawdziwego końca świata. Niektóre były całkiem wyludnione. Zostały tylko ruiny domów, albo kawałki sprzętu rolniczego. W innych widać, że ktoś jeszcze mieszka, ale oczywiście ludzi nie udało się zauważyć. Za to spotkaliśmy całe stada owiec. Łaziły sobie dumnie po wsiach, nie przejmując się tym kim są ani gdzie są. Te cwańsze przeskakiwały przez ogrodzenia do ogródków, bo przecież za płotem zawsze jest smaczniejsza trawa. Za bramą zostawały tylko malutkie owieczki i te bardziej upasione, którym brzuchy nie pozwalały przeskoczyć muru. Oczywiście owce, które zostały porzucone beczały głośno wzywając pomocy starszych i silniejszych. I tak cały dzień można było stać i patrzeć na ten spektakl :)

BajkaZa Puebla trafiliśmy do innego świata. Zupełnie jakby go ktoś namalował. Burza kolorów po prostu nie mieściła się w głowie. Ale najciekawsze było to, że przez fragment tej bajkowej krainy właśnie robiono podkop, żeby przeprowadzić tamtędy jakieś wielkie rury. Budowa to nie przelewki, więc obowiązywał na niej absolutny zakaz wstępu, który nie dotyczył tylko pielgrzymów. Jak widać mamy wszędzie fory.

W tym bajkowym otoczeniu wielu osobom udało się zgubić. Uve zapodział się już na początku, zaraz po wyjściu z miasta, nie zauważył znaku skrętu w prawo. Daniela spodziewaliśmy się spotkać już na miejscu w Requejo w schronisku. Zakazy nie dotyczą pielgrzymów :)Ponieważ były tam aż trzy miejsca noclegowe obeszliśmy wszystkie trzy, ale go nie znaleźliśmy. Grzecznie więc zaczekaliśmy w barze, a tam po pewnym czasie przybył jeszcze nieznany pielgrzym. Nawet nie wysilając się na pogawędkę w obcym języku od razu odgadliśmy kto jest kim. Z opowieści innych caminowiczów wiedzieliśmy od razu, że to musi być Arek. Arek też od razu wiedział, że my to my. Usiadł z nami na kolejnego "Schwepsa", a potem, niestety nie doczekawszy się Daniela, poszliśmy do albergue. Kiedy już prawie wszyscy zdąrzyli się wykąpać nadszedł on- zdobywca, Daniel w całej okazałości. Nie mógł zrozumieć jak go wyminęliśmy, skoro go nie mijaliśmy. Ale ponieważ jak wiadomo cuda się zdarzają, dość szybko przeszedł nad tym do porządku dziennego. Opowiedział nam za to gdzie był (Tak do końca to do dziś nie wiemy gdzie on sie tyle podziewał...). Otóż był w jakimś ogrodzie, gdzie były większe od niego paprocie. Jakiś człowiek go tam wpuścił i pokazał drogę do schroniska. To chyba był taki syndrom opuszczenia przez grupę...

Iść ciągle iśćWieczorem poszliśmy do restauracji polecanej przez przewodnik. Trochę zrobiliśmy to w ramach wsparcia lokalnych przedsiębiorców. Przewodnik bowiem głosił, że właściciel restauracji serwuje wyśmienite potrawy, ale niestety od kiedy powstała autostrada, ma coraz mniej klientów, bo nie mają oni możliwości zjechania z dużej, ruchliwej drogi, żeby przyjechać do miasteczka. Dlatego też postanowiliśmy podzielić się swoimi euro z tym panem. Jedzenie rzeczywiście było wyborne. Świeże "trucha"- czyli pstrągi były po prostu pyszne.

Widać, że zapowiadała się głupawka...Rano jeszcze raz odwiedziliśmy restaurację w celu skonsumowania śniadania, a potem wyłapaliśmy fazę na śpiewanie polskich przebojów, na czele z "Hej, sokoły!" Wystraszyliśmy Kasię, wystraszyliśmy Arka, wystraszyliśmy Uve. Ale nie poddaliśmy się, a co! Śpiewać przecież każdy może. Potem szliśmy i szliśmy i szliśmy, i cały czas było pod górę. A to nie była jeszcze ta najwyższa góra, na którą się dziś trzeba było wspiąć. Przewodnik straszył, że będzie ciężko, więc każdy wybrał własne tempo i praktycznie każdy wchodził sam. Bo najgorzej człowiek wygląda jak jest maksymalnie zmęczony i kiedy nie ma siły nawet odezwać się do towarzyszy. Myśli tylko o sobie, o tym co go boli. Ale myśli też o tym, że właśnie coś zdobywa, że ten wysiłek nie idzie na marne, że to dla niego ważne.Tacy uśmiechnięci :)

Góry wysokie, co im z Wami walczyć każe?
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu lecz następni pójdą dalej
Tylko czasem zamyślenie, tylko czasem zamyślenie...

