Zatoka Neapolitańska

 

Przejażdżka łódką turystyczną pozwala podziwiać takie widoki

Tym razem Włochy i tygodniowy pobyt nad Zatoką Neapolitańską. Dlaczego akurat wybraliśmy to miejsce? Podstawowy agrgument to ten, że jest tam ciepło i można trochę pozwiedzać. Warte zobaczenia są ruiny Pompejów, nie do końca wygasły Wezuwiusz, snobistyczne Capri, bajkowe Amalfii... czyli dla każdego znajdzie się coś ciekawego.

Za punkt strategiczny wybraliśmy Sorento, bo to dobra baza wypadowa praktycznie w każdą stonę Zatoki. Mieliśmy przesiadkę w Neapolu, który powitał nas stertami śmieci, bo akurat był tam strajk i nikt nie przejmował się stosami odpadów na ulicach. W tym, skąd inąnd, niecodziennym otoczeniu, zjedliśmy najlepszą pizzę w życiu i ruszyliśmy dalej.

Jak to zazwyczaj bywa z moim zapałem, kolejny urlop postanowiłam spędzić bardzo aktywnie i biegać codziennie rano. Kilka razy nawet się udało zrealizwoać ten plan. Wokół Sorento i pomiędzy poszczególnymi mniejszymi miejscowościami są rewelacyjne trasy, po których można biegać, co polecam każdemu, kto chce zadbać o swoje zdrowie.

Dobrze, że przynajmniej on umiał pływać

Po porannej przebieżce wybraliśmy się na morską wyprawę na Capri. Najpierw kupiliśmy sobie krótką wycieczkę dookoła wyspy. Jedną z "atrakcji" była przesiadka do trzyosobowych kajaków, na środku morza!, żeby wpłynąć (leżąc na dnie kajaku), do szmaragdowej jaskini. Dla mnie takie "atrakcje" są co najmniej "wątpliwe", bo woda zdecydowanie nie jest moim żywiołem... Pływać nie umiem, wody się boję, kapok śmierdział morska wodą, a prawą nogę zgniotła mi pani z innej wycieczki, która wylądowała w moim kajaku. "Atrakcja!" Ale sama jaskinia naprawdę była piękna...

Uliczki Caprii

Po wodnych wojażach (na szczęście się nie utopiłam...), wyszliśmy na ląd. Chcieliśmy przekonać się jak wiele jest prawdy w opowieściach o snobiźmie osób odpoczywających na Capri. Rzeczywiście, na wyspie znajduje się wiele sklepów bardzo drogich marek, a w porcie stoją jachty i motorówki wyglądające na kosmicznie drogie. Jednak dla mnie dużo bardziej niezwykłe były te fioletowe kwiatki na zdjęciu obok...

Poszwędaliśmy się trochę po wyspie, wypiliśmy po lampce białego wina i, jak zwykle spóźnieni, przybiegliśmy do portu na nasz prom. Niestety nie udało się tym razem- prom odpłynął, a my mieliśmy czas na zjedzenie kolacji w jednej z portowych kafejek. Obsługiwała nas bardzo miła Rosjanka, która jak się dowiedzieliśmy w rozmowie, już kilka lat pracuje na Caprii. Owoce morza były rewelacyjne, a nasze portfele cieńsze o kilkadziesiąt euro. Ale cóż- raz się żyje.

Drugiego dnia w końcu wybaliśmy się na plażę- pierwszy i ostatni raz, po przecież po co tracić czas na takie przyziemne zajęcie jak leżenie na piasku... Poszliśmy na nogach, bo przecież plaża nie mogła być daleko... Po jakiejś godzinie wyczerpani do granic możliwości przybyliśmy na miejsce. Plaża nie zawierała piasku, tylko ogromne płaskie kamienie, rozgrzane włoskim słońcem do niewiarygodnej temperatury. Trzeba więc było znaleźć miejsce pod kamieniem, gdzie w cieniu można było spokojnie położyć się na ręczniku. Plaża okazała się dość specyficznym miejscem, bo w zasadzie tylko myśmy tworzyli "mieszane" towarzystwo, jeżeli chodzi o płeć. Reszta opalających się to byli panowie... Jednak nie byliśmy w żaden sposób uprzedzeni, tylko wzbudziło to nasze zadziwienie.

Kolor szmaragdowej jaskiniNiedaleko naszej plaży była knajpka, do której jedyna droga transportu to spacer po skałkach- nie ma możliwości dowożenia produktów, stąd zapewne ceny jakie tam panują. Za caprese zapłaciliśmy 40 euro, co nie jest normą, nawet we Włoszech. Mniej więcej w środku posiłku na stolik wdrapała się nam malutka jaszczurka, która swoimi ślepkami niczym kot ze "Shreka", wyżebrała kawałek mozarelli. Pomidorka jeść nie chciała, a bagietką omal się nie zadławiła. Najedzona przeniosła się na skałkę w słońcu i spokojnie trawiła "upolowany" obiad.

