Wokół Śnieżnika

Jako na Śniezniku śnieg wokółŚnieżnik trzeba odwiedzić przynajmniej raz w roku, inaczej ten rok będzie stracony. Z uporem maniaka, ale też z niezwykłą radością, co roku wybieram się w to piękne miejsce. Czasami zimą, czasami wiosną, czasami w środku upalnego lata. I zawsze jest niezwykle. Zawsze też wyjazd jest pełen przygód. Jako że te wszystkie wyjazdy się trochę ze sobą zlewają, to opowiem kilka najciekawszych wątków Śnieżnikowych...

Wśród ruin wieży widokowejTak naprawdę nieważne jest to kiedy się na Śnieżnik wchodzi, jaką trasą, ile czasu. Prawdziwie ważni są ludzie. To oni tworzą klimat. A klimat zazwyczaj jest niezwykły. Tak więc kiedy jedzie się z Danielem, to człowiek gubi się już we Wrocławiu... (Bo według Daniela Śnieżnik jest w Karpaczu.) Po pierwszej zgubie, czas na kolejne. Więc na przykład do Międzygórza jechaliśmy przez Lądek Zdrój- dla niektórych to najbardziej rozrywkowe miasto w Polsce:) Zdanie takowe posiada o Lądku- Paweł. Magda w szale fotografowania :)W jego opinii, gdzie jak gdzie, ale wypoczywać można tylko w Lądku! Tak więc jadąc przez Lądek nadrobiliśmy jakieś 30km i można zaliczyć to jako zgubę numer dwa. Żeby nie było, że jeździmy nieprzygotowani- mapę mieliśmy, owszem, ale w bagażniku. Zatrzymaliśmy się na nieco pochyłym gruncie i zaczęłam przekopywać bagażnik, aby ją odnaleźć. W owym czasie Daniel też chcąc się na coś przydać wyszedł z samochodu i... nie zaciągnął ręcznego hamulca. Samochód najpierw powoli zaczął uderzać mnie w kolana. Potem, gdy udało mi się odskoczyć na bok coraz szybciej i szybciej zjeżdżał w tył. Danielowi jakimś cudem udało się wskoczyć i zatrzymać go. Nie bez zasługi i pomocy pewnego starszego pana, który akurat przechodził obok i widząc co się święci starał się zatrzymać auto łapiąc je za lusterko. Na szczęście lusterka nie urwał, a samochód został opanowany. Ale oczywiście takie przygody to jeszcze nic...

Zza drzew widać już sanktuarium Marii ŚnieżnejNasza chyba najbardziej ulubiona trasa to spacer z Międzygórza na Igliczną, do kościoła Marii Śnieżnej, gdzie koniecznie trzeba zjeść drugie śniadanie, a potem przez Czarną Górę dojście Żmijowcem do schroniska "Na Śnieżniku". Przy dobrym wietrze zajmuje to jakieś 6-7 godzin. Wszystko zależy od tego ile trwa drugie śniadanie. Potem w schronisku obiadek. Dalej spacer na szczyt i w zasadzie opowieść mogłaby się tu zakończyć. Lecz nic bardziej mylnego. Tu dopiero mamy początek!

W sumie na tej trasie nie ma wielu zapierających dech w piersiach widoków. W zasadzie tylko ze szczytu Iglicznej, Czarnej Góry i samego Śnieżnika widać coś więcej niż drzewa. Jednak jak ktoś dobrze patrzy, to może wypatrzyć niesamowite rzeczy. Na przykład, w środku lasu, pośród jagodowych krzewów, jakieś 40 metrów od szlaku, tyłem do drogi, siedziała sobie para starszych państwa. Na leżaczkach. A co! Listopadowy krajobraz po bitwieNa pustyni takie widoki nazywa się fatą morgana, a u nas bez żadnych środków halucynogennych, widok nie z tej ziemi. Swoją drogą mieć taką fantazję, żeby te leżaki na górę przytargać, to godne pozazdroszczenia. Kto wie, czy za 30 lat sama nie będę uprawiać takiej turystyki...

Śnieżnik to też świetne miejsce na Sylwestrową zabawę. Na górze zawsze jest sporo osób. Część zostaje na noc w schronisku, część bawi się tylko na świeżym powietrzu. Przy przejrzystym powietrzu widok na wszystkie sztuczne ognie w okolicy robi duże wrażenie. A potem oczywiście zjazd na workach ze śniegiem, bo jak inaczej świętować zimę. Zima zimą, a Śnieżnik Śnieżnikiem nie tylko zimą. Jak wiadomo pogoda w górach nie zawsze zgadza się z aktualną porą roku. Bywało więc, że w listopadzie śnieg spadł na jeszcze całkiem kolorowe drzewa i połamał je, tak że zatarasowały szlaki.