 

A po zdobyciu wzgórza weszliśmy do Galicji, kolejnej prowincji na trasie. Tej ostatniej, tej w której jest Santiago. Chociaż prawdziwym celem nie jest samo Santiago. Liczy się camino, droga, trud, zmęczenie i zamyślenie. Tak więc z pewnym zamyśleniem zeszliśmy w dół, by trafić... do hotelu SPA. Coś nieprawdopodobnego. Takie rzeczy tylko w Galicji! Maleńka wioska, jeden sklep, przystanek autobusowy, jedna asfaltowa droga i hotel. Z klimatyzacją, skórzanymi fotelami i całym drogim wyposażeniem. I co najważniejsze, zniżki dla pielgrzymów. Pewnie gdyby nie moja mała pomyłka matematyczna, moglibyśmy się tu zatrzymać na nocleg i skorzystać z zabiegów regeneracyjnych. Co trzeba zrobić na szczycie?Jeśli oczywiście wpuszczono by nas z naszymi pęcherzami, zdartymi nosami i ogólnoustrojowymi bólami wszystkiego, co człowieka może boleć. Ale ponieważ, jak wspomniałam, trochę mi się pomyliły dni, to nie bardzo mieliśmy czas na takie ekstrawagancje. Pomyłka była malutka- wydawało mi się, że czerwiec ma 31 dni, a nie miał... i to był problem. Brakowało nam jednego dnia, który był ujęty we wszystkich rachubach, a jego po prostu nie było...

Msza na łąceUdało się też odprawić ciekawą Mszę, obok przyczepy od traktoru. Mszę, na której stawiło się całe stado psów zaciekawionych tym, co też ci dziwni ludzie robią na ich łące. Jak się dowiedzieliśmy te psy, to mogły nie być psy, bo teren słynie z tego, że jest tu bardzo dużo wilków. Nad Lubian jest nawet miejsce, gdzie od wieków istnieją pułapki na wilki. Ogrodzone murem pułapki, w których dla schwytania zwierząt zostawiano żywą kozę, by ta zwabiała drapieżniki. Kiedy wilki wskoczyły do zabudowania, nie miały szans żeby się z nich wydostać i w ten sposób stanowiły łup człowieka. Tradycja, czy może potrzeba, dla wszystkich jest brutalna. Obrońcy ziwerząt stwierdzą, że to bestialstwo ze strony człowieka, ale pasterze widzą ten sam proceder jako obronę swoich stad przed zagrożeniem.

Następne schronisko, w A Gudina, było niezwykle zadbane. Wykończone drewnianymi belkami, czyste, z kuchnią. Naprawdę pielgrzymie marzenie. Jedyny problem pojawił się rano, bo w miejscowości rozwidlał się szlak. Można było wybrać drogę 2 lub 3 dniową. Na rozstaju dróg...Z racji tego, że nasze czerwiec nie miał jednak 31 dni, wybralismy krótszą wersję. I to miał być najbardziej kontrowersyjny punkt na trasie tego dnia. Skupieni z pełną uwagą wybraliśmy dobry kierunek.

Reszta dnia miała pójść jak po maśle. Mariusz wyrwał po przodu. Kasia, Daniel i Uve trochę później wyszli z albergue, a ja po prostu szłam przed siebie. Przed jedną z wiosek zauważyłam Mariusza, który zastanawiał się, jak biegnie camino. Na asfalcie przez pewien czas nie było strzałek, a po lewej stronie znalazł się szlak prowadzący dookoła wzniesienia. Jakoś nie mogliśmy zgodzić się na to, żeby camino zbaczało aż tak bardzo od głównej drogi i zawzięcie szukaliśmy strzałek na szosie. Udało się dopiero po jakiś 50m. Camino jednak biegło asfaltówką. Droga była po prostu obłędna, za każdym zakrętem witały nas nowe krajobrazy. W mini-wioseczkach wychodziły nam na spotkanie stada psów. No po prostu czary...