Pompeje

Następny dzień stanął pod znakiem zwiedzania. Wybraliśmy się do Pompejów. Nie mogliśmy uwierzyć, że w środku lata, we Włoszech, zastał nas deszcz! Nawet tubylcy opowiadali nam, że taka pogoda jest czymś nadzwyczajnym. Ale my do pogody mamy szczęście :)

Popmeje są niesamowite, bo to chyba najlepsze słowo, żeby je opisać. Z jednej strony są niezwykłą lekcją historii, sztuki i kultury, a z drugiej przytlaczającą atmosferą zagłady.

Przy kraterze Wezuwiusza

Żeby dostać się w kolejne wybrane przez nas miejsce, trzeba być nielada logistykiem. Kilka przesiadek pociągiem, autobusem, potem taxo-busem i można dotrzeć na Wezuwiusz. Silne wrażenia zrobiła jazda z włoskim kierowcą busa po krętych górskich ścieżkach. Trąbił na każdym zakręcie, co nas- nieprzywykłych do takiego używania klaksonu, wprawiało w palpitację serca. Na szczycie kierowca zamknął taksówkę i udał się na kawę, a my zaczęliśmy wspinać się do obrzeży krateru. Nie polecam sandałów, bo cała droga pokryta jest maleńkimi kamyczkami, któe skutecznie uprzykrzają spacer.

W niektórych miejscach wulkanu widać smugi dymu wydobywające się z podziemii, co tworzy niesamowity klimat horroru. Turyści z różnych stron świata dokonują cudów, aby zrobić jak najciekawsze zdjęcia. Skaczą ze skałek, aby złapać ujęcie "w locie", wychodzą na barierki bezpieczeństwa, a nikt z obsługi się tym nie przejmuje. Włoskie podejście do życia wygrywa.

Widok na Capri

Rano nastęnego dnia odwiedziliśmy wypożyczalnię skuterów i pojechaliśmy na objazdówkę po okolicy. Zasadniczym celem było zobaczenie Amalfi, ale po drodze zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach. Najpierw wypatrzyliśmy jakiś punkt widokowy, skąd rozciągał się bajkowy pejzaż z Capri w roli głównej. Tyle tylko, że aby dotrzeć do tego punktu widokowego trzeba było dreptać niezły kawałek drogi- pewnie koło 4km. Na punkcie widokowym zasadniczo nie było niczego, oprócz widoku i kilku betonowych płyt. Najpyszniejsze na świecie cytryny z Amalfii

Pojechaliśmy "amalfitaną" przez niezbyt wysokie góry na drugi brzeg Zatoki i naprawdę zaskoczył nas widok niezwykłego kościoła w Amalfii, który można zobaczyć na zdjęciach poniżej. Po zwiedzaniu wybraliśmy jedną z knajpek na głównej ulicy, żeby zjeść gnoci, które jednak nie okazało się tak pyszne jak sądziliśmy, że być powinno. Najedzeni spokojnie udaliśmy się na zakupy- z pełnym żołądkiem zazwyczaj kupuje się mniej, więc był to idealny moment. Zaopatrzyłam się w to, co w Amalfii najlepszego- ogromne cytryny, suszone pomidory i przeróżne przyprawy pachnące włoskim słońcem.

Cudowna bazylika w AmalfiiOstatniego dnia, już przed wyjazdem do domu, pojechaliśmy do Castellammare, skąd kolejką górską dojechaliśmy na wzgórze ponad Zatoką. Odkryliśmy też wygodę korzystania ze skutera, bo akurat na jednej z głównych dróg był wypadek i wszystkie auta stały w korkach. Policja przepuszczała tylko skutery, więc nie mieliśmy problemów z przejazdem. Na szczycie mieliśmy niewiele czasu żeby dotrzeć na najwyższy punkt widokowy więc musieliśmy zadowolić się tym, co widzieliśmy po drodze. Za to zaskoczył nas wygląd "miejsca rekreacyjnego" przy wyciągu, ponieważ wyglądało to wszystko jak w głębokim polskim komuniźmie.Dwie budki z frytkami, niepierwszej świeżości plac zabaw dla dzieci i do tego wszystkiego pies, który przykolegował się do naszego obiadu i nie opuścił nas dopóki nie skończyliśmy jeść- oczywiście po wyżebraniu porcji dla siebie :)

Iwona Grzeżułkowska © 2011