Mariusz na szczycieBywało też, że w maju śnieg niespodziewanie pokrył kołderką trawę dookoła schroniska. Maj to już chyba wiosna, ale bywają pewne odstępstwa. Rano, wymęczeni nocnym chrapaniem schroniskowych gości, budziliśmy się wtedy, kiedy dzwoniła jakaś niewyłączona komórka. Zamiast o 7.00 budzik tarabanił o 5.30 i jak na złość nie można go było po ciemku odnaleźć. Jak się udało go unieszkodliwić, uważając, żeby nie uruchomić "drzemki", to człowiek zerkał za okno i widział... Otóż to- śnieg w maju. Najpierw wydawało mu się, że śni. Potem przypomniał sobie, że jest na Śnieżniku- czyli wszystko w porządku. Potem w ramach śniadania dostało się wielką porcję jajecznicy i wylazło na dwór, gdzie mroźne powietrze wiało po kostkach. Daniel- skałt na Czarnej GórzeA jeszcze wczoraj szło się w koszulce z krótkim rękawem. Jak głosi mądry napis w jadalni schroniska "Góry tylko dla rozważnych". Wyciągnęliśmy z plecaka kurtki i zaczęliśmy schodzenie do Międzygórza. Marszobieg w dół nie był niczym niezwykłym. Ale to co zobaczyliśmy na dole już można było zaliczyć do nadzwyczajnych widoków. 

Auto było całkowicie zasypane śniegiem. Ledwie widać było kolor lakieru. Na szczęście (a może nieszczęście) śnieg był mokry- szybko topił się na samochodzie i wokół zrobiło się pełno ciapy. W tej ciapie Magda przemoczyła buty. Trzeba ją było usadowić na tylnym siedzeniu na boso, bo skarpetki też już miała doszczętnie zamoczone. Rozpoczęliśmy powrót do domu. Początkowo szło jak z płatka. Żadnych problemów. Śnieg wyglądał bardziej jak paćka śniegowo- deszczowa. Dopóki nie wyjechaliśmy na drogę krajową. Wychodzimy ze schroniskaNa wysokości Bystrzycy Kłodzkiej Lexusik odmówił współpracy i za nic nie chciał podjechać pod górę. Drogowcy tu jeszcze nie dotarli, asfalt zamienił się w lodowisko, a na tym lodowisku utknęły dziesiątki aut, których kierowcy wyjeżdżając na majowy weekend przezornie zmienili opony na letnie. W końcu miało być lato!

Przyznać trzeba, że było lato. Cały poprzedni dzień było lato, a potem nastała zima. I zima. Kto miał pasażerów wyrzucał ich z pojazdu i kazał pchać auto pod górę. W zasadzie na każdym wzniesieniu wszyscy wypychali samochody- żeby tylko podjechać kawałek. I tak sobie jechaliśmy i jechaliśmy, no może jakieś 10km, bo potem utknęliśmy w korku. Gigantycznym korku na środku jakiegoś mostu, bo okazało się, że w Bradzie połamały się drzewa i nie ma przejazdu.

Śnieżny majLecz my nie poddamy się przecież jakimś drzewom leżącym na drodze. Jak wiadomo wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, więc i do Ząbkowic też muszą. Panowie, jako że tutejsi, zaczęli kombinować. I od razu było wiadomo, że to kombinowanie źle się skończy. Chcieli ominąć korek i od wschodu objechać Kłodzko, ale z tej strony już ich wyprzedzili kierowcy TIR-ów, bo wpadli na ten sam pomysł i zatarasowali drogi, bo ich pojazdy też po lodowisku nie chciały jeździć.

Jak nie ze wschodu, to trzeba było spróbować z zachodu. I jakimiś bocznymi dróżkami zaczęliśmy się przedzierać do Ząbkowic. Na początku nawet nieźle nam szło. Ale zaraz napotkaliśmy na kierowców, którzy też mieli takie genialne pomysły jak my. W ślimaczym tempie jechaliśmy w stronę Wałbrzycha. Odbijemy na Dzierżoniów, przez Pieszyce i migiem będziemy w Ząbkowicach, jak zapewniał Mariusz. Górskie mądrości życiowe...Nic prostszego. Nie doceniliśmy jednak pomysłowości i przebiegłości innych kierowców. I oczywiście do tego wszystkiego zaczęło nam brakować benzyny. Punktem strategicznym stała się więc stacja benzynowa. Na stacji jak wiadomo, trzeba pójść za potrzebą i, człowiek był już głodny, więc warto było coś zjeść. Wyjechaliśmy z Międzygórza koło 11.00, byliśmy bez obiadu, nic więc dziwnego, że jedzenie stało się nad wyraz istotne. A tu psikus. Na stacji prawie wszystko wymiecione. Ludzie wykupili prawie całą żywność- wszystko przez te korki. Ludzie po prostu byli głodni. Panowie upolowali tylko 5 Grześków w czekoladzie. Dobry Grzesiek nie jest zły, tak więc raczyliśmy się tym "obiadem" bez słowa.