Żeby tylko nie zgubić drogiCzary okazały się być czarami nie tylko dla mnie. Mniej więcej po 3 godzinach marszu zadzwonił telefon. Normalnie na camino telefony albo się wyłącza, albo ich nie odbiera. Tym razem jednak coś mi mówiło, że to może być ważna wiadomość. Dzwoniła Kasia i zapytała, czy na naszej drodze też tak długo nie było oznakowania. Długo- jest pojęciem względnym. Na ich trasie "długo" to było jakieś półtorej godziny. Innymi słowy jakieś 5-6 km. A to znaczy BARDZO DŁUGO!!! 

Zgubili się dokłądnie na tym zakręcie gdzie spotkałam Mariusza, i niestety nie znaleźli znaku na alfalcie. Poszli w prawo na piękną trasę krajobrazową. Widoków na zdjęciach zazdrościmy im do dzisiaj, ale oznaczały one kilkanaście dodatkowych kilometrów w nogach. Nieco skonsternowani zwolniliśmy tempo i postanowiliśmy być może zaczekać na nich gdzieś jeszcze na szlaku. PięknieJednak kiedy dogonił nas Arek wspólnie stwierdziliśmy, że czekaniem im nie pomożemy, a przynajmiej będą mieć wolne łazienki w albergue, jeśli my się wcześniej wykąpiemy. Tym bardziej, że było naprawdę gorąco. W barze po drodze zjedliśmy jakieś przekąski i dotarliśmy do schroniska. Wcześniej jednak trzeba było zameldować się w biurze pielgrzyma i otrzymać zestawy pościelowe. A w albergue już na nas czekał Savas i z radością powitał w skromynch progach schroniska.

Z widokiem na myśli moje :)Kasia, Daniel i Uve dobrnęli do albergue dość późno. Dobrnęli, to chyba najwłaściwsze słowo. Byli padnięci. Na szczęście zjedli po drodze obiad, bo inaczej chyba padli by w gdzieś w górach. Nie mieli siły praktycznie na nic.

Kampania polityczna... Uve zdał relację z "gubienia się". Otóż zauważył Daniela i Kasię, którzy już skręcili w felerną prawą stronę i długo się nie namyślając podążył za życzliwym machaniem Daniela. Tym bardziej, że zapewnili go, iż te ślady na ścieżce to "Mariusza but", co znaczyło, że Mariusz tędy wczesniej szedł. No jak "Mariusza but" to nie było dyskusji... Swoją drogą ciekawe czyj to był but?

Ile wody może wytopić człowiek?Było nie było, trochę się trzeba było nachodzić z tym zgubieniem. A to jeszcze nie koniec camino. Czarę goryczy dla Daniela przelała inna akcja.

Po dzikim odpoczynku na środku rynku w jednym z małych sennych miasteczek, ruszyliśmy drogą wyglądającą jakby z bajki o hobbitach. Małe, śmieszne domki, przy nich równie niewielkie ogródeczki. Do tego upał około 40 stopniu w cieniu, i w tym wszystkim MY. Zasapani i zlani potem. A do celu miało być tak niedaleko... Tymczasem droga dłużyła się i dłużyła. Daniel przechodził samego siebie jeśli chodzi o wypacanie płynów z organizmu. Ciągle coś pił- a to ice tea z camel-back'a, a to wodę z jednej z kilku butelek, które miał zawsze ze sobą, a to colę z któregoś sklepu lub baru po drodze. Nieważne- byle było mokre. A zgodnie z prawami biologii, im więcej pijesz, tym więcej musisz później wytopić. Więc wytapiał i wytapiał. Co chwilę stawał na poboczu i wyciskał wodę ze swojego kapelusza, przebierał koszule, spodnie, skarpetki...Wszystko na nim i wokół niego było mokre.

Po pożarzeW upale i kurzu dobrneliśmy do końca asfaltowej drogi i dalej trzeba było iść polami. Wydawało się, że miało już być naprawdę blisko... Ale nie było. Na dodatek szlak wiódł po pagórku, na którym dzień wcześniej był pożar. Kiedy szliśmy, jeszcze co chwilę widać było dopalające się resztki krzewów i traw. Helikoptery wylały tu hektolitry wody i teraz zapadaliśmy się w jeszcze miękkim gruncie. Ta droga wdrukowała się nam mocno w pamięć. Aż w końcu dotarliśmy do wioski, w której nie mogliśmy odnaleźć schroniska. Kilka razy przeszliśmy camino w tą i z powrotem, a z braku tubylców nie było kogo zapytać o albergue.