Bez komentarza :)W którejś kolejnej wiosce, na skrzyżowaniu, oczom naszym ukazał się dość dziwny widok. Kilka samochodów stało w nieładzie w różnych miejscach krzyżówki, a kierowcy wymieniali poglądy. To i myśmy się zatrzymali. I bardzo słusznie, bo można się wiele mądrych rzeczy dowiedzieć na takich spotkaniach. Że droga na Dzierżoniów nieprzejezdna. Że TIR-y zablokowały trasę wylotową na Wałbrzych. Że się drzewa połamały na tej drodze za nami, więc też nie mamy powrotu, i że w zasadzie to została jedna ścieżka na Srebrną Górę, tylko, że była mocno pod górę. No ale jak to my nie przejedziemy? Jasne że przejedziemy!

Debaty niepolityczne...Zaczęliśmy jechać. Na początku bułka z masłem. Lexusik wspinał się dzielnie. I w zasadzie chyba cały kilometr udało się tak przejechać. Potem znów utknęliśmy w korku. Tyle tylko, że tym razem korek nie był spowodowany żadnymi TIRami, ani połamanymi drzewami, ale po prostu samochodami, które na letnich oponach nie dały radę podjechać po śniegu do góry. Ludzie zjednoczyli się w pomaganiu i wypychaliśmy po kolei wszystkie auta w kolejce. Niestety za kilka metrów znów wszystkie stawały i całą operację trzeba było powtarzać. Po kilku nieudanych próbach zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy to aby dobry pomysł z tymi przepychankami. Ja już kilka razy wywróciłam się w tym śniegu, którego mieliśmy po kolana. Spodnie, buty, skarpetki- wszystko już było całkiem mokre. Majowy wypad na rowery...Mariusz i Kasia wyglądali nie lepiej ode mnie. Magda siedziała w aucie, bo jej buty już dawno nie nadawały się do chodzenia. Daniel walczył ze swoim samochodem, ale tego ciągle znosiło w stronę przepaści. Mogła się ta wyprawa zakończyć co najmniej nieciekawie.

Nagle nadjechał samochód straży pożarnej. Myśleliśmy, że może pomogą się nam jakoś wydostać z tej pułapki. Lecz nic bardziej mylnego. Kilku strażaków wysiadło, zepchnęło tarasujące auta do rowu, tak aby ich pojazd mógł przejechać i tyle ich widzieliśmy. Później dowiedzieliśmy się, że pojechali porządkować połamane drzewa na górze.

Strażacy obudzili w nas racjonalne myślenie- "nigdy nie wjedziemy na górę na tych oponach, może więc warto zawrócić...". Pomyśleć łatwo, wykonać zdecydowanie trudniej. Przejezdna była tylko jedna połowa drogi. Na drugiej masa śniegu. Kilkanaście samochodów utknęło na tej przejezdnej części. Te z rowów już udało się powyciągać z powrotem na szosę. A śnieg ciągle padał. Ludzie z kilku aut zebrali się w kółeczko i planowaliśmy rozpalić ognisko- przynajmniej była by jakaś atrakcja. Pewna rodzinka jechała z rowerami na dachu samochodu- to dopiero trzeba mieć fantazję brać rowery na śnieg :) 

Zdania zostały podzielone. Część kierowców chciała nadal próbować podjeżdżać, my byliśmy w tej grupie, która wolała zjechać na dół. W rozmowie jednak z innymi "poszkodowanymi" przez pogodę okazało się, że ta droga wcale nie prowadzi do Srebrnej Góry... To tak żeby było śmiesznie dla nas. Kolejne zgubienie się tym razem trwało dobre 2 godziny.

Widok ze szczytuSkoro to i tak była zła droga, to postanowiliśmy okręcić naszego Lexusika. Dosłownie okręcić, bo nigdzie nie było miejsca na zawracanie. Trzeba było bardzo delikatnie zrobić manewr przekręcenia samochodu, żeby stał przodem do dołu, a potem bardzo powoli zjechać po lodowisku do tego feralnego skrzyżowania, na którym nadal stało zaparkowanych kilkanaście aut, a kierowcy wymieniali poglądy na temat przejezdności dróg. Mariusz był tak zafascynowany śniegiem leżącym na zielonych liściach, że wciąż robił zdjęcia. Daniel chciał mu to zadanie ułatwić i otworzył szyber dach... I wtedy cała sterta śniegu wleciała nam przez dach do środka. Pozostawię to bez komentarza.

Nie ma jak ŚNIEŻNIK!!! :)Jako że sprawdziliśmy prawie wszystkie możliwości, nie mogliśmy zrobić niczego innego, jak pojechać jeszcze tą najmniejszą ścieżką, gdzie nas jeszcze nie było. Pojechaliśmy sami. Nikt więcej się nie odważył, albo nikt nie wierzył, że tam może być lepiej. A tu takie zaskoczenie. Chyba nasi strażacy jechali wcześniej właśnie tą ścieżyną, bo drzewa były już sprzątnięte z jezdni, śnieg w miarę odgarnięty i zupełnie swobodnie dojechaliśmy aż do Barda. Później, już na pełnym oddechu, mogliśmy dotrzeć do Ząbkowic. Biorąc pod uwagę fakt że z Międzygórza do Ząbkowic jest jakieś 60km, a my wyjechaliśmy o 11.00, natomiast dotarliśmy do Ząbkowic po 18.00, to był to baaaaardzo długi dzień...

Iwona Grzeżułkowska © 2011