Sen pod narkozą

Aż w końcu znalazł się pewien rolnik, który chyba zauważył nasze problemy i z uprzejmością wyjaśnił nam, gdzie jest schronisko. Nie zrozumieliśmy ani słowa, ale na szczęście na koniec pokazał ręką kierunek, gdzie mieliśmy się udać. I to było to czego oczekiwaliśmy. Dziękując i uśmiechając się dotarliśmy na miejsce. Miejsce, którego sypialni jeszcze nie otwarto, bo hispitalero nie przybył na miejsce. Skorzystaliśmy więc z pralni i łazienki, wyłożyliśmy się na słońcu, trochę pogryzły nas mrówki, ale za to solidnie odpoczęliśmy.

I wszystko było by dobrze, gdyby nie to, że kolejnego dnia daliśmy sobie fory. Wstaliśmy później niż zwykle. Koło 9.00 dopiero ruszyliśmy na szlak. Wędrowaliśmy spokojnie i bez zbędnych nerwów. Mapa w przewodniku wyglądała tak, jakoby camino łączyło się w pewnym momencie z asfaltówką, zatem postanowiliśmy pójść kawałek utwardzoną drogą. Wybory, w kurniku...Wcześniej jednak zatrzymaliśmy się na śniadanie, które trochę się przeciągnęło. Po nim spakowaliśmy się i pytając po drodze wszystkich napotkanych osób próbowaliśmy ustalić jak daleko do kolejnego noclegu. Ludzie zadziwiali się, twierdzili, że chyba to nie ta droga, że stąd jest jakieś 20 kilometrów. Z naszych obliczeń wynikało, że jedynie 10... Ale któż by się przejmował niuansami.

Po jakimś czasie zrozumieliśmy, że to chyba nie ta droga. No ale honor nie pozwalał, żeby wracać. Cóż by sobie pomyśleli o nas ci ludzie, których pytaliśmy o kierunek. Zabrnęliśmy więc na jakiś szlak turystyczny będący ścieżką dla koni. Potem wylądowaliśmy na łące... Trawa była miejscami wyższa od nas, a w najniższych partaich sięgała po pas. Wybrudzeni tą trawą, pylącymi się akurat ziołami, błotem i Bóg jeden wie czym jeszcze, stanęliśmy w końcu na brzegu tejże łąki. Z nogami w jeżynach. Przed wodospadem. I wtedy zrozumieliśmy, że dalej nie pójdziemy. I trzeba wracać. Ciężko się było z tym pogodzić.

Kiedy Bóg ci towarzyszyWyszliśmy z naszej łąki, jak przestraszone zwierzęta. Ze spuszczonymi głowami przemaszerowaliśmy przez wioskę. Na szczęście nikogo ze spotkanych wcześniej osób już tam nie było. Wróciliśmy do baru, w którym rano jedliśmy śniadanie. Nawet rozważaliśmy możliwość pójścia tam jeszcze raz- była już przecież pora obiadu, gdy nagle z zarośli wylazł Uve. On się zgubił trochę inaczej niż my, bo poprzedniego dnia zostali z Kasią w innym schronisku. Mieli więc dziś do pokonania inną drogę. Uve sam nie wie kiedy zszedł ze szlaku. Nie wie też jak na niego wrócił. I chyba pozostanie to na zawsze nierozwiązaną zagadką. Tak się przypatrywaliśmy naszej mapie, że wyszło, iż jesteśmy w Lalin. Ale kiedy zza zakrętu wyszła Kasia, która się tego dnia nie zgubiła, okazało się, że to jednak nie było Lalin, tylko Estacion de Lalin. Głodny? Na co czekasz? :)A to nie było to samo. To znaczyło 6 km pomyłki. I łąkę z wodospadem jako ekstra dodatek do przygody... Daniel skwitował wszystko stwierdzeniem, że może i on nie zna języka hiszpańskiego, ale to, że ludzie mówili, że źle idziemy zrozumiał od razu. Ale, bądź co bądź, po raz kolejny udało mu się zgubić :)

Jednak oprócz zagubień było jeszcze wiele fantastycznych sytuacji. Swoją drogą nawet te zgubienia mają swój urok. O czym można by teraz opowiadać, z czego się śmiać. Chociaż wtedy nie zawsze było nam do śmiechu...

Trafiliśmy na przykład na procesję Bożego Ciała. Oprócz samej procesji atrakcją, jedną z największych w mieście, były kramy z gotowaną ośmiornicą. Pływało to cudo, uważane za przysmak oczywiście, w ogromnych kotłach z czerwonym winem i śmierdziało na kilkaset metrów. W Polsce mamy sprzedawców waty cukrowej na tego rodzaju imprezach, w Hiszpanii preferowane są innego rodzaju smakołyki. Ja chyba jednak wolę watę.

Muszelkowy barPunktem, którego nie wolno ominąć na Via de la Plata, jest muszlandia, czyli bar z muszelek. Właściciel każdego pielgrzyma, który wchodzi do jego lokalu, wita nie tylko uśmiechem (może trochę przesadziłam z tym uśmiechem, to przecież Hiszpania, tutaj brak wrogiego spojrzenia uważany jest już za szczyt uprzejmości), więc wita nie tylko z uprzejmością, ale też zaprasza do częstowania się muszlami. Na muszli można napisać swoje imię i powiesić ją tam, gdzie jest jeszcze trochę wolnego miejsca. Bar zapewne miał być pomysłem na rozkręcenie biznesu, a stał się z biegiem czasu miejscem kultowym. Każdy pielgrzym o nim wie, każdy musi tu wstąpić, a na dodatek jedzenie jest naprawdę tu dobre. Jak się nie ma historycznie stworzonej atmosfery- to trzeba umieć ją stworzyć samemu. Nasza muszelka :)To miejsce jest tego świetnym przykładem.

Są też inne miejsca, którym też ktoś chciał nadać klimat, ale nie do końca się to udało. Na przykład schronisko- blaszak. Z założenia chyba miało być nowoczesne, ale w rezultacie wygląda jak zardzewiała puszka sardynek. Na dodatek w środku jest sauna- i to nie taka jak w SPA. Zwyczajnie jest piekielnie gorąco- bo ściany z blachy przyciągają promienie słoneczne. Z nowoczenością przesadzili do tego stopnia, że kanapy w salonie obito skórą, do której jak sobie łatwo wyobrazić bardzo szybko człowiek się przykleja :)

Daniel zniszczył kijki...Inne fajne miejsce to nocleg na cmentarzu w Ourense. No może nie dosłownie na nagrobkach, tylko w budynku mieszczącym się przy samym cmentarzu. Miejsce niezwykle zadbane, czyste, wręcz eskluzywne, jeśli można użyć takiego słowa. A na dodatek w mieście tego dnia była fiesta. Czyli nic dodać nic ująć. Wydaliśmy krocie na frytki, chipsy i cukierki, ale o 22.00 trzeba się było zameldować w schronisku, bo inaczej nocleg wśród nagrobków...

Jak to bywa w takiej trasie, muszą być pewne straty. Na szczęście strat w ludziach nie odnotowaliśmy- każdy w swoim tempie doszedł do Santiago. Jednak pewne zniszczenia w ramach sprzętu i zdrowia dało się odnotować. Daniel z mistrzowską regularnością niszczył buciki na kijkach trekingowych- para każdego dnia!

Ostatni nocleg przypadł nam w De Vedra. Niedaleko albergue była mała średnioweiczna kapliczka. Mariusz od razu postanowił, że właśnie tam odbrawi Mszę. Jak postanowił, tak zamierzał uczynić. Jednak zdobycie kluczy do kapliczki okazało się bardzo bardzo bardzo trudne. Po pierwsze trzeba było dowiedzieć się, kto te klucze ma. Po drugie, gdzie ten ktoś mieszka. Po trzecie... okazało się, że tego kogoś akurat nie było w domu. SantiagoBył za to jego pies, któremu bardzo nie spodobały się odwiedziny pielgrzymów. Prawie pogryziony Mariusz uciekł z podwórka "klucznika" i już miał się poddać, gdy zobaczył kilka starszych pań siedzących obok kaplicy. Nie zastanawiając się długo wdał się z nimi w pogawędkę i, nie pytajcie mnie jak, ale udało mu się otworzyć kościół i wszyscy pielgrzymi z albergue poszli tego dnia na Mszę.

A później trzeba było już tylko przygotować się do marszu na Santiago. Ogarnąć trochę ubrania, wyrzucić niepotrzebne rzeczy z plecaka (tak naprawdę większość jest niepotrzebna- po co komu na przykład zepsuta komórka Daniela, albo fiszki do nauki hiszpańskiego...). Najważniejsze, że na miejsce przybyliśmy cali i zdrowi. Dalej każdy poszedł swoją drogą- Uve wrócił do Niemiec do swojej pracy (po roku wybrał się na camino del norte), Lucia wróciła do Włoch, Savas do Australii, Karl do Niemiec, Mariusz do Peru, a ja, Kasia i Daniel do Polski. I właśnie palnujemy kolejną EKSPEDYCJĘ:)

 

Camino de Santiago :)          

Iwona Grzeżułkowska © 2011